ŻYCIE WYPEŁNIONE KOLORAMI TĘCZY
Echo domowe nr 43, 21. 06.2000r. 


Kora i Kamil od wielu lat pracują, żyją i tworzą razem. W czarnoszarej rzeczywistości zbudowali dla siebie własny kolorowy świat. Ich dom w podwarszawskim Nieporęcie – ciepły, magiczny, „nierealny” – ozdabiają niezwykłe przedmioty. Są wśród nich obrazy Kamila i gipsowe madonny malowane przez Korę. On – doktor filozofii, specjalista od Heideggera, malarz, poeta. Ona – charyzmatyczna i tajemnicza wokalistka, autorka „śpiewanych” wierszy. Nazywają swój związek „duetem wyobraźni” i żartują, że porwał ich kiedyś nurt tej samej rzeki. 

Kamil Sipowicz często prosi Korę o ... rękę, a ona niezmiennie od wielu lat odpowiada mu „tak”. Nie są jednak małżeństwem. Mówią o sobie „żona nie żona” i „mąż nie mąż”. Obojgu odpowiada wolny układ. Nie przywiązują wagi do formalności, bo twierdzą, że ludzie są bardziej wrażliwi na siebie bez urzędowej pieczęci zobowiązującej do bycia razem. 

Zawsze, kiedy rozmawiamy o ślubie – opowiada Kora – dochodzimy do wniosku, że się ... kochamy i ta świadomość w zupełności nam wystarcza. Czy w takiej sytuacji ślub jest nam do czegoś potrzebny? Czasem tylko sprawia mi trudność mówienie o Kamilu. Narzeczony, kochanek, mąż – jak go nazwać? Tylko jedno słowo przychodzi mi do głowy – partner. 

Była moją pierwszą kobietą, ale kiedy się poznaliśmy, nie mogliśmy być razem - wspomina Kamil. – Poznałem później w życiu wiele kobiet, ale nie mogłem znaleźć szczęścia, bo nie byłem w stanie nie porównywać ich do Kory. Próbowałem nawet wyrzucić Korę z serca i myśli, ale nigdy mi się to nie udało. Zawsze ją kochałem ... I nie była to tylko miłość platoniczna. Nasz syn Szymon ma już ponad dwadzieścia lat. 

Mateusz (syn piosenkarki i założyciela Maanamu Marka Jackowskiego) i Szymon już dawno się usamodzielnili, ale często odwiedzają dom Kory i Kamila w Nieporęcie. Uwielbiają rodzinne obiady, podczas których chłoną atmosferę niezwykłego miejsca, jakim jest ... kuchnia ich matki. 

Uwielbiam naszą kuchnię – mówi Kora. – To jedno z najbardziej magicznych miejsc, jakie znam. Lubię siedzieć przy stole z rodziną i słyszeć, że smakuje im to, co ugotowałam. Kamil tak się przyzwyczaił do mojego gotowania, że w zasadzie nie jada poza domem. 

Koło kredensu, tuż przy kuchennym oknie, wisi czarna tablica, na której domownicy zapisują kredą ważne informacje. Obok listy zakupów czy spraw do załatwienia często pojawiają się na niej słowa „po prostu bądź”. Bo właśnie „bycie razem” Kora i Kamil uważają za najważniejszą w ich życiu wartość. 

Wszystko co kocham w ludziach, skupia się w Kamilu - mówi Kora. – Jest uczciwy, uczuciowy, wrażliwy. Lubi pomagać innym. To wspaniały mężczyzna, sexy, z temperamentem. Atrakcyjną zewnętrzność łączy z piękną duszą. Jest wielowymiarowy – dojrzały i chochlikowaty, trochę jak Piotruś Pan. Nawet jeśli zwracam uwagę na innych mężczyzn, zawsze dostrzegam ich braki w porównaniu z wizerunkiem Kamila. 

Latem uciekają na Mazury, gdzie mają równie piękny, jak w Nieporęcie, dom. Tam malują. Kamil rysuje „filozoficzne” kontury, a Kora wypełnia je kolorami – jasnymi, silnymi i wyrazistymi. Świetnie się dopełniają w życiu i w pracy. Żartują, że ich obrazy to „dwa dzieła w jednym”, a oni sami to „jedno dzieło w dwóch postaciach”. Malarstwo jest dla Kamila Sipowicza istotą życia. Twierdzi nawet, że gdyby tylko mógł utrzymać się wyłącznie z malarstwa, nie robiłby niczego innego. Ale musi... Prowadzi firmę fonograficzną wydającą płyty Kory i Maanamu, przez jakiś czas był redaktorem naczelnym polskiej edycji jednego z międzynarodowych miesięczników. A Kora? 

Kora po prostu jest – żartuje partner popularnej piosenkarki. – Robi wszystko z sercem. I tak też prowadzi nasz dom, urządza, przestawia, mebluje, upiększa. Aż do przesady dba o czystość i schludność. My, „domowi” mężczyźni, nie dorastamy do jej wymogów. Nawet gdy bardzo zmęczona wraca po koncercie, zaraz walczy z naszym bałaganem. 

Oboje uważają swój związek za bardzo udany. Mówią, że jest „żywy”. 

Jedno mnie tylko przeraża – wzdycha Kamil Sipowicz – To, co ostateczne i nieodwracalne. Że któregoś z nas mogłoby zabraknąć. 

Artur Szczukiewicz

 
  

powrót