LIVING IN THE MATERIAL WORLD „ŻEBY MIŁOŚĆ TRWAŁA WIECZNIE" 
Tylko Rock, Maj 2002 


Rozmowa z Markiem Jackowskim 

Niedawno wybrałem się do Zakopanego, gdzie odwiedziłem Marka Jackowskiego. Jego obszerne mieszkanie znajduje się w dużym, wybudowanym w stylu zakopiańskim, murowanym domu. Stoi on nieopodal Nosala, a z oknem roztacza się wspaniały widok na Tatry. W domu Marka zrobiłem publikowane obok zdjęcia. Natomiast o utrwalonych na nich przedmiotach porozmawialiśmy, gdy spotkałem się z nim trzy dni później w Warszawie, gdzie przyjechał załatwić coś dla swojej galerii. Oto fragmenty jego opowieści o świecie sztuki, rodzinie i sprzęcie technicznym. 

Obrazy Madonny 

Malarstwo religijne często jest po prostu niedoceniane. A przecież niekiedy to sztuka na najwyższym poziomie. W Polsce pojawiają się w galeriach rzeczy niesamowitej wręcz piękności. Ta Madonna jest niezwykłym „znaleziskiem" z Krakowa. Czasami takie rzeczy kupuję, ponieważ wiem, że maja wartość ponadczasowa. 

Gitara „Maton” 

Kiedyś byliśmy w Australii. Przyjechaliśmy do Sydney. Jest tam klub Salina's. nie­daleko zatoki Coogee Bay. Był straszliwy upal, ponieważ był to luty, czyli środek tamtejszego lata. Wszyscy udali się błyskawicznie na plażę, żeby sobie popływać. I stala się rzecz niesamowita, okazało się, że jest jakiś dziwny prąd idący od brzegu. Nie mogłem wrócić z powrotem! O mały włos bym w tej wodzie został. Nigdy w życiu tak się nie umordowałem, aby dostać się na brzeg. Coś okropnego! Totalnie zmęczony wróciłem do hotelu i pomyślałem sobie, że po tym wszystkim pójdę na spacer. Miałem słomkowy kapelusz, więc mogłem się w miarę bezpiecznie prze­mieszczać w tym upale. Natknąłem się na jakiś sklepik z gitarami. Jak gitary - to trzeba wejść! Było tam dużo gitar akustycznych. Więc powiedziałem sobie, że może by wreszcie warto jakąś kupić. Zacząłem próbować różnych amerykańskich gitar marki Martin i Ovation. Nic mi nie brzmiało. Ovation plastik. Martin straszliwie brzę­czał. I nagle sprzedawcy, widząc, że nie bardzo mogę coś znaleźć, mówią: Słuchaj, a może byś spróbował tej. To jest australijska gitara. Nie jest najdroższa, ale brzmienie niezłe. Zacząłem grać i okazało się, że brzmi rewelacyjnie! To jest taka prawdziwa australijska wizytówka - jeśli chodzi o gitary akustyczne. Nazwa może niezbyt znana w Polsce, ale polecam wszystkim, którzy będą kiedykolwiek w Austra­lii. Fantastyczne wyroby lutnicze firmy Maton. 

Wzmacniacz i odtwarzacz Nu-Vista 

Gdy ludzie słyszą nazwę Nu-Vista, to zadają mi od razu pytanie, czy jestem audiofliem (tez to zrobiłem - przyp gkk). Audiofilem nie jestem. Bo przecież trudno, żeby muzyk był audiofilem. Jak wiadomo, muzycy wydają pieniądze na wiele róż­nych rzeczy, ale na sprzęt chyba... najmniej chętnie. Kupują jakieś przenośne „Jam­niki”, które można wziąć również w trasę. Kilka lat temu, gdy ostatnie urządzenie tego typu popsuto mi się, zdenerwowałem się, wsiadłem w auto i pojechałem z Zakopanego do Krakowa, do pierwszego lepszego sklepu audiofilskiego i kupiłem swój pierwszy sprzęt - tzw. dzielony. Ale nigdy w życiu nie byłbym w stanie zain­westować w sprzęt takich sum, jakie inwestują zakręceni audiofile. Bo jest to stud­nia bez dna. Jednak, gdy ostatnio zmieniałem sprzęt, wybrałem taki, który jest równocześnie dziełem sztuki. Firma Musical Fidelity wyprodukowała zestaw Nu-vista tylko w ilości pięciuset sztuk. Znam już co najmniej dwie osoby, które ten sprzęt by ode mnie chętnie kupiły. 

Rzeźba „Strażnik” 

Zakopane to miejsce dość magiczne, które zawsze przyciągało ludzi sztuki. Z tych wielkich ostatnich lat wymieniłbym Tadeusza Brzozow­skiego, Władysława Hasiora i Antoniego Rząsę - wspaniałego rzeźbiarza. Jego syn, Marcin, jest również rzeźbiarzem, i wydaje mi się, że naprawdę niezwykłym. Mieszka w miejscu, gdzie jest też galeria jego ojca. Strażnik należy do cyklu rzeźb, które na mnie zrobiły spore wrażenie. Te niezwykle postacie kojarzyły mi się - nie wiem dlaczego - z muzyka nowofalową. Może z powodu fryzur? Niektóre rzeźby przypominały mi Roberta Smitha z The Cure. Ten Strażnik, którego znalazłem w galerii Yam w Zakopanem - gdzie Marcin wstawia czasem swoje rzeczy - wyglądał wyjątkowo niesamo­wicie i dlatego postanowiłem go kupić. Zwykle stoi w oknie i pilnuje tego, co trzeba (uśmiech). 

Piloty 

Dożyliśmy czasów, w których każdy sprzęt ma swego pilota. I nagle lądujemy z pięcioma, sześcioma - a nawet dziesięcioma pilotami. Są piloty uniwersalne. Ale gdy biorę takowy do ręki i programuje go, to prędzej czy później kończy się to katastrofą. Pilot przestaje dzia­łać albo włącza co innego. Dlatego mam tyle pilotów. 

Amerykański „Mlecznik” 

Mleczniki są na kopy - na targach staroci. I wydaje mi się, te w każdym domu są, co najmniej dwa, trzy albo cztery - a nawet są ludzie, którzy mają ich ze dwadzie­ścia. Ale i tak używają tylko jednego - tego, z którego się najlepiej leje mleko do kawy. Akurat ten mlecznik znaleźliśmy... Boże... nie wiem nawet gdzie. W każdym razie okazało się, że jest to miecznik amerykański! Pochodzi najprawdopodobniej z lat sześćdziesiątych. Nie przy­puszczałem, że Amerykanie są w stanie coś takiego wymyślić. Kształty ma odlotowe. Z reguły wszystkie rze­czy porcelanowe, które znajduję na targach staroci, idą do naszej galerii. Jednak powiedziałem, że ten miecznik zostanie u nas w domu i z niego będę sobie codziennie nalewał mleko do kawy. Poranna kawa - wiadomo, rzecz ważna. 

Papierowe kwiatki 

Mam trzy córeczki (z trzeciego małżeństwa, ale pierw­szego prawdziwego, jak podkreśla Marek - przyp. gkk). Wszystkie chodzą do przedszkola. Przedszkole jest wspa­niale. Dzieci przygotowują na przykład cale spektakle. Śpiewają piosenki z Kabaretu Starszych Panów, albo - jak same mówią - piosenki Ordonówki. (bo dla nich Ordonka jest Ordonówką!) Piękne piosenki - Miłość ci wszyst­ko wybaczy, Święty Antoni. Oprócz spektakli dzieci robią mnóstwo rzeczy plastycznych. Córeczki Palomcia i Bianka te dwa wazoniki z kwiatami, przyniosłty z przedszkola. Dla mnie są po prostu cudne i trzymam je u siebie w sypialni. 

Zielony pojemnik 

To bardzo ważny pojemnik, ponieważ znajdują się w nim słodycze. Kilka razy dziennie jest: Tatusiu, czy mogłabym coś słodkiego? A ja mówię: Nie mam poję­cia, gdzie są słodycze. Boja nie kupuję. Zawsze kupuje żona. Ewa. A dziewczyny wtedy mówią: Słuchaj tatusiu! Przecież wiesz, że są w zielonym pojemniku. Dla dzie­ci to największe szczęście, gdy pojemnik jest wyjęty z szafki, otwarty i mogą w nim pobuszować. Czyli jest to baaaardzo ważna rzecz w domu. 

Krzyżyk etiopski 

W dawnych czasach ludzie brali ze sobą w podróż różne rzeczy... Kiedyś w Krakowie w którejś galerii trafiłem na małe stoisko z obrazkami, obrazami, rzeźbami i różnymi przedmiotami sakralnymi przywiezionymi przez pew­ną polską artystkę z Etiopii. Ten krzyżyk kupiłem, bo od razu przypadł mi do serca. Od tej pory jeździ ze mną po całym świecie. Towarzyszy mi razem z Biblia Tysiąclecia, która dostałem kie­dyś od mojego przyjaciela, Tadzia Kondora. Krzyżyk - żeby się nie poobijał - zawijam zawsze z Biblia w taką bawełnianą tkaninę… często jest to mój bawełniany podkoszulek, szary, z czarnymi kropkami (śmiech). 

Torby podróżne 

Nie cierpię walizek. Walizka jest czymś makabrycznym, jeżeli się dużo podróżuje, dlatego mam dwie torby, w których mieści się wszystko, co jest potrzebne do życia w trasie. Ludzie nie wierzą, że tak wiele tam potrafię zmie­ścić (śmiech). Te torby służą mi od ład­nych kilku lat. Są bardzo solidne. 

Kubek 

Ten kubek przywiozłem z Ameryki. Włócząc się po Greenwich Village, zna­lazłem jakiś sklepik, w którym było mnóstwo porcelany - straszliwie mieszczańskiej. I nagle patrzę - japoń­ska porcelana gdzieś w kącie. Kubki przecenione z dziesięciu dolarów na dwa pięćdziesiąt. Pomyślałem, że kupię sobie taki jeden kubek, a potem więcej, dla całej rodziny. l tak zrobiłem. Niestety wszystko jest już wytłuczone, został tylko ten jeden. I to jest moja poranna miarka kawy. 

„Marie jako panna młoda” 

Pod koniec lat sześćdziesiątych występowałem ze Zbyszkiem Frankowskim w Piwnicy pod Baranami, jako duet Vox Gentis. Zygmunt Konieczny i Piotr (Skrzynecki - przyp. gkk) zapropo­nowali nam, abyśmy przenieśli się do Krakowa. Taki niezwykły zespół! - mówili - Co wy macie w ogóle do roboty w Łodzi? W roku 1969 przyjechałem wiec do Krakowa, na ostatni rok stu­diów anglistycznych. A ponieważ Zbyszek „zniknął" w grupie Quorum i śpiewał Ach, co to byl za ślub, ja zacząłem współpracę z zespołem Anawa. W Piwnicy poznałem Janka Burnata, który był postacią niezwykłą. Ale do czego zmierzam... Skąd Marie? W tym czasie moja siostra wpro­wadziła mnie w świat wielkiej sztuki krakowskiej. Na własne oczy widziałem przy pracy Kantora, Sterna czy Wójtowicza. Marie jest grafika autorstwa Stanisława Wójtowicza, którego w tamtych czasach uważaliśmy z Jankiem Burnatem (później absolwentem krakowskiej ASP i wykładowcą tamże) za prawdziwego geniusza. I tak myślę do dzisiaj! Zresztą jego prace wiszą w wielu muze­ach na całym świecie. Między innymi w Muzeum Guggenheima, obok grafik Piccassa. Ten por­tret, jego żony Marii, jest portretem ślubnym - czyli jest to Marysia w welonie. Znałem ją oso­biście. Wszyscy mówili do niej właśnie Marysia. Była taka niezwykła, bardzo skromna, łagodna. Sama zresztą malowała bajeczne bukiety kwiatów. Po tylu latach są one, obok rzeczy Stasia Wójtowicza, jednymi z najbardziej poszukiwanych obrazów w Krakowie. 

Buteleczka miłości 

Każdy by chciał, żeby miłość trwała wiecznie między tymi, którzy się kochają. Ale w życiu wiadomo, jak bywa... Kiedyś, włócząc się po nowojorskim Soho, wstąpiłem do jakiegoś sklepiku, którego już nigdy później nie mogłem odnaleźć. Może go już potem tam nie było? W tym sklepi­ku byty różne dziwne rzeczy z Ameryki Łacińskiej… Jakieś dywaniki, jakieś rzeźby. Cuda. Miedzy innymi były takie buteleczki. Malutkie buteleczki, które sprzedawca nazywał buteleczkami miłości. W tym przypadku oryginalna bute­leczka została przez kogoś rozbita. Zostały mi wszystkie „ingrediencje" - malutka rzeźba Świętego Antoniego i róż­ne roślinki, korzenie, kolorowe kamyczki. Przełożyłem to do innej buteleczki, którą właśnie tu widać. Przykryłem takim kolorowym kamyczkiem. l ta buteleczka u mnie nadal funkcjonuje. 

Galeria 

Niewiele osób wie, że narzeczonym mojej siostry był Władysław Basior, a mężem został Antoni Dzieduszycki. Dlatego właśnie w pewnym momencie znalazłem się w samym centrum - krakowskiego, a później również warszawskiego - świata sztuki. Jeszcze z grupą Osjan występowałem w galerii pań­stwa Boguckich, jednej z najbardziej legendarnych galerii w historii sztuki polskiej. Były też happenin­gi z Jerzym Beresiem. Na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy miałem już trochę więcej pieniędzy, zacząłem kupować różne dzieła - a nie tylko, jak do tej pory, obcować z artystami je tworzącymi. Pierwszym obrazem, który kupiłem, był obraz mojego wówczas „ukochanego" artysty Vlastimila Hoffmana. Potem, gdy byliśmy w trasie, zamiast dołączać rano do leczących w barku kaca, wolałem sobie pochodzić po galeriach, coś kupić. Codziennie byliśmy w innym mieście. Mieliśmy lepszy wgląd w to, co się dzieje w galeriach, niż „galernicy"! Ewa w pewnym momencie zastrajkowała i powiedziała: Koniec składowania dziel sztuki w domu. Oznajmiła mi, ze jest akurat dobry lokal w Zakopanem, że czynsz niewielki i że zakładamy galerię. W cztery dni załatwiła wszelkie formalności! I oto nagle stali­śmy się właścicielami galerii. I bardzo dobrze, bo jak wracam z trasy, to mogę sobie usiąść, zebrać myśli, poczytać o sztuce, przejrzeć katalogi aukcyjne. Świat sztuki uspokaja i nawet jeśli czasem denerwuje, drażni, prowokuje, to dalej jest to jakaś medytacja, jakieś - mimo wszystko - dla mnie wyciszenie. Galeria powstała pięć lat temu i ma swoja siedzibę przy ulicy Kościuszki 8. Nazywa się „Gale­ria pod aniołem". Nie jest to pomieszczenie zbyt duże i po pewnym czasie zaczęło nam brakować miejsca. W związku z tym otworzyliśmy drugą, mniejszą galeryjkę przy Krupówkach 29. w nowym pasażu 

wysłuchał: GRZEGORZ K. KLUSKA

 
 

powrót