ZBLIŻANIE PRZEZ ODDALANIE
Rzeczpospolita, 21. Kwietnia 2000r. 


fot. Andrzej Świetlik 
ROZMOWA JACKA CIEŚLAKA Z KORĄ 

Maanam to jeden z najpopularniejszych krajowych zespołów rockowych. W tym roku obchodzi 25-lecie istnienia. Na jego czele stoją Olga "Kora" Jackowska i Marek Jackowski. W pierwszym składzie występowali John Porter i Milo Curtis. Maanam jako pierwszy w Polsce nawiązał do muzyki punk. W 1980 roku grupa stała się słynna dzięki brawurowemu wykonaniu piosenki "Boskie Buenos" na festiwalu w Opolu. Grupa rozwiązała się w 1986 roku na cztery lata. Powróciła triumfalnie w 1991 roku albumem "Derwisz i Anioł". Do bestsellerów z lat 80. dołączyły płyty "Róża" i "Łóżko". 

Jakie były Kory sceniczne początki? 

Nie pamiętam dziś, czy jako mała dziewczynka chciałam zostać piosenkarką. Pamiętam za to doskonale siebie z występów - długie lata przed Maanamem - w domu dziecka u zakonnic, kiedy grałam w jasełkach. 

Była pani aniołkiem? 

Najpierw byłam Czarną Kredką, a więc czarnym charakterem. Miałam ciemną cerę, czarne oczy, czarne włoski. Taka czarna jagoda. Występowałam też jako ta, która niosła Jezusowi gwoździe do ukrzyżowania. Nie była to chwalebna rola. Ale jednak niosłam gwoździe i dawałam Piłatowi ręcznik do wytarcia rąk. Potem śpiewałam w szkole a cappella i wzruszałam wszystkich do łez. 

Czy myślała pani o przyszłości? 

Ludzie w tamtych czasach mało o tym myśleli. 

To skąd wziął się wizerunek Kory, która idzie w życiu na całość? 

Odwaga często bierze się z poczucia tymczasowości. Nie jestem osobą, która snuje plany. O czymś marzyłam, ale te marzenia wiązały się z niskim poziomem życia ludzi w tamtej Polsce. Czuliśmy się jednak bardzo wolni duchem. Żyłam w wolnym mieście Krakowie, w świecie zdarzeń kulturalnych Jerzego Beresia, Tadeusza Kantora, Piwnicy pod Baranami. Nie czułam politycznego ciśnienia, nawet nie odczuwałam presji cenzury. Do czasu, kiedy w 1984 roku odmówiliśmy udziału w koncercie, którego gośćmi byli wszyscy pierwsi sekretarze krajów RWPG. Powiedzieliśmy "nie", a "oni" nękali nas telefonami. Przysłali po nas autobus, potem nawet helikopter. Gdy koncert odbył się bez Maanamu, następnego dnia zakazano nam występów. Ale to nie był przykład wielkiej odwagi zespołu, tylko bunt przeciwko naruszeniu naszej godności. Nałożyła się na to ogólnie zła kondycja zespołu. Nałogi i złe, dzikie, koncertowe życie. Życie wampiryczne. Tak długo żyć się nie da. To zawsze prowadzi do czegoś złego. Permanentna amplituda: od światła do ciemności, od tłumu do samotności. Poza tym byliśmy wykorzystywani jak Łysek z pokładu Idy. Graliśmy ogromną liczbę koncertów. Powinniśmy więc być bogatymi ludźmi. A nie byliśmy. 

Kiedy zaczęła pani kontrolować rockowe szaleństwo? 

Po odrodzeniu Maanamu w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Od tej pory wychodzę na scenę z poczuciem zawodowstwa. 

Wyzbyła się pani radości koncertowego uniesienia? 

Zawsze była radość i uniesienie, choć graliśmy tysiące razy. Ponieważ mam dość odpowiedzialną funkcję, towarzyszą mi inne emocje niż kolegom. Pamiętam dobrze koncert na tyłach katowickiego Spodka z serii "Majówka z Radiem Zet". Śpiewałam na gigantycznej, kosmicznych rozmiarów scenie. Maszyna pędziła, ale hamowanie odbyło się spokojnie, świadomie. 

To jest ekstaza? 

Tak, i wielka radość. Nic nie zgrzyta. Można się rozluźnić. 

Nie wpada pani w amok na scenie? 

Nie wolno dopuszczać do czegoś takiego. 

Dlaczego? 

Traci się kontrolę. Jeżeli w samolocie nie ma automatycznego pilota, trzeba zachować zdrowy rozsądek. Oczywiście mówię o koncertach, kiedy już przeszliśmy nasze pierwsze piekło, naszą Golgotę, i ocaleliśmy. 

W pierwszym Maanamie było piekło? 

Amok. Czułam się jak gladiator. To była straceńcza forma zachowania, nas i publiczności. Ale i wtedy byłam przytomna. Czy trzeźwa w sensie emocjonalnym? Na pewno nie. Robiłam rzeczy, których dziś bym już nie powtórzyła. Nie rzuciłabym się w publiczność. Wtedy, niesiona na rękach od sceny po najdalsze rzędy, nie przejmowałam się niczym. Ale też inaczej wyglądały koncerty. Nie było między nami barier. Dziś musiałabym zrobić bardzo duży rozbieg i dopiero później skoczyć. Ale może lepiej wystąpić na olimpiadzie w Sydney? 

A poza sceną? 

Było ciężko, beznadziejnie. Należę do tych osób, których nie bawią długie trasy. I dzisiaj, i wtedy. Kiedyś, bo śpiewałam dwa koncerty dziennie. Dziś, bo odczuwam odpowiedzialność. Ponieważ koncert jest bardzo energochłonny, staram się dbać, by starczyło mi energii na cały występ. Muszę być ostrożna. 

Jak połączyć to, co powiedziała pani o ostrożności i zdrowym rozsądku, z tym, że sięgała pani po miękkie narkotyki? 

Jako młodziutka dziewczyna. To była ciekawość. 

Nie bała się pani? 

W ogóle. Boję się igieł, więc nie wiem, co to są narkotyki twarde. Dwa lata temu, przy okazji operacji, miałam namiastkę tego, czym jest morfina. Nic przyjemnego. Ale jako człowiek młody brałam straszne świństwa. Czasami lubię się stłamsić, ale też w sposób kontrolowany. Decyduje o wszystkim moje poczucie estetyki. Kocham piękno. Tylko i wyłącznie. Żadnych turpizmów. 

Nie było piękna wokół pani, skoro sięgnęła pani po narkotyki. 

Jak to! W Krakowie? Narkotyki były penetracją umysłu. Z różnymi, czasami bardzo pięknymi doświadczeniami, które działy się we mnie, przy zamkniętych oczach. Była muzyka. Seks. 

Nie wszyscy przeżyli w zdrowiu i szczęściu taką eksplorację umysłu. 

Cała masa nie przeżyła. Ale kiedy rozmawia się z młodymi guru z Doliny Krzemowej, można dowiedzieć się, że penetracja umysłu przez halucynogeny doprowadziła do rozkwitu komputeryzacji. Oni, podobno, wszystko odkryli na kwasie. Doprawili wiedzę kwasem i dzięki temu podbili swoje intelektualne możliwości. Ale w naszym kraju mówienie o narkotykach, nawet w takim aspekcie, jest niepopularne. 

Nie uważa pani, że narkotyki są groźne, zwłaszcza dla ludzi młodych? 

Nie tykałam takich świństw, jak heroina czy morfina. 

Ale miała pani stany depresyjne po użyciu innych narkotyków. 

To prawda. Zwalczając depresję, narkotyki tylko ją pogłębiają. Owocują intelektualną impotencją. To syndrom znany wszystkim nałogowcom: używki podbijają poczucie potencjału, łudzą możliwością spełnienia marzeń. Ale euforia mija i popadamy w totalną frustrację. Ile razy można to przeżyć? Wszystko zależy od osoby. 

Żyła pani w RWPG, ale czuła się jak w zachodniej komunie hipisów? 

Hipisi to ważny, ale krótki okres w moim życiu. Na szczęście, bo w końcu mogliśmy sobie zaszkodzić. Raczej dzięki sztuce mogłam się czuć jak w komunie hipisów. W Krakowie wiązało się to z Piwnicą pod Baranami, z oglądaniem genialnego kabaretu. Mieliśmy bliski kontakt z Tadeuszem Kantorem. Obejrzałem wszystkie jego przedstawienia. Z kontaktów z Piwnicą pod Baranami wzięła się moja znajomość z Krysią Zachwatowicz. 

Dziś nikogo nie dziwi, że bywa pani na takich uroczystościach, jak wręczenie nagród Nike. 

Może dlatego, że czytam książki? Nałogowo. Okres hipisowski minął, sztuka pozostała. 

Jak potrafiła pani połączyć życie na scenie z bardzo wcześnie założoną rodziną? 

To było nieświadome. A później wymagało ciężkiej pracy i determinacji. 

Jeździła pani na koncerty z dzieckiem przy piersi? 

No może nie aż tak, ale zdarzało się brać dzieci w trasę. Jeździliśmy wielkimi autobusami z całą dzieciarnią. Moje dzieci to niesłychanie pojętne istoty. Takie cygańskie dzieci, fajne. Nie sprawiały żadnych kłopotów. Spały byle gdzie. 

Koncerty nie kolidowały ze szkołą? 

Wtedy już dzieci nie jeździły z nami. 

Tęskniły? 

Nasz dom był otwarty. Raz my opiekowaliśmy się dziećmi znajomych, innym razem znajomi naszymi. Nasze rodziny tworzyły wielką wspólnotę. 

Czy teraz nie mają do pani żalu o takie dzieciństwo? 

Pamiętają je jako dobry okres. Opowiadam im anegdoty z tamtych lat, one pamiętają masę innych. Wszystkie te anegdoty są tragikomiczne. Niedawno opowiadałam, jak panowie z zespołu pobili się na scenie i musiałam śpiewać a cappella. To było w Holandii. Myślałam, że organizator trasy koncertowej już nigdy nie będzie chciał z nami pracować. Wielkie było nasze zdziwienie, gdy dostaliśmy mnóstwo telefonów z zaproszeniami, zwłaszcza z klubu, gdzie doszło do zajść na scenie. Wszyscy mówili, że czegoś takiego jeszcze tam nie było i chcieli to przeżyć jeszcze raz. Przypomniałam sobie ostatnio, jak na scenie zgubił się mój syn Szymon. Zgasły światła, zaczął się koncert, nie mogliśmy go znaleźć. Okazało się, że cały koncert spał błogo przy basowej kolumnie. 

Ciężko było i żyć, i pracować z Markiem Jackowskim? 

Bardzo niedobrze jest pracować z mężem. Odradzam. Jedność miejsca, czasu i akcji to fundament tragedii greckiej. Zbliżamy się do siebie przez oddalanie. 

Przez tęsknotę? 

Oczywiście. Kiedy jesteśmy cały czas razem, nie czujemy wolnej przestrzeni. Zaczynamy się dusić. Jak pies w kurniku. 

W pani przypadku rozstanie z mężem było chyba tym trudniejsze, że poza rozpadem rodziny, musiała pani przeżyć rozpad życia artystycznego. 

Życie osobiste już wtedy nie istniało. Chodziło o uświadomienie sobie tego faktu. Rozstanie artystyczne było bardziej bolesne, bo dotyczyło nie tylko Marka, ale i zespołu. Ale też wola decyzji była bardzo mocna. Sytuacja stała się nie do wytrzymania psychicznie. Ciągłe złe samopoczucie. 

Myślała pani o tym, że będzie kiedyś znów śpiewać? 

Nie. Ale to prawda, że czas leczy rany. Współpraca z Markiem zawsze była dla mnie największym wyzwaniem. Z nim nadal bardzo dużo pracuję. Ważnych decyzji miałam w związku z Markiem wiele. Pierwsza, o małżeństwie, była nieświadoma. Później było inaczej. W końcu jest między nami jakaś chemia czysto artystycznej natury. My z Markiem niesłychanie się drażnimy. Ale paradoks, który rządzi światem i nami też, sprawia, że mimo tej niezgody, o której już nie rozmawiamy, razem pracujemy. I ta praca ma zawsze sens. 

Jakie znaczenie miały pani wyprawy do Grecji? 

Wychowałam się na mitach greckich opisanych przez Parandowskiego. Kora, Persefona... Pierwszy pojechał tam Kamil Sipowicz. Dopiero potem, w 1975 roku, doszło do wyjazdu naszej hipisowskiej grupy. Spotkaliśmy ludzi z Włoch, w tym Ginevrę, potomkinię Dantego Alighieri, arystokratkę. Chodziła z kapeluszem i zbierała pieniądze. Jeździliśmy wtedy autostopem, mieszkaliśmy na plażach, w jaskiniach. Byłam w ciąży. Drugi synek miał trzy lata i piękne blond loki. Gotowałam jajka w piasku. Chodziłam, śpiewałam, Marek grał na gitarze. Było ładnie. Szkoda, że już tak nie jest. 

Kiedy Kamil Sipowicz pojawił się w pani życiu jako partner? 

Tak naprawdę u schyłku lat osiemdziesiątych. Dorastałam razem z naszym krajem. Musiałam się wyciszyć, przeżyć trud bycia w samotności. Tylu mężczyzn nie okazało się mężczyznami mojego życia, choć wydawało mi się, że są. Naturalna selekcja. 

Trudno jest żyć w przyjaźni po tym wszystkim? 

Marek i Kamil nie dość, że się spotykają, to jeszcze pracują ze sobą. Jeżeli nie wyciąga się spraw z przeszłości, to nie jest nawet emocjonalnie trudne. Poukładali sobie życie. Mają świadomość priorytetów. To naturalny proces - krystalizacja uczuć. 

Wyszła pani cało ze wszystkich zakrętów życiowych: domu dziecka, rozpadu małżeństwa i zespołu. 

Zobaczymy... 

Ale teraz... 

... teraz tak. 

Dzięki czemu? 

To wymaga porządku. Porządek musi być.

 
  

powrót