ZAWIERUCHA
Tylko Rock, Grudzień 1998 

fot. Tomasz Sikora 
Rozmowa z Markiem Jackowskim 

Maanam nagrał kolejną płytę. Z jedenastoma utworami. Klucz, bo taki jest jej tytuł, to Maanam bardziej zadziorny, ostrzejszy niż na Róży, Łóżku czy Derwiszu i aniele. Tą płytą Kora z kolegami przypominają, więc co niektórym, że Maanam to wciąż, jak najbardziej, zespół rockowy. Nie wierzycie? Po­czytajcie sobie, co na temat Klucza mówi Marek Jackowski. Facet, który gdzieś tak dwadzieścia lat temu Maanam założył. Gra w nim na gitarze. Raz nawet tam zaśpiewał. I skom­ponował wszystkie maanamowe utwory… 



Udało nam się zbliżyć do brzmienia koncertowego. Często jest tak, że w studiu dla całości brzmienia rezygnuje się z pew­nych ostrości czy z pewnych brzmień, które dzieją się na kon­cercie - tłumaczy mi Jackowski. Już przy poprzedniej płycie chcieliśmy bardzo pracować, z Leszkiem Kamińskim (realizato­rem nagrań Heya, Varius Manx czy Edyty Bartosiewicz - przyp. gk). Znaliśmy go wcześniej, wiedzieliśmy, że jest to świetny fachowiec, człowiek nie bojący się dźwięku. Ale był zajęty. Dopiero teraz mogliśmy z nim nagrywać... Co on takie­go wie, czego nie wiedzą lub nie potrafią inni? Leszek jest człowiekiem bardzo komunikatywnym, wręcz charyzmatycz­nym. Oprócz całej reszty, znakomicie nagrywa gitary. Na przy­kład stosuje taką metodę, że niekoniecznie perkusja na pierw­szym planie sprawdza się w tak zwanym czadowym graniu - wyjaśnia Marek. Jest taki mit, że bardzo ostra perkusja i wer­bel na pierwszym planie powodują, że jest dynamiczny cały zespól, że jest czad. A to jest właśnie dość złudne. Bo jeżeli po­słuchamy nagrań tak klasycznych zespołów jak choćby The Rolling Stones, to widać wyraźnie, że gitary są bardzo mocno wyciągnięte, a ta perkusja wcale tak nie łomocze. To jest coś, o czym niby wszyscy dobrze wiedzą, ale często jakby boją się zrobić tak a nie inaczej... 

Pytam, dlaczego w takim razie nie spróbowali tak nagry­wać już wcześniej. Jackowski: Zawsze staraliśmy się grać mak­symalnie ostro i pełnym brzmieniem. Czasami ograniczeni by­liśmy warunkami w studiu, na przykład studio tonpressowskie na warszawskim Wawrzyszewie było pod względem nagry­wania gitar bardzo trudne, bardzo ciężkie. Nagrywaliśmy tam kilka razy i, mimo że byty to te same wzmacniacze - Messa Boogie, było nam bardzo trudno osiągnąć te same brzmienia gitar na taśmie. Gdzieś ten dźwięk przepadał... A Leszek Kamiński nagrywa już od wielu lat w studiu S-4 w telewizji. Zna je doskonale, zna wzmacniacze, zna sprzęt. I nie boi się przesterów na gitarach, co niekoniecznie znaczy „rzęch" na płycie. Potrafi wydobyć dzięki temu zniekształcenia, które brudzą pły­tę, ale jest to takie „przydymienie" właściwe. I są to jednocze­śnie gitary bardzo dobrze brzmiące... 

Marek Jackowski mówił na kilka miesięcy przed nagraniem Klucza, że jeśli Maanam nie nagra ostrej, czadowej płyty, to będzie znaczyło, że coś z nim jest nie tak... Jackowski: Już pierwsze trzy utwory, które otwierają płytę, idą w tym kierun­ku. Te gitary i to wszystko, co tam się znalazło - dzięki Kamińskiemu - świetnie zabrzmiało i zostało ułożone. Utwór „Cela", chyba najostrzejszy w tej części płyty - z bardzo przejmują­cym, drastycznym tekstem Kory - też jakoś nas odpowiednio zainspirował. Również „Agresywne lato" czy „Bądź ostrożny" były takimi tekstami, które pozwalały nam na ostrzejsze „przy­łożenie" zespołu... Natomiast jest jedna rzecz, o której zawsze należy pamiętać, że śpiewa z nami Kora, że jest to kobieta. Nie można traktować Kory jak Grzesia Markowskiego czy innych śpiewających mężczyzn. A i tak uważam, że Kora, jak na ten właśnie moment w swoim życiu, w jakim się znalazła w tej chwili, i tak w wielu utworach potrafi zaśpiewać bardzo moc­no. I nie boi się tego. 

Gdy powiedziałem Markowi, że bez charakterystycznego głosu Kory ciężko byłoby te pierwsze trzy utwory z Klucza tak od razu skojarzyć z Maanamem, uśmiechnął się i powiedział, że ma inne zdanie na ten temat... Tak się po prostu gra - mó­wi. Tak właśnie brzmi Maanam na żywo. Oprócz tego, że są piosenki - zawsze będę twierdził, że przede wszystkim jestem kompozytorem piosenek - nie chodzi o to, żeby się zamknąć w jakimś określonym stylu, w jakimś kanale, który za chwilę jest już ciężkim Zbowidem. Moda starzeje się najszybciej. I ze­społy, które chcą grać trochę dłużej, powinny tego unikać. Ta­kiego zamykania. To jest krótka fascynacja. Z reguły czymś, ja­kimś brzmieniem. Proszę posłuchać, jak w tej chwili brzmią ka­pele nowofalowe. To jest - dla mnie - jakieś muzeum figur woskowych. To było, miało jakąś swą emanację, ale powiela­ne w nieskończoność doprowadziło do stanu niesłuchalności. Zawsze było dla mnie ważne, żeby jednak utwór funkcjonował jako piosenka. Co niekoniecznie ma znaczyć, że piosenka ma być słodka czy landrynkowa. Piosenka to jest utwór, który zostaje na dłużej. To jest coś, co funkcjonuje poza czasem. Tak jak „Pod papugami" czy „Dziwny jest ten świat". Oczywiście nigdy nie wiadomo, która piosenka przejdzie w ten inny wymiar, jakby ponadczasowy. To wychodzi dopiero później. Ludzie czują się dobrze z takimi utworami, takimi piosenkami, takimi rzecza­mi, gdziekolwiek są. Czy są w Singapu­rze, czy są w Melbourne, czy są w Vancouver, czu­ją się po prostu jak u siebie w domu. 

Miłość od pierwszego spojrzenia to typowy Maanam, choć kojarzy się trochę z latami sześćdziesiątymi. Z tą stylistyką. W pewnym momencie Kora wprowadza przesiąknięte liry­zmem parlando... Blenda Lee - mówi Jackowski. Był taki utwór „l'm Sorry". Ciarki po plecach. A tak poważniej: pewnie gdzieś tam to skojarzenie jest jak najbardziej właściwe. Ale ten utwór wiąże się z bardzo szczególną sytuacją. Był to jedy­ny tekst taki prawdziwie o miłości. I nie bardzo było wiado­mo, co z tym fantem zrobić. To był tytuł zostawiony już na sam koniec. Właściwie to ja nic nie chciałem do niego robić. Żad­nej muzyki. Czekałem na jakiś inny tekst. Co prawda Kora na­pisała jeszcze dwa inne, ale tamte były już tak zakręcone, że nadawały się na całkiem inną płytę. I zdarzyło się coś bardzo dla mnie smutnego. Dowiedziałem się o nagiej śmierci ojca mojego przyjaciela. Człowieka niezwykłego. Zmarł dosłownie w ciągu dwóch, trzech godzin. Niespodziewanie. Wiedziałem o takim jego niezwykłym związku - małżeństwie z pewna ko­bietą. Zawsze mi się to kojarzyło z czymś takim niezwykłym. Ze związkiem, który trwał przez wiele lat i który był pełen mi­łości, pełen wzajemnego szacunku, pełen niezwykłych sytu­acji. To było coś, co się w życiu tak naprawdę rzadko już spo­tyka. W czasie, kiedy słyszy się - szczególnie w światku rock'n'rollowym - coraz to o nowych parach, nowych konfi­guracjach, nowych małżeństwach, rozpadających się i potem na nowo się zlepiających, prawdziwych dziwolągach. To było coś, o czym wiedziałem, że to istniało, że było piękne, niepo­wtarzalne. I zrozumiałem, że ten tekst tu pasuje. To musiało być coś innego. To nie mogła być jakaś kolejna słodka, senty­mentalna piosenka. Pamiętając o tym człowieku, nie mogłem zrobić czegoś niedopracowanego. Dla mnie te dźwięki są poukładane najlepiej, jak umiałem je poukładać. Ta sytuacja by­ła tak prawdziwa. I coś w tej piosence z tego na pewno jest. Szczerze mówiąc, lepszych utworów niż „Kocham cię kocha­nie moje" czy „Miłość od pierwszego spojrzenia" nie umiem napisać... 

Mambo, mające w sobie tak jak Mi­łość od pierwszego spojrzenia wiele z klimatu lat sześćdziesiątych, a może nawet pięćdziesiątych, brzmi już jak pastisz... jak dostaję takie teksty od Kory czy od Kory i Kamila, to co ja mogę z taką piosenką zrobić - wyjaśnia Marek. A war­to dodać, że jest to tekst, który bazuje na wierszu Rakowy kadryl Marianowicza według Alicji w krainie czarów Lewisa Carrolla. Jackowski: To właściwie piosenka bardziej dla dzieci. Śmieszna, dla dzieci w każdym wieku. Nic prostszego. To „Mambo" zostało trochę przerobione, bo to, co ja skompo­nowałem, to właściwie tylko linia melodyczna, którą gra Ricardo. Korze się to jednak kompletnie nie podobało, żeby śpiewać tylko to, co gra gitara, więc dołożyła jeszcze te wszystkie swoje dziwne melodyjki i tak powstało „Mambo" z „Klucza". Na pewno bardziej zabawowe. 

Bezludna wyspa to między innymi popis Tomasza Stańko, który chyba jak mało który jazzman potrafi wczuć się w mu­zyczny świat Maanamu... „Bezludna wyspa niekochanych" - wpada mi w słowo Jackowski. Dla mnie ta piosenka ma taki właśnie tytuł. Jak pierwszy raz zagraliśmy to na próbie, to akustyk powiedział: „Bardzo was przepraszam drodzy koledzy, ale wydaje mi się, że lepiej ten utwór schować do szuflady. Bo coś mi się wydaje, że daleko z tą piosenką nie zajedzie­my". Tak nas to wkurzyło, że natychmiast za­graliśmy następna wersję z jakimś większym drive'em, większym czadem. No bo jak... Czuję, że to jest jedna z tych niezwykłych kompozycji, a ktoś mówi mi: „Do szuflady". Kora śpiewa tu niezwykle. I jest to utwór zu­pełnie inny niż reszta. Czułem wyraźnie, że to nie jest tylko to, co gramy na koncercie czy na próbie. Wyraźnie słyszałem tu jeszcze trąbkę Tomasza... Tomasz gdzieś zawsze funkcjono­wał w naszym życiu, nagrywał z nami utwór „Die Grenze" na naszej drugiej płycie. Spoty­kaliśmy się w naszym życiu wielokrotnie w różnych sytuacjach i gdzieś ten głos trąbki tutaj słyszałem. I tak to jest nagrane. Tomcio wszedł do studia, nagrał kilka śladów i taka to burza, zawierucha powstała. 

Dowiedziałem się, że Klucz stał się tytułem płyty przez przypadek. Propozycji było co naj­mniej kilka. Takich tytułów roboczych. W końcu zdesperowany Maanam, bo każdy upierał się przy swoim, zwrócił się o pomoc do Marka Niedźwieckiego. Akurat graliśmy wtedy koncert na żywo w Trójce - mówi Jackowski. Zapytaliśmy go: „Mareczku, nie gnie­waj się, chcemy cię zapytać to, to, czy to? Ani to, ani to. »Klucz«" - powiedział. I tak już zo­stało. 

Maanam jest chyba jednym z niewielu ze­społów, które nie nagrywają płyt na siłę. W odróżnieniu od wielu trwających po blisko sześćdziesiąt czy nawet siedemdziesiąt minut longplayów Klucz trwa niewiele ponad czter­dzieści... 

Pewnie moje pokolenie, choć może nie tyl­ko ono, ma taki jakiś biologiczny rytm słucha­nia płyt - mówi Marek. Jakby winylowy. Nie wiem, dlaczego ta formuła robienia i słucha­nia płyt czterdziesto-, czterdziestopięciominutowych sprawdza się najlepiej. Na­wet jeżeli zespól jest znakomity, jeżeli kupu­ję płytę „Bridges To Babylon" Rolling Stonesów, gdzieś w połowie muszę przestać jej słuchać. Muszę pójść coś zrobić, by później móc do niej wrócić. Nie mogę jakoś przebrnąć tej bariery czterdziestu kilku minut. Słu­chanie przez siedemdziesiąt minut płyty ze­społu The Cure jest dla mnie w ogóle nie do przyjęcia. No chyba, że jest to AC/DC... 

A skąd pomysł na nową, znacznie ostrzej­szą wersję Wyjątkowo zimnego maja? Po­czątkowo ta piosenka wcale nie miała zna­leźć się na nowej płycie Maanamu. Została nagrana na prośbę Roberta Kozyry z Radia Zet... Przez dwa lata graliśmy koncerty pod hasłem „Wielka majówka" - wspomina Ma­rek. Dwie wiosny '96 - '97. Roberta zawsze szokowało, że gramy ten utwór zupełnie ina­czej, niż zrobiliśmy to na płycie „Derwisz i anioł". I bardzo namawiał Korę, żebyśmy nagrali tę piosenkę chociażby tylko dla nich. Dla jego radia. I okazało się, że jakoś siedzi to w brzmieniu całej płyty, że właściwie jest OK. Był tylko problem z umiejscowieniem tego na płycie. No bo co damy to na koniec? Jako bonus? Bez sensu. Płyta się kończy i co? „ Wyjąt­kowo zimny maj"? A tak jak jest przedostat­nia, a na końcu jest jeszcze utwór „Przystań", również dla nas ważny, bo wiąże się z fil­mem pod tym samym tytułem i tekst Kory jest jakiś taki bardzo prawdziwy o niej samej, jakoś to wszystko dobrze funkcjonuje... Tak zaistniało i tak jest. To nie dlatego, że nie mieliśmy innych utworów. Po prostu szkoda go było tak zostawić. 

Niestety, a może na szczęście Maanam nie myśli o tym, by nagrać na nowo kolejne swo­je stare piosenki... „Karuzela marzeń" (nowa wersja znalazła się na płycie Derwisz i anioł - przyp. gk) nagrana była na wyraźne życzenie Kory - wyjaśnia Marek. Chciała, żeby to brzmiało jeszcze bardziej koncertowo. „Wy­jątkowo zimny maj" został nagrany też jakby na specjalne życzenie. Ale dalszych takich za­mierzeń nie ma. Nie przewiduję kolejnych remake'ów. Jeżeli już, to nagram taką płytę z orkiestrą - mówi jakby żartem szef Maana­mu. Długie wieczorowe suknie, lejące się zło­to i fryzury w stylu B-52's pod sam sufit. Coś właśnie takiego. Jakaś specjalna okazja. Spe­cjalny bal na specjalną rocznicę. Na przykład pisma „ Tylko Rock"... 

Wysłuchał: Grzesiek Kszczotek

 
  

powrót