WIERZĘ W LUDZI
Tylko Rock, Sierpień 1993 


Kiedyś zdarzyło mi się robić wywiad z Markiem Jackowskim w dramatycznym dla niego momencie. Było to w początku 1986 r i Maanam właśnie zawiesił działalność, bo - jak mi wtedy powiedział Jackowski - Kora i ja chcemy odpocząć od siebie i od pracy ze sobą. Mimo takich okoliczności rozmawiał ze mną długo i spokojnie. Chyba zawsze żyje w swoim świecie i w swoim tempie. A od blisko dwóch lat żyje znów z Maanamem Za każdym razem, gdy z nim rozmawiałem, dużo mówił o słuchaczach. O tym, że cieszy go, iż na zakochanych robi takie wrażenie Kocham cię, kochanie moje. I że pewnie Lucciola byłaby inna, gdyby nie jego łódzkie przyjaźnie. Powtarzał też, że trzeba szanować publiczność. Najnowsze nagranie Maanmu - Maanamania z klubu Remont na pewno mogą być na to dobrym dowodem. To po prostu wysęp grup i jej fanów. 

Maanamania, wspaniale wprowadza słuchacza w atmosferę koncertu Maanamu. Ale chyba szkoda, że nie ma tu jakiegoś premierowego utworu... Czy od czasu nagrania Derwisza i anioła nie powstała ani jedna nowa piosenka? 

MAREK JACKOWSKI: Od jesieni, od powrotu z Chicago, czasami grywamy już jeden utwór przeznaczony na następną pfytę. Tytuł roboczy - "Miluwakee". Jest to utwór po polsku, mówiący o miłości, o tęsknocie. Ale bez sensu byłoby go nagrywać na płytę koncertową, kiedy jeszcze nie ma wersji studyjnej. Raczej tego się nie robi. 

Może byś jakoś skomentował wasze amerykańskie występy w klubach. 

MAREK: W Nowym Jorku zaczęli do nas przychodzić ludzie z propozycjami grania na Manhattanie, w różnych miejscach... Zagraliśmy w Limelight i w kilku innych klubach. Bo zorientowali się, że przychodzi na nas dwa tysiące ludzi czyli jest to normalna kasa. Oczywiście te dwa tysiące to przede wszystkim środowiska polonijne. Branie się za Amerykę na normalnej zasadzie wymagałoby wypadnięcia z polskiego rynku na trzy lata. l olbrzymich pieniędzy, żeby grupa mogła zaistnieć w środkach masowego przekazu. 

Czy jeszcze zdarza ci się marzyć o karierze na Zachodzie? 

MAREK: Chyba każdy polski zespół marzy o karierze międzynarodowej. My już mogliśmy ją zrobić w odpowiednim czasie. 

Panuje opinia, że Maanam w połowie lat osiemdziesiątych całkiem mocno usadowił się na zachodnioeuropejskim rynku. Sam mi kiedyś, że zaszliście tam dalej niż jakakolwiek inna grupa rockowa z Polski. A potem zaprzepaściliście wielką szansę. Czy nie jest ci żal? 

MAREK: Jak może być mi żal, jeżeli w zamian za to chłopcy potrafili uporządkować swoje życie ... Przedtem były koszmarne ilości koncertów. Wyzyskiwały nas estrady, zarabialiśmv w kraju psie pieniądze. Zmęczenie było ogromne, chłopy ratowali się jak mogli. Każdy się ratował. Dziś zespoły też to robią .Ratują się alkoholem. Nas to w pewnym momencie zaprowadziło na skraj przepaści. 

Trzy duże płyty, wydane w Niemczech. Dobre recenzje w zachodnioeuropejskiej prasie... Czy to nie mogło rozbudzić nowego zapału? 

MAREK: Pomijając jakieś sporadyczne przypadki, to już był zapał oparty w dużej mierze w wodzie ognistej. To tylko dawało złudzenie tej siły. 

A narkotyki nie stały się dodatkowym zagrożeniem? 

MAREK: Nie. Trawa właściwie rozkleja. Uważam, że jest tylko dla ludzi, którzy umieją palić lub dla nie bardzo rozgarniętych... Ja od czterech lat - dzięki Bogu i dzięki kilku przyjaciołom- jestem czysty. Jest to nowe życie. Kiedyś nie wyobrażałem sobie, że można żyć bez alkoholu, ale w kilkanaście tygodni po wyjściu z tego zorientowałem się, że życie jest dużo piękniejsze i ciekawsze, gdy się nic nie pije. 

Może podsumowałbyś temat Maanam i kariera zagraniczna ... 

MAREK: Roboty mamy dużo w tym także - znowu na rynku europejskim. W zasadzie Kora do dzisiaj istnieje tam jako osobowość. Na scenie kontynentalnej każdy kraj ma swoich reprezentantów. Niemcy: Nina Hagen. Włochy: Gianna Nannini ... Kora traktowana jest jako ktos z tej galerii. Zresztą stwierdzam fakt że jest w doskonałej formie, jest fantastyczna w czasie koncertów. Być może w przypadku naszego zespołu sprawdza sie powiedzenie: save the best for last - zostaw najlepsze na koniec. Bardzo sie cieszę, bo pięć lat temu groziło mi, że przestane grać i zacznę wegetować. A to w tej chwili jest tak wspaniale ... Może to nagroda za odrobinę silnej woli? 

W 1986 roku spróbowałeś działać pod szyldem Złotousty i Anioł. Zespół którego woklaistą był Robert Gawliński, okazał się efemerydę. Ale coś mnie tu do dziś intryguje: czy naprawdę byłeś przekonany, że poradzisz sobie bez Maanamu? 

MAREK: Można powiedzieć, że po tylu latach pracy w show businessie mniej więcej wiem, jak tworzy się tak zwaną gwiazdę. Wtedy nie występowałem z Korą, a nie można było ca/y czas tylko obijać się i żyć przy barku... l uświadomiłem sobie, słuchając piosenki "Pod papugami", że od czasu Czesława Niemena nie było w polskiej muzyce rockowej żadnej męskiej gwiazdy z prawdziwego zdarzenia. l zacząłem rozglądać się, czy jest ktoś, kto mógłby udźwignąć ten ciężar. Bo to jest rzeczywiście ciężar, l dziś można powiedzieć, że wtedy miałem nosa. Oczywiście, przed Wilkami stoi bardzo trudne zadanie. Początek został zrobiony, rozpęd jest, natomiast umiejętność zdyskontowania tego i grania dalej-to już inna sprawa. Ta moja grupa miała bardzo duży potencjalny ładunek. Nawet był w to zaangażowany Tony Maimone z Pere Ubu. Mieliśmy koncert w Hali Gwardii i prawie w tym samym czasie z inicjatywy Kory zaczęła się praca nad sklejaniem Maanamu. Trzeba było sprawdzić co z chłopcami. Okazało się, że -o dziwo - wszyscy byl w porządku. 

Gdyby Korze solo wiodło się lepiej, zapewne Maanam nie odrodziłby się... . 

MAREK: Nie było aż tak źle. Zaczęła funkcjonować jako postać, okazało się, że jest bardzo pożądaną osobą w telewizji. W gruncie rzeczy pokazywała się bardzo często. Pamięć o zespole nie zaginęła i tylko było czekanie na sygnał: grać dalej czynie... 

Czy reaktywując zespół nie mieliście jakichś wątpliwości, rozterek? Czy łatwo pracowało się wam nad nowym repertuarem? 

MAREK: Wiedzieliśmy, że aby osiągnąć pełną formę trzeba -jak u piłkarzy - pół roku, rok ostro trenować. Jeżeli chodzi o koncerty to dwa lata temu, kiedy się zeszliśmy, sprawa była trudna. Ludzie nie mieli pieniędzy, bo już trzeba było wydać sześćdziesiąt, siedemdziesiąt tysięcy na bilet... Zaczęliśmy więc myśleć o płycie "Derwisz i anioł". Mój materiał był gotowy wcześniej. Zespół jest bardzo czujny i należało tylko znaleźć niezbyt drogie studio, bo to już była nasza własna produkcja, z Kamilem Sipowiczem. Przypadkiem dowiedzieliśmy się, że w Olsztynie działa Andrzej Szmit, profesjonalny człowiek. Ja zawsze wierzę w ludzi, a nie w sprzęt, w genialne studia. I mi się sprawdziło. 

Moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu płyty Derwisz i anioł: rzecz dokładnie w klimacie wcześniejszych przebojów Maanamu, zresztą wzmocniona nową wersją Karuzeli marzeń. Jak byście wykalkulowali to sobie na zimno... 

MAREK: Nie ma chyba nic złego w takim powrocie. Ostatnio słuchałem reedycji kompaktowej "Nocnego patrolu" i wzruszyłem się. Coś, co wydawało się takie normalne, zwykłe po latach zaczyna robić niesamowite wrażenie... Trzeba też pamiętać, że każdy zespół, który miał przerwę w działalności, odczuwa głód przebojów. Muszę być te dwa, trzy utwory na listach przebojów. 

Było jeszcze lepiej: Derwisz i anioł okazać się szlagierem naszego rynku płytowego, zainteresował słuchaczy w różnym wieku... 

MAREK: Na pewno zaważyło tutaj podejście Szmita, który ostrożnie to miksował. To było też nagrywane ostrożnie, a jednocześnie - zdecydowanie i szybko... Ludzie często domagają się, żeby Maanam graf jak na pierwszej płycie - ostro. Ale jak przyjdzie co do czego... Najmłodsza młodzież, która stoi pod estradą na waszych koncertach, na wielkim odlocie śpiewa "Wyjątkowo zimny maj". A jest to piosenka, która ledwie weszła na tę płytę, bo wydawała mi się za bardzo przebojowa. 

Jak to się robi? Skomponowałeś już tyle stylowych, a jednocześnie chwytliwych piosenek. 

MAREK: Trzeba zdecydować, co się chce robić. My gramy dla ludzi, nie gramy dla siebie. Ale to na pewno nie jest muzak. Zresztą radiostacje nie nadają zupełnej tapety muzycznej, bo ludzie tego nie słuchają. Nie są tacy głupi... Staram się dać ludziom najpiękniejszą rzecz - to, co potrafię najlepiej. Jeżeli robię tango, to nie dlatego, że sobie coś ubzdurałem, a dlatego, że - w pewnym sensie - wychowałem się na muzyce granej przez małomiasteczkową orkiestrę. W tej orkiestrze akordeonista przewracał oczami i graf jakieś tanga i walce, a ja widziałem, że ludzie mieli łzy w oczach, gdy tego słuchali... Wertyński też nie śpiewał tapety. Jest taka twórczość, która po prostu trafia do serca. 

A jak to się dzieje, że zawsze wam się udaje pozostać rasową grupą rockową? 

MAREK: To się czuje ... Dobrze jest mieć w zespole kogoś, kto okazuje się przeciwwagą, l tutaj Kora jest taką osobą, która nie przepuści jakiejś tapety. Być może gdyby nie Tom Waits - nie zdecydowalibyśmy się na tango. Wszystko zależy od tego, kto to gra. A ostatecznym strażnikiem stylu jest publiczność. Często tak zwani męscy krytycy chcieliby, abyśmy grali jak Rolling Stones, trzymali się bardzo określonej, męskiej stylistyki. A w zespole przecież śpiewa kobieta i to o swoistym magnetyzmie na scenie. Być może z mężczyzną byłoby inaczej ... Zostawmy też awangardę awangardzie. Maanam to jest Maanam. 

Maanam to - twoim zdaniem - kto? Może po prostu ty i Kora? 

MAREK: Wszyscy muzycy obecnego składu maję swoje zasługi. Maanam to też Bogdan Kowalewski, który jest po wypadku samochodowym i w dalszym ciągu nie może z nami grać. Jego wkład w nasze płyty byt przecież duży... Osobny rozdział to Ricardo czyli Pysio Olesiński. Jest wychowany na muzyce jazzowej, a więc ma szerokie spektrum zainteresowań. Jest przy tym wybitnym metodykiem - ludzie na widowni śpiewają jego zagrywki. Krzysztof Olesiński tworzy z Pawłem Markow-Skim pancerną sekcję rytmiczną ... 

Czy tym razem długo może trwać taka idylla w zespole? 

MAREK: Nigdy nie myślałem, że usłyszę Keitha Richardsa, mówiącego, że muzyk rockowy powinien prowadzić życie jak mnich... Widziałem Richardsa na koncercie w Sewilli i zagrał doskonale. Trzeba mieć siłę. Czasy, gdy się popijało, a potem grało gdzieś w remizie, już minęły. Powoli powstaje u nas prawdziwy rynek, powstają nowe radiostacje i rozwiewa się wiele mitów... A rock'n'roll jest piękny. Warto go grać cafe życie. Jak blues. 

Co już możesz powiedzieć o następnej płycie Maanamu? 

MAREK: Ta najnowsza koncertowa płyta jest bardzo ważna, bo publiczność jest jakby jej współautorem. Słuchacz musi być doceniony. Nie jesteśmy zespołem, który tylko siedzi w studiu, wydaje płyty i zgarnia kasę. Teraz wydaje się oczywiste, że Maanam wrócił na rynek, ale to nie było takie pewne. To także zasługa publiczności, która jest wierna. A jeżeli chodzi o nowy materiał... Wydaje mi się, że jest czas, aby wreszcie przyłożyć mocniej. Przebojów jest już tyle, że warto teraz nagrać płytę, z której będzie można zrobić ostrzejszy spektakl na estradzie. Mam przeświadczenie, że jest zapotrzebowanie na bardziej ostry Maanam. 

Rozmawiał: WIESŁAW KRÓLIKOWSKI

 
  

powrót