URODZIŁAM SIĘ BY KOCHAĆ CIEBIE
ELLE, Październik 1996 

fot. Jacek Poremba 
Rozmowa z Korą 

Zza ściany deszczu i ogromnego parasola wyłania się intrygująca sylwetka. Kanarkowe chodaki, grube, ciemne podkolanówki, czerwony luźny sweter, spod którego widać rąbek więcej niż krótkich szortów. Kora jest uśmiechnięta, zrelaksowana, naturalna. Zaprasza mnie do swojego podwarszawskiego domu. Pokazuje obrazy ukochanego Kamila, przywiezione z Krakowa stare meble. Ani śladu żywiołu chyba najbardziej ekscentrycznej gwiazdy polskiego rocka. Białe ściany, fotele obite błękitno-żółta tkaniną, bukiety kwiatów. „Znasz sekret ukrywanego przed światem mieszkania Andy Warhola? Okazało się, że szukał natchnienia w klasycznym, zapełnionym antykami, nowojorskim apartamencie". 

ELLE: Kim są artyści? 

KORA To ludzie twórczy. Artysta opisuje codzienność lub zniekształca ją w sposób, który nas od niej odrywa i nie pozwala się nudzić. Nasza cywilizacja jest niesłychanie agresywna, technika unifikuje świat. Nie można zmienić miejsca, bo wszystkie są do siebie podobne. MTV jest nawet u Buszmenów. Przepływ informacji sprawia, że świat się kurczy. I dzieje się to dla nas zbyt szybko. Technika ubezwłasnowolniła człowieka. Odebrała mu wolność wyboru. Spłaszczyła świat w sensie emocjonalnym. Chorujemy. Ta choroba nazywa się nuda. 

ELLE: Z Tobą może nudzimy się mniej... Jesteś chyba jedyną polską artystką, która od lat niezmiennie gromadzi tłumy na koncertach. Czego ludzie szukają w Twoich utworach? 

KORA: Myślę, że wnoszę w niefrasobliwy sposób poezję i piękno słowa potocznego w życie słuchaczy. Mam wielkie szczęście. Bawiąc się trafiłam do serc publiczności. 

ELLE: Czy nie stałaś się od niej uzależniona? 

KORA: Uzależniona? Nie. Ale sukces sprawił, że mogłam uporać się z moimi problemami: strachem egzystencjalnym, lękiem przed samotnym zmaganiem się z życiem, z ciężarem odpowiedzialności za siebie i dzieci. Rozwód z Markiem Jackowskim skazał mnie na całkowitą samotność. Zostałam sama z synami. To był skok na głęboką wodę, wymagał wielkiej odwagi. Głęboko i długo cierpiałam... Nie należę do kobiet, które wychodzą za mąż i rozwodzą się, traktując te wydarzenia jak podpisanie papierów w odpowiednim urzędzie. Ludzie się przecież do siebie przyzwyczajają... Marek był w naszym związku za bardzo „macho". To stuprocentowy katolik, wychowany na starotestamentowym stereotypie układu między kobietą a mężczyzną. Z roku na rok coraz dokładniej zdawałam sobie sprawę, że zabijał we mnie człowieka... 

ELLE: ...aż postanowiłaś się wyzwolić. Czy dlatego w apogeum sławy rozwiązałaś zespół Maanam? 

KORA: Ta myśl narastała we mnie długo, aż stała się tak silnym imperatywem, że w styczniu 1985 roku podjęłam decyzję o zawieszeniu grupy. To był okres silnej życiowej weryfikacji, właściwie ciągu weryfikacji, bo w 1984 roku rozwiodłam się. Jestem jak zwierzę, przyzwyczajam się do osób i miejsc. Bardzo trudno jest mi nawiązać nowe układy z ludźmi. Dotyczy to zarówno relacji zawodowych, jak i osobistych. Moje małżeństwo polegało na tym, że znalazłam mężczyznę, który zaproponował mi opiekę. To się w życiu jednak przestało sprawdzać... Być może za dużo sobie wyobrażałam. Kiedy poznałam Marka, byłam bardzo dziecinna. Miałam wtedy 20 lat. Teraz spotykam dziewczyny 20-letnie niesłychanie dojrzałe. Dzisiejsze czasy chyba szybciej uczą dojrzałości. A ja już me pozbędę się swojego infantylizmu. 

ELLE: Sprawiasz wrażenie bardzo silnej kobiety. 

KORA: Jestem silna i słaba zarazem. Moja siła tkwi w godności, a nie w przebojowości. Do szczęścia potrzebna mi druga osoba, ale musi być podobna do mnie. Odmienność fascynuje, jednak jest męcząca, a zmęczenie to największy wróg człowieka. 

ELLE: Kamil Sipowicz. On chyba wycisza Twoje emocje? 

KORA: Kamil jest bardzo emocjonalny, żywiołowy, ale paradoksalnie wprowadza dyscyplinę w moje chaotyczne myślenie, które często prowadzi mnie do depresji. Ma bardzo precyzyjny, twórczy, artystyczny umysł. 

ELLE: Jest Twoim menedżerem. Połączenie życia osobistego i zawodowego rodzi na ogół konflikty. Tak było w przypadku Twojego pierwszego małżeństwa. 

KORA: Żyjemy dość spokojnie. Jestem dojrzalsza i doceniam kompromis w dobrym tego słowa znaczeniu. Kamil prowadzi firmę w sposób skuteczny, nie łamiąc przy tym zasad etycznych, co nie jest łatwe w tym biznesie, a co dla mnie miało i ma ogromne znaczenie. Zatrudnił w naszej firmie moich dwóch synów - są grafikami komputerowymi. Szymon i Mateusz zrobili okładkę do naszej najnowszej płyty... 

ELLE: ...zatytułowanej „Łóżko". Czy to jest miejsce dla Ciebie? 

KORA: To przedmiot niesłychanie ważny. Dla mnie nie tylko przedmiot, ale także obszar. Obszar samotności i narodzin, śmierci, rozkoszy. Drugim, równie istotnym dla człowieka przedmiotem jest stół. Przy stole samotność też jest przykra, ale miejsce ukochanego mogą zająć dzieci, matka, ojciec, przyjaciele. Dlatego samotność w łóżku jest tak bolesna. To miejsce dla mnie i dla mojego ukochanego. 

ELLE: Powiedziałaś mi kiedyś, że piszesz piosenki o miłości innych ludzi. 

KORA: Jest to rodzaj przetworzenia. Wyobrażenia sytuacji, które się mogą przydarzyć tak Tobie, jak i mnie. 

ELLE: Czy lubisz, gdy osoby, które kochasz, przychodzą na koncerty, towarzyszą Ci w trasie? 

KORA: Nie, nic znoszę. W trasie jestem inną osobą. Na scenę lubię wychodzić z obszaru mojej samotności. Z nienaruszoną przez nikogo energią. Napisałam kiedyś: „Lubię samotność, lecz we dwoje na wyciągnięcie ręki Twojej". Wybudowaliśmy z Kamilem dom. Mamy oddzielne sypialnie, łazienki, szuflady. Nie znoszę szukać czegoś na cudzej półce i nienawidzę, gdy ktoś szpera w moich rzeczach. Lubię tęsknić. To wzmaga intensywność uczuć. Ulegliśmy stereotypowi, że człowiek nieustannie pragnie się kochać. Lansuje się model idealnego kochanka, który ma codziennie ochotę na seks. Nic gorszego na świecie! Taki ktoś jest potworem. Są okresy mniejszej i większej aktywności seksualnej. Na co dzień jest ważne to, że się lubimy, tworzymy. Mówimy sobie miłe słowa. Obejmujemy się, idąc na spacer. Ja ci zrobię obiad, ty coś, czego ja nie znoszę, takie wzajemne „świadczenie sobie usług". Prawdziwa intymność, cudowne pajęcze zazębianie się, które wymaga czasu. Seks oderwał się od człowieka i urósł do rangi olbrzyma. Nie można pozwolić, aby przysłonił piękno, które rodzi się w sercu. Nie można pozwolić, żeby nam spłaszczał obraz świata. To rodzi nudę i zniechęcenie. 

ELLE: Czym jest dla Ciebie wierność? 

KORA: Jestem idealistką i nie zakładam w sposób racjonalny, z góry, niemożności pozostania w związku w stanie czystym. Zdrada bardzo rani. 

ELLE: Jaki jest sposób na całe zło tego świata? 

KORA: Niezależnie od subiektywnego oglądu świata istnieje według mnie obiektywne piękno. Moim celem w życiu jest czynić świat piękniejszym. A to znaczy: otwartym na człowieka, na jego umysł. 

ELLE: Dlaczego brałaś narkotyki? 

KORA: Bardzo wcześnie zostałam sierotą. Czułam się nieszczęśliwa, samotna i opuszczona. Miałam siedemnaście lat. Pojawili się pierwsi hippisi. Za tym szła muzyka i ideologia, w której mocno tkwiły narkotyki. Widać je było w malarstwie, w poezji i literaturze. Wraz z zamkniętą grupą ludzi odkrywałam za pomocą narkotyków inne światy. Odkryłam siebie dla siebie. Wszystko wydawało mi się możliwe i ode mnie zależne. Trwało to jednak krótko. Ten rodzaj narkotyków, „speedy", źle działa na moją strukturę nerwową. Wprowadza mnie w rodzaj impotencji. Odkryłam za to marihuanę i haszysz. Palę, ale w określonych i wybranych przez siebie sytuacjach. Uważam, że nie przeszkadza to człowiekowi żyć i tworzyć. Spłaszczony i męczący dla młodych ludzi obraz świata, pozbawiony jakiejkolwiek głębi, nie jest jedyny. Istnieje jeszcze transcendencja, której szukają. Niestety nie ma jej również w religiach. Dla osoby poszukującej innego wymiaru o wiele lepsza jest marihuana niż na przykład zalegalizowany alkohol czy śmiercionośny „kompot" (polska heroina). 

ELLE: A jeśli któreś z Twoich dzieci będzie chciało brać narkotyki? 

KORA: Ależ próbują i ja z nimi walczę! Zaliczam się do tych, którzy palą marihuanę, ale na rynku pojawił się skun. Rzeczywiście świństwo, więc moja walka o legalizację marihuany ma sporo sensu. Nasze elity polityczne przejmują pewne stereotypy w myśleniu na ten temat. Demonizują coś, co nic jest demonem, zaś za naturalne, niegroźne uznają coś, co jest rzeczywiście demoniczne, np. alkohol i nikotynę. Mogę powtarzać w nieskończoność, ile widziałam ofiar alkoholu. Dwóch moich braci zapiło się na śmierć, cała masa moich przyjaciół w Krakowie, chociażby Wiesio Dymny. 

ELLE: Ty nigdy nie piłaś? 

KORA: Alkohol totalnie mi nie służy. Są ludzie, którzy mówią, że zalewają robaka. Ja muszę bardzo dobrze się czuć, żeby się napić, inaczej źle to na mnie działa. Każdy ma coś, co go kręci. 

ELLE: Ciebie? 

KORA: Marihuana. Ona mnie relaksuje. I bardzo dobrze. 

ELLE: Masz w sobie ogromny sex appeal. Doskonale o tym wiesz. Powiedz, jak to się robi? 

KORA: Tylko na scenie przeżywam rodzaj wyzwolenia przejawiający się w prowokacji seksualnej, o którą w normalnym życiu nigdy bym się nie posądzała. Lubię konkretny ruch przypisany kulturze Wschodu. To jest ruch od - do, bez rozpasania. Jest niesłychanie kobiecy i zmysłowy. Nie znoszę, jeśli coś się „rozlewa". 

ELLE: Zdradź w takim razie swój przepis na nienaganną figurę. 

KORA: Zdrowie psychiczne, fizyczne, ruch, dieta i higiena. Boję się starości, niedołężnej, bezużytecznej. Przeraża mnie. 

ELLE: Gdyby „Playboy" zaproponował Ci sesję zdjęciową... 

KORA: „Playboy" proponuje mi ją już od dawna. Do pięknych erotycznych zdjęć autorstwa utalentowanego fotografa może pozować kobieta w każdym wieku. To kwestia osobowości i umysłu. Być może się zgodzę, ale muszę się odchudzić, dojść do wagi 56 kg. W tej chwili, przy wzroście 170 cm, ważę 60 kg i jestem dla siebie grubasem. 

ELLE: Kto pracuje na Twój wygląd? 

KORA: Jak to kto? Czas. Staram się być z nim w harmonii. Najważniejsza jest elegancja ruchu, niezaburzona geometria ciała. Inteligentny wyraz twarzy. Spokój, za którym stoi siła. To jest piękne. Na scenie najlepiej się czuję w egzystencjalnym, obcisłym stroju. Jest prosty, geometryczny, eksponuje sylwetkę twarz, dłonie. Bardzo ważne są buty, muszą być wygodne, bo dużo się ruszam. Makijaż robię sama. Bardzo delikatny, jasny make-up, puder i czerwone usta. Mam okulary, wyrazistą twarz, reszta to ruch. 

ELLE: Najskuteczniejsza broń kobieca? 

KORA: Ponoć płacz, ale czy to się jeszcze dzisiaj sprawdza? Mężczyźni chcą, by kobieta była ładna, zgrabna, mądra, subtelna, bystra, niezależna finansowo... i żeby cały czas komplementowała mężczyznę. 

ELLE: Czy jesteś feministką? 

KORA: Nie. 

ELLE: Ale patrzysz na kobietę oczami mężczyzny? 

KORA: Tak. Na chłopców też w ten sposób patrzę. Dla mnie niezbędny jest jeszcze inny walor: odpowiadający mi poziom porozumienia intelektualnego, który ponoć dla mężczyzny nie jest ważny. 

ELLE: Twój ulubiony kreator mody? 

KORA: Yamamoto. Mogłabym na jego ciuch wydać nawet parę tysięcy dolarów. Ale uznaję tylko całe kolekcje. Kupowanie jednego stroju za ogromną sumę jest nieeleganckie. Elegancja polega na tym, że nie eksponuje się jednej rzeczy, lecz wszystko ma się w określonym stylu. 

ELLE: Gdzie szukasz inspiracji? 

KORA: Inspiracją jest dla mnie nieskazitelny i niewinny świat przyrody i pogmatwana psychika ludzka. Dopóki człowiek jest zagadką dla samego siebie, dopóki jego myśli układają się w jakieś wzory rozpoznawalne przez niego samego, dopóty jest sens żyć. Rozpacz zaczyna się w momencie, w którym tego wszystkiego nie ma. Nie wierzę w duszę. 

ELLE: A wierzysz w Boga? 

KORA: Niestety, nie. Bogiem jest natura. 

ELLE: Co się dzieje po śmierci? 

KORA: Żyjemy w pamięci innego człowieka. Ten, kto nie ma nikogo, by go wspominał, po prostu przestaje istnieć. Niestety, nie wierzę w reinkarnację. Bo moja matka nigdy mi się nie objawiła. Istnieje tylko w mojej tęsknocie i pamięci. Jak długo będę żyć, tak długo i ona będzie żyła i umrze razem ze mną. 

ELLE: Twój najtrudniejszy moment jako matki? 

KORA: Trudnych chwil było dużo. Przeżywam właśnie kolejną. Moje życie zrobiło bardzo ważny obrót. Wypuściłam synów w świat. Jestem gniazdownikiem, więc muszę się do tego przyzwyczaić. Mam duże poczucie wolności i tę wolność dałam moim dzieciom. Teraz uczę się z tym żyć. 

MARZENA WILKANOWICZ - DEVOUD

 
  

powrót