UCIEKAM PRZED TYM, CO KOCHAM
Tele Tydzień, 17. marca 2003 r. 


Pamięta Pani najtrudniejszy okres w swojej karierze? 

Kora: Były dwa takie momenty. Pierwszy, to mroczny i depresyjny dla mnie czas stanu wojennego, gdzie wszędzie były tylko puste półki. Drugi, to połowa lat 80., kiedy byliśmy wykorzystywani przez różne agencje muzyczne. Graliśmy po dwa koncerty dziennie i nawet nie było kiedy jechać na wakacje. To wszystko stało się tak wykańczające, że musieliśmy się rozstać, by spojrzeć na siebie z dystansu. Wówczas jako jedyna z Maanamu miałam rodzinę, ale nagle okazało się, że nie jestem ani matką, ani żoną, nie mam przyjaciół, nic nie mam. Wtedy stwierdziłam, że koncertowanie i nagrywanie płyt nic mi nie daje, dlatego zawiesiłam działalność zespołu. Nowe możliwości pojawiły się dopiero po 1989 roku. 

Na swojej poprzedniej płycie poświęciła Pani jeden utwór swojej mamie. 

Kora: Tę piosenkę byłam w stanie napisać dopiero po trzydziestu latach. Cały czas bardzo mi jej brakuje, mimo że już tyle lat upłynęło. Czuję ból w sercu, że nie ma jej przy mnie. Matka była osobą niezwykłą. Dla mnie i dla mojej siostry jest cały czas punktem odniesienia. 

Czy fakt, że przez dłuższy czas mieszkała Pani w domu dziecka miał wpływ na Pani psychikę, osobowość? 

Kora: Kiedy tam trafiłam, byłam małą dziewczynką. Patrząc na to racjonalnie, mogę teraz stwierdzić, że nie lubię wspólnych sypialni, wspólnego łóżka nawet z osobą mi najbliższą, nie znoszę wycieczek. Jestem typem asocjalnym i nie znoszę, żeby mi ktoś nakazywał, nienawidzę też „umundurowania" oraz zakłamania. Buntuję się przeciwko temu, na co się napatrzyłam i czego byłam ofiarą. Nawet dzisiaj pewne zjawiska doprowadzają mnie do szału. Moja siostra, która była ze mną w domu dziecka, jest inna niż ja. Ja jestem niesłychanie tęskniącą osobą. Z jednej strony ta tęsknota jest bolesna, a z drugiej niezbędna. Lubię odpychać to, co kocham jak najdalej od siebie, żeby potem za tym zatęsknić. 

Wspomniała Pani, że wiele zjawisk doprowadza Panią do szału... 

Kora: Drażnią mnie ludzie, u których w centrum zainteresowania jest plotka, skandale, którzy nie czytają książek, którym kultura jest obojętna. Denerwują mnie ludzie, którzy nie pracują nad sobą i lekceważą potencjał, który tkwi w każdym człowieku. Nie rozumiem tych, którzy kierują się konsumpcjonizmem, materializmem... Uważam, że jeśli nie ma się pieniędzy, to trzeba żyć samotnie i nie powiększać biedoty przez bezmyślne wchodzenie w związki i płodzenie dzieci. Nasz rząd ubolewa, że mamy słabą prokreację, a ja uważam że to lepsze niż cała masa biedoty i sieroctwa. Regułą jest, że potem te nieszczęśliwe dzieci nie potrafią niczego stworzyć. 

Pani się udało. Od 28 lat jest Pani związana z jednym partnerem. Nie zamierza Pani zalegalizować tego związku? 

Kora: Cały czas chcemy to zrobić, ale jakoś nam nie wychodzi, zawsze jest coś ważniejszego. Kamil stale powtarza, że brakuje mu jakichś papierków. Ja jestem rozwódką i też nie mogę się pewnych dokumentów doszukać, choć tak naprawdę chciałabym nosić jego nazwisko. 

Czy jest coś, czego nie wybaczyłaby Pani swojemu partnerowi? 

Kora: Przez tyle lat wspólnego życia zrobiliśmy sobie już kilka nieprzyjemności, ale nadal jesteśmy razem, czyli dużo można wybaczyć. Na pewno nie mogłabym współżyć z mężczyzną, który wybrałby sobie inną kobietę, inny dom. Uważam, że są to wybory, z którymi trudno polemizować, walczyć. 

Na jakiego mężczyznę zwróciłaby Pani uwagę, jaki wydałby się Pani interesujący? 

Kora: Kocham mężczyzn inteligentnych, wykształconych, dowcipnych, ale naturalnych, wiarygodnych, o szerokich zainteresowaniach i... ładnym uśmiechu. 

Kiedyś chętnie opowiadała Pani o swoich zainteresowaniach. Czy wciąż należą do nich filozofia i religie świata? 

Kora: Oczywiście, bo w domu mam partnera, który jest filozofem. Mamy mnóstwo książek o tej tematyce. Mnie to interesuje, ponieważ uważam, że filozofia jest rodzajem świeckiej religii i w niej znajduję odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. 

W dzieciństwie mieszkała Pani blisko kościoła i teraz też mieszka Pani w odległości kilkunastu metrów od świątyni. Czy to przypadek? 

Kora: Kocham kościoły. To miejsce, do którego można wejść z ulicy i zupełnie się wyciszyć, oddzielić od gwaru miasta. Kiedyś mieszkałam przy kościele przedwojennym, a ten jest współczesny, ale ma piękny dzwon i nieraz z ogrodu na niego patrzę. 

Znajduje Pani czas, by zajmować się zwykłymi, codziennymi rzeczami, np. gotowaniem, sprzątaniem... 

Kora: Jestem bardzo praktyczna, wystarczy spojrzeć na nasz dom, nie ma w nim niepotrzebnych rzeczy, każdy przedmiot czemuś służy. To, co nas zdobi, to potężna energia sakralna z figur, świecą lampy, stoją rzeźby. Wszystko to ma znaczenie. Sama dbam o wszystkie sprzęty domowe, sprzątam, gotuję. Po ostatnim pobycie w Meksyku do każdej potrawy dodaję piekielnie ostrej papryczki, ziół i innych przypraw. Dodaję też kolendrę, koperek, natkę. Lubię potrawy z indyczek i perliczek. 

Jest Pani mamą dwóch dorosłych synów. Jak wyglądają Wasze relacje? 

Kora: Moi synowie żyją swoim życiem, mają swoje mieszkania, prace, pasje. Obydwaj są grafikami komputerowymi i wiele rzeczy dla nas przygotowują. Są naszymi przyjaciółmi. Staram się, żebyśmy przynajmniej jeden dzień w tygodniu spędzali razem. Nie wyobrażam sobie modelu rodziny, który na nowo u nas odżywa, czyli mieszkanie z dorosłymi synami pod jednym dachem. 

Czy kiedykolwiek zaniedbywała Pani synów? 

Kora: Świadomie nigdy. Nasi synowie zawsze mieli co jeść i nie chodzili obdarci. Kiedy wyjeżdżaliśmy na koncerty, zawsze zostawała z nimi opiekunka. Ważne jest to, że moje dzieci miały to, czego ja nie miałam, czyli dom, który starałam się, by był estetyczny. Zawsze mieli wspaniałych przyjaciół, którzy nas odwiedzali. Często myślę o moich synach. Uważam, że po to jestem na świecie, by im pomagać, kiedy tego potrzebują, tym bardziej, że stać nas na to emocjonalnie i materialnie. 

Chciałaby Pani zostać babcią? 

Kora: Bardzo bym tego chciała i byłoby świetnie, gdyby to była dziewczynka. Kobiety w moim wieku są już przecież babciami. Moje dzieci są już dorosłe i prawie nie pamiętam, kiedy je urodziłam. Czas wyabstrakcyjnia relacje między rodzicami i dziećmi. Jeśli pojawiłby się taki mały człowieczek, to bylibyśmy bardzo szczęśliwi. Tym bardziej, że wnuczek czy wnuczka to czysta przyjemność - przychodzi i odchodzi, a wychowanie, codzienna opieka nie jest już naszym obowiązkiem. 

Rozmawiał Andrzej Leśniewski

 

powrót