TANGO DLA MATKI
"Tele Rzeczpospolita", Nr 14
17. Stycznia 2003 


"Kora Ola Ola!" to solowy najnowszy album Olgi Kory Jackowskiej, który ukaże się na początku lutego. Towarzyszą jej muzycy grający na co dzień klasykę, jazz, flamenco i rytmy latynoskie, pochodzący z Polski, Kuby, Meksyku, Peru i Węgier. Wokalistka Maanamu śpiewa w zaskakujących aranżacjach przedwojenne tanga, piosenki Mieczysława Fogga, Jerzego Petersburskiego, Wandy Warskiej, "Augustowskie noce", "Pod papugami" oraz hity Maanamu. Aranżacją utworów zajął się kubański pianista Reinaldo Ceballo, uczeń Rubena Gonzaleza znanego z filmu "Buena Vista Social Club". 

Gdyby ktoś powiedział dwie dekady temu, gdy śpiewała pani w Opolu pełne drapieżności "Boskie Buenos", że wykona pani szlagiery Warskiej, Petersburskiego, Fogga, Koterbskiej - powiedziałaby pani chyba "Po moim trupie!". 

Co pan takie rzeczy opowiada! Proszę mi lepiej zadać pytanie: "Od czego pani zaczynała śpiewanie?". Jako dziecko wykonywałam a capella "Gdy mi Ciebie zabraknie", "Augustowskie noce", "Pod Papugami". Jestem wychowana na radiu, w którym Lucjan Kydryński prowadził "Rewię piosenek". Dominował repertuar polski i francuski, anglosaskiego praktycznie nie było. Wychowałam się na operze. Już jako ośmioletnia dziewczynka widziałam "Otella". 

Słuchacze "Listy przebojów" Marka Niedźwieckiego pamiętają, że śpiewała pani też nagrany przez telefon przebój Kiepury "Ninon". 

Chociażby. To, w czym wzrastamy, wraca po latach jak bumerang. Myślę, że w moim głosie słychać predylekcję do śpiewania długą, sentymentalną frazą. Nie bez znaczenia jest moje pochodzenie i wychowanie, jakie odebrałam. Kiedy się urodziłam, moi rodzice, ludzie z kresów, mieli 50-60 lat. Byłam bardzo związana z matką, wychowałam się w duchu piosenek, które lubiła. Na płycie "Hotel Nirvana" nagrałam nawet utwór "Mama", jednak wielu słuchaczy mogło w nim tematu matki nie zauważyć. Takich kompozycji jak "Serce matki", "To tango jest dla mojej matki" sama bym nie wymyśliła - tak prostych, a wspaniałych. A przecież myślę o mamie i tęsknię do niej w najprostszy z możliwych sposobów, tak jak tęsknią dzieci mówiąc: "mamusiu, kocham cię, byłaś dla mnie wszystkim, tęsknię". Niedawno moja przyjaciółka pytała mnie, czy komuś czegoś zazdroszczę. Odpowiadam "Tobie, że masz matkę". Czuję ból w sercu, że nie ma ze mną rodziców. Jak ktoś ma fajną matkę, dobrego ojca, to jakby Pana Boga za nogi złapał. 

Skąd byli pani rodzice? 

Mama ze Lwowa, a tata z Buczacza, mówili z charakterystycznym zaśpiewem, który znamy z przedwojennych szlagierów. Teraz ja tak śpiewam... Myślę, że ludzie ze Wschodu są mi najbliżsi. Mają wielkie serce, więcej wyobraźni, są bardziej rodzinni. Pamiętam, jak mama brała mnie na targ. Kiedy usłyszała u kogoś kresowy akcent, mówiła "Uoooo, to pani od Wschodu". I zaczynały się zaśpiewy. 

Była pani we Lwowie? 

Nigdy. Nie chciałam. Odwiedzając Jordanów, gdzie spędziłam 5 lat, przeżyłam wielkie rozczarowanie. Dzieciństwo, przeszłość śnią nam się wspaniale, jakbyśmy czytali bajki Andersena z nami w roli głównej, a w życiu ta bajkowość znika. 

Dlaczego nie śpiewała pani szlagierów znanych z dzieciństwa na początku Maanamu? 

Przeżywałam epokę hipisowską, erę punk - dalej są dla mnie ważne. Główna trudność polegała jednak na tym, że miałabym problemy techniczne. Proszę sobie przypomnieć, jak śpiewałam "Boskie Buenos". Ludzie chyba widzą, jak rozwinęłam się wokalnie. Nie skończyłam szkoły muzycznej, jestem amatorem, ale przez lata uczyłam się. Ubolewam, że nie kształciłam głosu do śpiewu operowego. Kocham operowych śpiewaków, robią na mnie największe wrażenie. 

Zgodzi się pani, że fani Maanamu byli innego zdania, nie lubili opery, Fogga, Koterbskiej. 

A dziś nasz fanklub przyjeżdża na koncerty "Kora ola ola!" i zachwyca się. 

Nie obawia się pani zarzutów, że klimat albumu przypomina Buena Vista Social Club? 

Śpiewam rumbę i cza-czę, ale mój głos jest młody, jestem kimś innym niż bohaterowie filmu o hawańskich artystach. Zafascynował mnie skomplikowany aranż pracującego ze mną Kubańczyka Reinaldo Ceballo. Zobowiązuje do zmiany zachowania Kory na estradzie, sposobu interpretacji. Żaden artysta nie chce mieć jednego emploi. Choć lubię mieć stałe punkty odniesienia, bo to daje poczucie stabilizacji, nie chcę występować w jednej konwencji. Komicy, którzy to robią, zazwyczaj umierają młodo. 

Czy nagrała pani solową płytę dlatego, że nie najlepiej sprzedał się wydany dwa lata temu album Maanamu "Hotel Nirvana"? 

Gdybym chciała wydać hitową płytę, która miałaby odnieść komercyjny sukces, na pewno nie zdecydowałabym się na nagranie "Kora ola ola!". Oczywiście, ona może się bardzo dobrze sprzedać, ale wcale nie musi, bo choć są to nowe wersje znanych, starych szlagierów, nagrałam je w bardzo wysmakowany sposób. Realizację albumu solowego planowałam już dawno, nie miałam jednak czasu. Grałam dużo koncertów z Maanamem. Sytuacja się zmieniła, występujemy tylko latem. Nie nagrywamy płyty co roku. Czy powstanie nowa? Zobaczymy. Mam już muzykę napisaną przez Marka Jackowskiego, ale ważne są też moje słowa. Pochylam się nad tekstami, ale po tym, jak napisałam płytę zbyt ambitną, zastanawiam się, co ze sobą zrobić. Takie piosenki jak "Kocham Cię, kochanie moje" czy "Raz dwa raz" nie spadły z nieba. Byłam dużo młodsza, sytuacja była zupełnie inna. Ludzie chcą się bawić, pragną rzeczy prostych, bo ich życie jest bardzo trudne w sensie egzystencjalnym. Sami muszą sobie z wszystkim poradzić. Nie ma cudotwórcy, nie pomoże Bóg ani Matka Boska. Nie przyjdzie żaden pierwszy sekretarz i nie wręczy nikomu złotego jabłka. Na wszystko trzeba sobie zapracować. To sytuacja bardzo czysta ekonomicznie, ale społecznie brutalna. Dużo pojęć się zdewaluowało. Takie słowa jak przyjaźń, patriotyzm, pracowitość, lojalność, prawdomówność, szczerość, miłość, życzliwość. O to walczyliśmy, bardzo tego chcieliśmy, a wyszło co innego. 

Dotknęło panią to, że "Hotel Nirvana", bardzo piękna płyta, została odrzucona przez masową publiczność? 

Już nie polemizuję z gustem słuchaczy. Może nie podejmuję decyzji do końca samodzielnie, ale moja autonomia jest duża, zarówno w życiu zawodowym, jak i osobistym. Liczę na odbiorcę stałego, podobnego do mnie, nie mogę myśleć, że jestem tylko ja i kilku przyjaciół, którzy zachwycają się tym, co robię. 

Ma dla pani znaczenie fakt, czy słuchaczem jest profesor Jagiellonki czy pracownik huty Sendzimira? 

Jest mi tak samo przyjemnie, gdy zachwyca się moją piosenką profesor czy hutnik, byle tylko byli inteligentni. Osobiście mam częstszy kontakt z publicznością wykształconą, ale na koncercie nie pytam nikogo, czy ma maturę. Przez ostatnie lata gramy imprezy na świeżym powietrzu, z dziesiątkami tysięcy słuchaczy, to są wielkie festyny. W zależności od tego, jaka przychodzi publiczność, mój sposób prowadzenia koncertu jest inny. Wyrafinowana publiczność zdarza się tylko w małych klubach, gdzie trzeba kupić bilety. 

Musi się pani dostosowywać do publiczności na festynach? 

Jeśli chodzi o Maanam, nie widzę w tym nic złego, to jest wpisane w mój zawód. Proszą mnie o występ na koniec wielkiej imprezy, żeby ludzi zmęczonych całym dniem, także zabawą, poderwać, podkręcić. W niezwykle prosty sposób mówił o tym Mick Jagger. Osoba śpiewająca na czele zespołu jest trochę klaunem. Takie określenie nie uwłacza niczyjej godności, jeśli artysta wie, co robi i robi to sprawnie. Wychodząc na scenę nie przyklejam sobie nosa. Poza tym klaun, z definicji, nie tylko rozśmiesza, także smuci, uczy, skłania do refleksji. Jest niejednoznaczny. Tak jest ze mną. Występując przed publicznością muszę się wprowadzić w inny stan i dobrze bawić. Wtedy adrenalina uwalnia we mnie to, co jest uśpione. Nazwałabym to fantomem, sceniczną postacią, nie całkiem tożsamą ze mną. 

Wielu artystów mówi, że nie chcą być dodatkami do piwa i kiełbasek. 

To zupełnie inna sytuacja, gdy zapach piwa i kiełbasy unosi się nad widownią w małym klubie, zatyka nos - nie jest to przyjemne. Inna sprawa, gdy bierzemy udział w ludycznej zabawie na świeżym powietrzu. One odbywały się w każdej epoce. Duże koncerty, które gramy, są fantastyczne. Ludziom jest to potrzebne. Nie zadzieram nosa. Najlepszym przykładem do naśladowania jest Szekspir. Przecież grał na jarmarkach, dla jarmarcznej publiczności. Ale "Kora Ola Ola!" to zupełnie inny projekt, z dużym zespołem, grany w teatrach, w filharmoniach. Jesteśmy bliżej siebie, inna jest energia w zespole. To są intymne spotkania przy bardzo dużej orkiestrze. 

Z Olgą Korą Jackowską rozmawiał Jacek Cieślak.

 
 

powrót