STOJĘ PO DRUGIEJ STRONIE
Notatnik Teatralny 12-13/1996 r 


Piotr Rudzki: W rozdziale swej książki, poświęconym synom, ich wychowaniu, szkolnym kłopotom oraz wpływom nauczycieli na kształtowanie ich charakterów i systemów wartości, stwierdza pani, iż: "Nauczyciel to zawód o etyce tak wysokiej jak lekarz". Wydaje mi się, że współcześnie wpływ pedagogów na młodych ludzi zmniejsza się m.in. na korzyść muzyków, autorów tekstów, wokalistów rockowych. Jestem przekonany, że w połowie lat osiemdziesiątych, kiedy Maanam odnosił największe sukcesy, grając około trzystu koncertów rocznie, tzw. przeciętny nastolatek znał na pamięć o wiele więcej pani tekstów niż wierszy nawet najwybitniejszych poetów. 

Kora: Tak, ale to jest wina właśnie szkoły, że tak jest. 

P.R.: Jednak, pamiętając o dużym wpływie na młodą widownię, czy nie powinno się także mówić o czymś takim, jak "etyka muzyka rockowego"? 

Kora: W książce nie wymieniłam tylko lekarza i nauczyciela. Mówiłam o powołaniu, czyli również o księdzu, o osobie duchownej, która kształtuje duszę, w ogóle o lekarzach dusz... 

P.R.: ... a wokalista rockowy nie jest w pewnym sensie także "lekarzem dusz"? 

Kora: Nie. Rock jest bardzo indywidualną sprawą. Każdy jest inny. Każdy posługuje się swoim głosem, swoją wyobraźnią, wrażliwością, intelektem, tym całym spektrum, w którym mieści się i rozum, i dusza. Natomiast nie ma nic przypisanego rockowi, nie ma etyki rockowca, etyki wpisanej w zawód. W zawód lekarza jest wpisana etyka, mamy też etykę nauczyciela czy osoby duchownej. I to jest podstawa, baza, od której nie powinno się odejść. Natomiast muzyka rockowa, powtarzam, jest sprawą bardzo indywidualną. Tu nie ma czegoś takiego jak etyka rockowa i odpowiedzialność za to, o czym się śpiewa, czy ewentualnie odpowiedzialność za pokolenie. Bo to, co robię, to jest tylko to, co robię. Pod tym może się podpisać większa lub mniejsza ilość osób, może to być głos pokolenia, a może tylko głos jakiejś grupy. Wszystko zależy od tego, co sobie ktoś zakłada, czy chce być rzeczywiście królem świata, guru, czy - nie, na przykład ja nie chcę być guru. 

P.R.: Ale czy w tekst przekazu rockowego, pamiętając o jego dużej sile oddziaływania, nie powinien być wpisany jakiś system etyczny? 

Kora: Uważam, że z zasady - nie. To może się zdarzyć, ale żadna zasada tu nie obowiązuje. 

P.R.: A w pani twórczości? 

Kora: Odwołuję się chyba bardziej do uczuć, do wrażliwości pozaintelektualnej. Aczkolwiek niektóre moje teksty są refleksyjne i mówią o czymś więcej niż tylko o relacji, powiedzmy sobie, człowieka z człowiekiem, z nim samym i z tą drugą osobą, jeżeli są to teksty o miłości, bo mówi się, że piszę dobre teksty o miłości. Ale są też teksty, zwłaszcza z okresu stanu wojennego i z pierwszej płyty, które rzeczywiście są opisem dramatycznej sytuacji, w jakiej nam przyszło żyć i to nie po raz pierwszy. Jestem z pokolenia powojennego, więc znam tylko z historii to, czego ludzie doświadczyli w czasie wojny. Nam dane to było w małej skali w okresie stanu wojennego. Jeżeli wejdzie się w cierpienia drugiego człowieka, jeżeli stanie się na jego miejscu, jest to wówczas zupełnie inny rodzaj przeżywania i odczuwania cierpienia. Wydaje mi się, że jest to jedyny sposób odczuwania cierpienia innego człowieka i jedyny sposób, aby prawdziwie człowiekowi współczuć i tak w swoim życiu działać, żeby samemu nie robić takiego spustoszenia, żeby nie mieć udziału w tym dramacie. 

P.R.: Czy piosenki mają w jakiś sposób pomóc słuchającym? Jaki cel pani im stawia? 

Kora: Nie mam celu. Natomiast widocznie podświadomie przekazuję takie treści, mówię w tej chwili o tekstach, z którymi identyfikuje się bardzo duża grupa ludzi i które im pomagają. Bo przecież nie byliby z nami przez tyle lat, gdyby im to w jakimś sensie nie było potrzebne. Poza tym ludzie piszą do nas listy, które to potwierdzają. Niektóre z nich zatrzymujemy, bo nas w jakimś sensie prostują. Pokazują, że należy być czujnym, gdyż ludzie słuchają nas w sposób niesłychany i identyfikują się w sposób niesłychany. Tak więc gdybym w pewnym momencie nagrała płytę, na której każda piosenka byłaby o śmierci, i namawiałabym do śmierci, to przypuszczalnie przy dobrej muzyce i interpretacji oraz całej aurze płyty mogłaby się zdarzyć duża fala samobójstw. Ale ja nie mam takiego celu. Sama przez to przeszłam i, broń Boże, nie namawiam ludzi do śmierci. Natomiast namawiam do pięknego życia. 

P.R.: Dla kogo pani pisze swoje piosenki, kim jest idealny ich odbiorca? 

Kora: Romantykiem, człowiekiem wrażliwym, zastanawiającym się nad sobą i nad światem, pracującym nad sobą cały czas. Człowiekiem, który się rozwija, dba o swoją duszę. W pewnym sensie to człowiek piękny. Człowiek, którego ideałem jest piękno w całym tego słowa znaczeniu. Oczywiście, to jest idealny odbiorca, tak jak ja bym chciała być idealna, choć nie jestem. Chciałabym być i bardzo mądra, i bardzo czuła, i bardzo rozwinięta duchowo, taka ponadrealistyczna, i mająca kontakt z rzeczywistością, umiejąca tę rzeczywistość budować, a z drugiej strony - szukająca czwartego czy - dzisiaj nawet mówi się piątego - wymiaru. Jestem w tym wieku, kiedy człowiek zastanawia się nad drugim życiem, nad swoim duchem. Osiągnęłam już w życiu wiele, ale widzę, że to nie wystarcza. W miarę wysoki status materialny, satysfakcja artystyczna czy pewna stabilizacja życiowa to jednak za mało. Razem z mężem [Kamil Sipowicz - P. R.] szukamy teraz tej jakby metody... 

P.R.: ... ścieżki? 

Kora: Nie, nie ścieżki. Jaka to jest ścieżka, już wiemy. Ale szukamy teraz metody, żeby się na tej ścieżce znaleźć i dojść nią do tych rejonów duchowych, które nas interesują. 

P.R.: Proszę powiedzieć, co pani pomaga w tej drodze, co jest inspiracją w szukaniu wspomnianej metody. 

Kora: To, że lubię być żywa... 

P.R.: ... żywa? 

Kora: "Żywość" w sensie odczuwania, wrażliwości na świat, na drugiego człowieka, na to, co się dzieje; pewnego rodzaju błyskotliwość intelektualna, a także błyskotliwość biologiczna. Wszystko to są sprawy, które są uzależnione od stanu duszy człowieka. Kiedy jest bardzo źle, młody człowiek, w miarę wrażliwy i reagujący emocjonalnie na świat, szuka jednak czegoś, co w świecie materii ma znaczenie. A w świecie materialnym znaczenie ma materia. Wszyscy więc starają się zagarnąć najwięcej tej materii dla siebie. Ale okazuje się, że martwa materia jest jak popiół. Popiół jest użyźniający, jak wiemy, ale, gdy jest go za dużo, zabija. W związku z tym my jesteśmy teraz, rzeczywiście, na drodze prowadzącej do następnych drzwi, które po otwarciu pozwolą nam, że tak powiem, osiągnąć taki stan poznania, który wzbogaci moją, co tu dużo mówić, wyjałowioną duszę. Tak, uważam, że moja dusza jest w pewnym sensie wyjałowiona. Jak ją porównuję ze swoją duszą i wyobraźnią z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości, widzę, że bardzo jest wyjałowiona. Posiłkuję się po prostu swoją energią i chęcią, natomiast nie ma już we mnie tej spontaniczności, którą kocham i bez której w ogóle życie nie ma wartości. Właśnie to chcę z powrotem odzyskać. A drogą do jej odzyskania, to wiem, jest medytacja. 

P.R.: Czy ta droga jest drogą religijną, tzn. związaną z jakąś konkretną religią? 

Kora: To nie jest droga religijna, bo do tego nie jest potrzebny Bóg. 

P.R.: A czy On nie stoi u kresu tej drogi? 

Kora: Niekoniecznie. Nie, bo nie wiadomo, co to jest Bóg. Śpiewam wprawdzie o Bogu, ale mój Bóg jest pięknem, mój Bóg jest tym, co stwarza, mój Bóg nie zabija, mój Bóg nie spala na popiół, mój Bóg buduje, mój Bóg sprawia, że mamy cztery pory roku, że to wszystko jest w harmonii, że to zamiera i odżywa, zamiera i odżywa. Wyobrażam sobie, że ze mną też tak będzie. 

P.R.: A czy tym Bogiem nie jest po prostu natura? 

Kora: Można i tak to nazwać. Naturę można, oczywiście, zanalizować, rozebrać na czynniki pierwsze, tak jak rozbiera się człowieka do nie wiadomo jak małych elementów... choć w bardzo dramatycznych momentach on zawsze pozostaje sam, sam z czymś nieodgadnionym. A zatem Bóg widocznie jest też w nas. Czytamy w tej chwili mistrzów buddyjskich, bo interesujemy się buddyzmem tybetańskim. Nauki mistrzów tybetańskich są naszym drogowskazem bardziej niż nauki mistrzów chrześcijańskich. To jest nasza droga w tej chwili, bo to jest pozbawione tej bajki, dogmatów i tej całej fabuły, która jest mi kompletnie niepotrzebna, żeby uwierzyć w Boga. Jestem na tak indywidualnej ścieżce, że nie potrzebuję cudów. Mnie Kana Galilejska nie jest potrzebna, mnie nie jest potrzebna Matka Boska Niepokalana z dzieworództwem, mnie cała historia Starego i Nowego Testamentu do niczego nie jest potrzebna. Niestety, za dużo było zakłamania i za dużo znam ciemnych kart historii chrześcijaństwa, żebym mogła tą drogą iść. 

P. R.: Wydaje mi się, że to, co pani nazywa "ciemnymi kartami historii chrześcijaństwa", było w istocie, zostając przy tej frazeologii, "ciemnymi kartami historii Kościoła". 

Kora: No tak, ale jestem wychowanką Kościoła, my, katolicy, jesteśmy wychowankami Kościoła katolickiego. I odejść zupełnie od tego... Można, oczywiście, posiłkować się tzw. świętymi... 

P.R.: ... mistykami... 

Kora: ... mistykami chrześcijańskimi, oczywiście... 

P.R.: ... gnozą chrześcijańską? 

Kora: Można. Ale ja w żaden sposób nie mogę dojść do tego, co naprawdę Chrystus powiedział. Mogę tylko i wyłącznie intuicyjnie czuć, kim ten człowiek, mający tak ogromne oddziaływanie na drugiego człowieka, był. A z drugiej strony zastanawiam się, czy to nie było złe oddziaływanie. 

P.R.: Dlaczego złe? 

Kora: Dlatego, że ludzie w imię miłości do nauki Chrystusa skazywali się na śmierć. Nie odrzucam Chrystusa, nie. Dla mnie po prostu liczą się ludzie. Dlaczego ma być jeden Chrystus? W tym punkcie będę absolutnie twarda dlatego, że nie mam nic przeciwko wielu Chrystusom. Tzn. różnym postaciom w historii naszego świata, które odmiennie się nazywały i żyły w różnych kulturach. Dla mnie chrześcijaństwo właściwie powinno zamknąć się jednym słowem: nie miłością, ale miłosierdziem, bo w miłosierdziu jest też miłość. Kocha się zwykle to, co jest piękne, a miłosierdzie okazuje się również temu, co się odrzuca, bo albo jest brzydkie fizycznie, albo jest brzydkie psychicznie. Miłosierdzie jest współodczuwaniem z tym nawet, który nie może dać nikomu ani piękna, ani harmonii, ani miłości, ani budowania. Miłosierdzie to kochać tego, który daje cierpienie, który niszczy, który jest brzydki, który jest chory. Zastanawiam się, czy Chrystus, gdyby żył, chciałby widzieć tych ludzi, którzy, w imię miłości do jego nauki, dali palić się i krzyżować, którzy wyzbywali się absolutnie wszystkiego, czego przyroda nigdy nie wyzbyłaby się, tzn. życia. Bo życie w przyrodzie tylko zmienia się, ono po prostu przycisza się i wybucha, zmienia kolory, zmienia fazy, ale nie umiera. Człowiek, być może, też nie umiera, według Tybetańczyków nie umiera. Tym, co jest tak bardzo pociągające w tybetańskim buddyzmie, jest fakt, że wyznawcy mają niesłychanie czysty stosunek do świata, tzn., że ten stosunek nie jest wypaczony przez cywilizację. Oni, rzeczywiście, tak odczuwają życie drzewa, trawy, kamienia, wody, każdego zwierzęcia, człowieka, tak wiedzą, co temu życiu służy, że konsekwentnie do tej pory bronią się przed tzw. cywilizacją konsumpcyjną. Cywilizacją, która sprawia, że człowiek chce posiadać coraz więcej. Człowiek ustawia siebie tylko w materii, tak strasznie go pociągającej, i w rezultacie ginie. Często nie starcza mu życia, żeby zorientować się, że te wszystkie przeszkody, które przecież sam sobie nastawiał, które codziennie od rana do nocy omija, do niczego nie prowadzą, że zajęcia, których ma coraz więcej, też do niczego w gruncie rzeczy nie prowadzą, że boi się wolnej chwili, chwili bez telewizora, bez muzyki, bez radia, że boi się ciszy i samotności. Boi się więc tego, co buduje człowieka. Słyszy się często o takich ludziach: ,,pracowity", a ta pracowitość do niczego nie prowadzi. Powtarzam często, że wspaniały jest nasz kot, który nic nie robi, a my go podziwiamy od czterech lat. I wspaniały jest człowiek, który zdał sobie sprawę, że jest czas odpoczynku i czas pracy. Natomiast współczesny świat w ogóle zapomniał, że istnieje coś takiego jak odpoczynek i refleksja. Zamiast tego człowiek ma refleksje w kinie. Wczuwa się przez dwie godziny w to, co dzieje się na ekranie, wychodzi odurzony na pięć minut i ma o czym porozmawiać. Ale o czym? O czymś jałowym, o czymś, co tak naprawdę kompletnie nie ma znaczenia, bo przecież w czasie oglądania był manipulowany przez ogromną rzeszę ludzi, którym zależy tylko na tym, aby zapełnić mu pustkę i zarobić pieniądze. 

P.R.: A czy rock także nie zapełnia po prostu pustki, oferując substytut w miejsce prawdziwego przeżycia? 

Kora: Oczywiście, w pewnym sensie tak. Ale my jesteśmy jednak żywym teatrem, gdzie istnieje to, co najbardziej lubię, czyli kontakt z publicznością, kontakt na żywo, czysto ludyczny. Rock jest ludyczną sztuką, więc może dlatego tak nisko cenioną. Jest skierowany do dużej grupy społeczeństwa, jest głośny, prosty, jest jak fala, jak powietrze - leci i zagarnia. Ale, naturalnie, posiłkuje się wszystkim tym, czemu jestem przeciwna, czyli całą tą techniką. Bez techniki nie istnieje. 

P.R.: Zastanawiam się, gdzie jest miejsce na wspomnianą autentyczność kontaktu z publicznością i czy w ogóle jest ona możliwa, gdy gra się prawie trzysta koncertów rocznie. 

Kora: Ale my już nie gramy trzystu koncertów. Właśnie dlatego, żeby przeżycie było autentyczne, trzeba grać tych koncertów mniej. Jesteśmy w tej chwili w trasie promującej najnowszą płytę i bez względu na to, ile moglibyśmy zagrać, dajemy jeden koncert dziennie. 

P.R.: Ale Maanam z lat 1985-86 to była machina koncertowa. 

Kora: Tak, byliśmy po prostu wprzęgnięci w nieludzką machinę, która doprowadziła nas do destrukcji, totalnej ruiny. My zawiesiliśmy działalność w 1986 roku jako ludzkie wraki. Doszłam do tego, że jak miałam chwilę wolną, nie wiedziałam, co z nią zrobić. Mój organizm był tak przeciążony, że nie mogłam leżeć, nie mogłam się opalać, czytać, spotykać z przyjaciółmi. Nie wiedziałam, czy mam siedzieć w domu, czy z tego domu wyjść. Kompletne, totalne rozbicie. Rozbicie człowieka w wyniku eksploatacji. Człowiek zamienia się w maszynę, zepsutą maszynę. Jestem przekonana, że wzrost agresji w dzisiejszym świecie, tak potworny, wywołują zepsuci przez cywilizację ludzie. 

P.R.: Jaki wpływ na to, kim pani jest dzisiaj, miały dom rodzinny i wychowanie? Czy pomimo niełatwego dzieciństwa udało się przechować i przenieść stamtąd coś do tego świata, w którym jest pani teraz? 

Kora: Oczywiście, dlatego że ja bardzo tęsknię za dzieciństwem. Nie pamiętam już, co było złe, ale pamiętam siebie. Doskonale pamiętam, jaką byłam osobą. Zawsze przebywałam w dużej grupie ludzi. Ciasny dom pełen ludzi, więc izolowałam się. Mam niesłychaną zdolność koncentracji i izolacji w tłumie, wyłączenia się. To była jedyna możliwość, aby przetrwać i móc wsłuchać się w to, co mnie interesowało, być sam na sam z zabawką czy z sobą. Potem dom dziecka, również zawsze pełen ludzi. Nigdy tam nie byłam sama. Tak więc to kolejny etap tworzenia mikroświata w makroświecie. A z drugiej strony - przyroda, byłam zafascynowana przyrodą. Byłam po prostu tak nastawiona na wszystko, co przyroda objawia od samej ziemi aż do nieba, że chodziłam z głową w chmurach. Wiecznie potykałam się, wiecznie miałam rozwalone kolana, na coś wpadałam, coś mnie kaleczyło. 

P.R.: Czy to znaczy, że w otoczeniu nie było nikogo, przed kim nie chciałaby się pani izolować, nikogo równie fascynującego jak przyroda? 

Kora: Nie, była moja matka. Miałam niesamowitą matkę. Moja mama do dzisiaj jest dla mnie osobą numer jeden. Bardzo za nią tęsknię. 

P.R.: Czy ta pani dzisiejsza, nazwijmy ją ucieczka, chęć wyciszenia nie przypomina hipisowskiego epizodu? 

Kora: Nie. Okres hipisowski był bardzo emocjonalny. Był tylko i włącznie oparty na emocjach i na pewnego rodzaju spekulacji intelektualnej. Był to okres, o którym w ,,Notatniku" mówił Tadeusz Słobodzianek, że już się nigdy nie powtórzy. On ma rację i choć jest ode mnie młodszy, też płynął na tej fali. Żyło się tylko i wyłącznie kulturą. Miałam wtedy silne przeświadczenie, że człowiek, jeżeli chce i otworzy się na drugiego człowieka, jest w stanie bardzo wiele zmienić w życiu, że jest to tylko kwestia dogadania się, mówiąc jak najprościej. Chodziłam z moim przyjacielem, Jerzym Beresiem, i całymi nocami płakałam nad światem, który dlatego idzie w złym kierunku, że ludzie nie umieją się ze sobą porozumieć. Byłam przekonana, że właściwie wystarczy znaleźć taki kod porozumiewania się, który byłby uniwersalny, i wreszcie jak za sprawą św. Graala na świecie zapanują harmonia i ład, i ludzie żyć będą w idealnej symbiozie. Do Beresia przyciągnął mnie jego mistycyzm, szczerość, czystość oraz dobroć. Natomiast do Kantora, którym wtedy też się fascynowałam, wprost przeciwnie - to, że był pokręcony, niezwykle dramatyczny, drapieżny. Forma mnie przyciągała. No i słowo, wtedy jeszcze Kantor realizował sztuki Witkiewicza. Pamiętam, że pierwszy wstrząs przeżyłam na Kurce wodnej. Może dlatego, że Witkiewicz sam był taką niesłychanie dramatyczną osobą. W pełni zgadzałam się z jego opiniami na temat społeczeństwa. Poza tym był wielkim idealistą i bardzo wrażliwą jednostką. Myślę, że jego wrażliwość bardzo mi się udzielała... Nie znoszę utożsamiać się z grupą, niech grupa identyfikuje się ze mną. Jestem wrogiem mas. 

P.R.: Jak w takim razie godzi pani wrogość do mas ze współtworzeniem rocka, który jest przeznaczony dla masowej widowni? 

Kora: Tak, ale ja stoję po drugiej strome. Jestem osobą, która nie weszłaby w tłum. Ale stoję po tej drugiej stronie. 

P.R.: W Podwójnej linii życia znalazłem informację, że jednym z miejsc, do których uciekało się wtedy, był Wrocław. Czy widziała pani jakieś przedstawienie Teatru Laboratorium? 

Kora: Tak, widziałam jedno: Apocalypsis cum figuris. Nie lubię teatru Grotowskiego. Może dlatego, że bardziej lubię teatr w masce. Teatr Kantora jest teatrem totalnej maski. To teatr ekspresji, ale ekspresji słowa, ruchu, maski, stroju, bardzo dziwnych, zaprogramowanych przez Kantora zachowań. To są zachowania nieludzkie, mamy do czynienia z rodzajem marionetek, żywych marionetek. Mnie to odpowiada, gdyż wychowałam się na teatrze kukiełkowym. Poza tym sztukę oglądam z oddalenia, z dystansu. Nie znoszę teatru, który mnie dotyka fizycznie. Aktor nie może mnie dotknąć, nie mogę czuć jego potu, nie mogę widzieć jego potu z bliska. Musi być dystans. Inaczej tracę możliwości percepcji. Nie uważam, że to był zły teatr, ale nie pozwalał mi się w żaden sposób skupić. Teatr Laboratorium był mi obcy emocjonalnie. 

P.R.: Czy teatr bywa dla pani inspiracją do własnej twórczości? 

Kora: Nie. Owszem, kiedyś zainspirował mnie Sofokles, ale wtedy były zupełnie inne czasy i inna sytuacja. Czytając wyznania Tadeusza Łomnickiego czy opowieści o nim i o tym, w jaki sposób uczył się roli, mogę powiedzieć, że do jego metody doszłam intuicyjnie sama, bo przecież nie mam za sobą szkoły aktorskiej. Gdyby zapytać, skąd u mnie tak dobra dykcja, o której często wspominali krytycy, okaże się, że wypracowałam ją w taki sam sposób jak Tadeusz Łomnicki. 

P.R.: Jak pani zatem pracuje nad nową piosenką? 

Kora: Uważam, że aby dobrze coś zaśpiewać, trzeba to najpierw umieć dobrze powiedzieć. Zaczynam więc od mówienia tekstów, wielokrotnego powtarzania. Może nie powtarzam jak Łomnicki każdego słowa kilkaset razy, ale nie wyobrażam sobie, że ktoś może wejść na scenę i przeczytać tekst bez świadomości, jak on brzmi. 

P.R.: Wzięła pani udział w spektaklu według Mątwy Witkacego, który w Spole to w 1982 roku wyreżyserował Giovanni Pampiglione... 

Kora: ... ale to nie była rola mówiona, lekko śpiewana i do tego wymyślałam sobie, co chciałam. Mój udział był absolutnie przypadkowy. Przyjaźniłam się ze Stasiem Radwanem i on sobie wymyślił, że pojadę do Włoch i będę tam grała rolę, której nie ma w sztuce. W scenopisie ta postać nazywała się Kora-Kora. Byłam taką maszyną do poruszania poltroną Juliusza II, ubrano mnie w fantastyczne kostiumy, które zaprojektował Jaś Polewka. 

P.R.: Czy to było ważne doświadczenie artystyczne? 

Kora: Nie, zupełnie nie. Dlatego że w ogóle nie umiem współpracować w grupie, kompletnie się do tego nie nadaję, zupełnie nie czuję więzi, która łączy grupę teatralną. Nie mam respektu dla reżysera, ponieważ nigdy nikt mnie nie reżyserował. 

P.R.: Wróćmy jeszcze do końca lat sześćdziesiątych, do czasów hipisowskich. Mówiliśmy już o fascynacjach teatralnych, plastycznych. A czy z innych dziedzin sztuki odbierała pani ważne dla siebie impulsy? 

Kora: Po pierwsze, ogromną rolę odgrywała literatura: Allen Ginsberg, Walt Whitman, Dylan Thomas, pisarze południowoamerykańcy, którzy choć odlegli, zawsze poruszali czwarty wymiar jakiejś irracjonalności. Potem wielcy twórcy kina, przede wszystkim Luis Buńuel, w którym byliśmy zakochani, bardzo oniryczny, a ja jestem bardzo zasłuchana w swoje sny... 

P.R.: ... które, jak pani stwierdziła w jednej z rozmów, są ważniejsze niż rzeczywistość. Ale był też okres ucieczki od snu. W Podwójnej linii życia można przeczytać o tym, że chyba pobiła pani rekord świata, nie śpiąc przez dwa tygodnie... 

Kora: ...po fermetrazynie. Ale to może dlatego, że myśmy tak ostro ,,tripowa-li" na fermie. Ale nie biłam świadomie rekordu w bezsenności, to był po prostu tzw. ciąg. Po takiej ilości fermetrazyny nie zasypia się tak od razu. 

P.R.: Skoro poruszyliśmy już temat narkotyków, bo przecież nie tylko fermetrazynę w okresie hipisowskim pani zażywała, w książce wspomina się także o paleniu marihuany i haszyszu, proszę powiedzieć, dlaczego pani po nie sięgała. 

Kora: Dzięki narkotykom też się coś poznaje, przede wszystkim - samego siebie. Narkotyki pokazały mi, że są czymś wstrętnym, ponieważ każdy nałóg zniewala. A jak ktoś tak kocha wolność jak ja, to nie może żyć zniewolony przez cokolwiek. Narkotyk zniewala i poza tym wyjaławia, pozbawia wrażliwości, koduje człowieka w zły sposób, alienuje go, demagogizuje, spłaszcza. Mówię o narkotykach branych permanentnie, nałogowo. Natomiast uważam, że brane okazjonalnie są bardzo dobre. 

P.R.: Naprawdę? 

Kora: W tej kwestii nie ma w ogóle dwóch zdań. Dobry narkotyk, tzn. mam na myśli: grzyby, LSD, haszysz i marihuanę, brany okazjonalnie nie powinien zaszkodzić. Są takie momenty w życiu, kiedy brany świadomie dla jakiegoś celu, a nie po to, żeby sobie zatkać dziurę, bo nic się nie robi, pomaga. Nie paliłam od dawna marihuany czy haszyszu, w ogóle przestałam palić, ale, wydaje mi się, że zbliża się okres, kiedy potrzebuję takiego raptownego przyhamowania, ponieważ jestem tak zdominowana w tej chwili różnymi drobiazgami, że zaczynam gonić w piętkę. I takiego gwałtownego przystopowania można, myślę, za ich pomocą dokonać. Alkohol bardzo mi nie służy, więc to nie jest kompletnie mój narkotyk. 

P.R.: W takim razie, czy pani dałaby jointa swoim synom? 

Kora: Przede wszystkim - dałam, a nie - czy bym dała. 

P.R.: A nie przeraża panią, obecny w naszych mediach, obraz, zgodnie z któ rym tzw. miękkie narkotyki są tylko preludium do tzw. twardych narkotyków, a za pierwszym wypalonym jointem czai się unurzana we krwi strzykawka nosiciela AIDS? 

Kora: Nie wiem, ale ja zaczynałam od gorszych jeszcze narkotyków niż marihuana i nigdy w życiu nie sięgnęłam po żadną strzykawkę. Poza tym nie znam masy narkotyków, które są dziś w obiegu, więc jeżeli o to chodzi, jestem totalnie niewinnym człowiekiem. Nałogowo tylko i wyłącznie nadużywałam fermetrazyny. Miałam taki okres, kiedy paliłam więcej haszyszu i marihuany, ale to już też należy do przeszłości. Nigdy nie sięgałam po amfetaminę. Nie znoszę upojenia alkoholowego, toleruję leciusieńki rausz. 

P.R.: To znaczy, że pani zdaniem stan po wypaleniu marihuany czy haszyszu jest... 

Kora: ... o tyle lepszy, że człowiek się zamyka. Nikomu nie szkodzę, bo nie ma mnie. Alkohol sprawia, że jest się ciężarem nie tylko dla samego siebie, ale dla całego otoczenia. Może dlatego, że przebywałam w środowisku alkoholików, mam tak małą tolerancję na chorobę alkoholową. W ogóle mam małą tolerancję na ludzi, którzy się uzależniają. 

P.R.: Nie boi się pani, że publicznie wypowiadana opinia, iż np. palenie marihuany to "dobra rzecz", może być pretekstem dla młodych fanów do sięgania po nią? 

Kora: Nie powiedziałam, że palenie jest,,dobrą rzeczą"! Powiedziałam, że czemuś to czasami służy. Jeżeli jestem dwa miesiące, powiedzmy, sama z sobą nad jeziorem i maluję, mogę sobie od czasu do czasu zapalić. Natomiast jest to narkotyk, który absolutnie nie służy przyswajaniu wiedzy. I dlatego, jeżeli dyskutuję ze swoimi synami, mówię im: chcecie nauczyć się, chcecie poczytać czy dowiedzieć się czegoś, to nie możecie palić, bo palenie zwalnia procesy umysłowe, osłabia pamięć, percepcję. Przecież byłabym jakimś kompletnie zakłamanym potworem, gdybym mówiła inaczej. 

P.R.: Czy narkotyki, kończąc już ten t- temat, bywają kiedykolwiek inspiracją dla "' twórczości, np. wobec braku pomysłów na teksty bierze pani LSD i pomysły się pojawiają? 

Kora: Nie, wprost przeciwnie. Po LSD w ogóle nie można tworzyć. Niezmiernie rzadko zażywam ten narkotyk, tylko wtedy, kiedy bawimy się, i to też bardzo rzadko, bo jest to narkotyk bardzo energochłonny. On zabiera energię i zabija energię. 

P.R.: Wracając do działalności estradowej, kiedy i dlaczego postanowiła pani śpiewać? Marek Jackowski rozpoczął swą drogę bardzo wcześnie z zespołem Vox Gentis. 

Kora: No tak, on ma Vox Gentis, a ja śpiewałam w Bazyliszkach jeszcze wcześniej niż on. To był zespół działający przy Zespole Szkół Budowlanych w Krakowie. Ponieważ znana byłam z tego, że śpiewałam w liceum, więc zaproszono mnie. Śpiewaliśmy w Bazyliszkach ohydne piosenki, np. Gdy mi ciebie zabraknie czy spolszczone wersje włoskich przebojów. Potem miałam propozycję śpiewania w grupie, którą założył Tomek Hołuj, późniejszy wraz z Jackowskim i Ostaszewskim członek zespołu Osjana, ale to nie było dobre. Później śpiewałam w audycjach radiowych Maćka Zembatego. Następnie nagrałam muzykę do filmu Andrzeja Kostenki Przyjaciele, potem spotkaliśmy Johna Portera i zaczęło się. Najpierw w domu, a później w klubach graliśmy jako Maanam - Elektryczny Prysznic. 

P.R;. Graliście punk-rocka? 

Kora: Punk-rock to chyba zła nazwa. My śpiewaliśmy różne rzeczy. Jedyną naszą piosenką bliską tej stylistyce było Stoję, stoję. Określiłabym to, co robiliśmy, raczej jako nową falę, gdyż w formie muzycznej i tekstowej było to czymś nowym nie tyle na świecie, ale na pewno w Polsce. Początkowo nawet nam na myśl nie przyszło, że zaprezentujemy to szerzej w kraju, a co dopiero poza nim. Była to realizacja pomysłu, rodzaj happeningu, gdyż nie myśleliśmy, że te pomysły będą kiedykolwiek zrealizowane w studiu. Okazało się jednak, że masa młodych ludzi, którzy identyfikowali się tylko z zachodnią muzyką, odkryła coś takiego w Polsce, z czym mogłaby się utożsamiać. I ta identyfikacja była najważniejszym wydarzeniem, jeżeli chodzi o Maanam. 

P.R.: Pierwszy wasz występ w TV to udział w programie, o ile się nie mylę, Bożeny Walter z piosenką Stoję, stoję. Program był pomyślany tak, że telewidzowie dzwonili i wybierali najlepszą z zaprezentowanych wcześniej piosenek. Tego wieczoru wybrano ku niemałemu zaskoczeniu ludzi w studiu piosenkę Maanamu. Nie pamiętam, z kim konkurowaliście, ale wasza piosenka zupełnie nie pasowała do pozostałych propozycji: ostra muzyka i tekst, jakiego w polskiej telewizji nie słyszało się do tej pory... 

Kora: ... ten tekst napisałam dużo wcześniej. Łatwo ludziom powiedzieć, że nawiązywał on do tego, co działo się na Zachodzie. Ale do czego? Gdzie jest piosenka, o której można by powiedzieć, że jest choćby w jakimkolwiek stopniu podobna do Stoję, stoję7 Tylko agresywny i dziwny sposób śpiewania zbliżał ją do tej estetyki. A tekst był absolutnie świadomym protestem przeciwko rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. 

P.R.: Widomym znakiem odrębności Maanamu były pani stroje. Skąd pomysł, aby tak właśnie ubierać się? 

Kora'. Tak się ubierałam po prostu... 

P.R.: ... na co dzień? 

Kora: Ależ oczywiście. Wtedy nawet nie było rozgraniczenia między sceną a życiem jak teraz. Po prostu tak się ubierałam. 

P.R.: Okres stanu wojennego był najaktywniejszym etapem działalności Maanamu. 

Kora: Od razu w stanie wojennym nagraliśmy płytę i mało tego - jeszcze 13 lutego, czyli w jakąś małą "miesięcznicę" jego rozpoczęcia, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, wystąpiliśmy z serią koncertów w kinie "Kijów" w Krakowie. 

P.R.: Nie obawialiście się, że dając koncerty wtedy, w jakiś sposób zgadzacie się na to, co stało się w kraju? 

Kora: Nie. Graliśmy tylko i wyłącznie koncerty, nie występowaliśmy w telewizji, Zaczęliśmy także jeździć za granicę. To był bardzo intensywny okres. Największą ilość koncertów zagraliśmy w stanie wojennym. 

P.R.: Nie było to, mówiąc oględnie, dziwne: koncerty, zgody na tournee zagraniczne, kiedy prawie wszystkim wstrzymywano paszporty? 

Kora: Graliśmy specyficzny repertuar. Po prostu byli ludzie, którzy koncertowali w kościołach, np. aktorzy, a my występowaliśmy w swoich kościołach, czyli halach sportowych. Są ludzie, którzy uważają, że koncerty były wtedy takim "wentylem". Wydaje mi się jednak, że nigdy nie traktowano muzyki rockowej jako zagrożenia. Władzom komunistycznym zawsze wydawało się, że jest to sztuka jarmarczna. A sztuka jarmarczna w żaden sposób nie może zaszkodzić. 

P.R.: Trudno zgodzić się z tym, pamiętając choćby, że pod koniec lat siedemdziesiątych młodą muzykę rockową w Polsce oficjalnie nazywano Muzyką Młodej Generacji. Nazwa ta miała być alternatywą wobec określenia "rock". A zatem jednak było to dla nich niepokojące zjawisko. 

Kora: Nigdy nie było oficjalnej identyfikacji z tym, co my robimy. Ale my nie mogliśmy sami istnieć, musieliśmy mieć management. I mieliśmy management solidarnościowy, tzn. firmę "Rogot". To też była forma przejściowa, jak się potem okazało. 

P.R.: Jednak, czy koncertując tak wiele w stanie wojennym, nie czuliście się w pewien sposób manipulowani, wykorzystywani do rozładowania emocji młodych ludzi, do odwracania ich uwagi od tego, co mogło być dla władz niepożądane. 

Kora: Nie, nie. 

P.R.: Chciałbym zapytać jeszcze o problem komercji. Powtarza pani, że koncerty w latach osiemdziesiątych były "duchowym spotkaniem" publiczności z Maanamem, że również dla was granie było przede wszystkim robieniem tego, co lubiliście, bez oglądania się na pieniądze. A dzisiaj? Czy Kora reklamująca czekoladki ,,Tango" na chwilę o tej autentyczności i prawdzie kontaktu zapomina? Czy Kora w latach dziewięćdziesiątych pogodziła się z rzeczywistością, przestała ją kontestować? 

Kora: Nie. Dziś jest tak, że nie ma zespołu, który nie ma sponsora. W sytuacji takiej, jaka jest u nas, utrzymanie się na rynku koncertowym byłoby rzeczą niemożliwą, po prostu bilety są za tanie. Akurat nasz sponsor, firma "Kopernik", zafundował nam trasę. Zrezygnowaliśmy ze sponsoringu firmy tytoniowej, która także proponowała nam zrobienie trasy koncertowej, ponieważ nie chcemy reklamować papierosów. Wzięłam udział w reklamówce czekoladek "Tango", ale postawiłam warunki artystyczne, tzn. chciałam, żeby to nie był clip taki jak wszystkie inne. I jest inny, do tego stopnia i artystyczny, że ludzie nie do końca wiedzieli, czego rzecz dotyczy. Wszyscy byli j przekonani, że jest to teledysk do płyty Róża. W końcu to, co robię, to nie jest msza, tylko rozrywka. Przed podjęciem decyzji o reklamowaniu jakiegoś produktu zawsze zastanawiamy się, czy to, co będziemy reklamować, wykorzystujemy w domu, czy używamy tego, czy lubimy to, czy możemy to ludziom zaoferować z czystym sumieniem. Uwielbiam "Prince Polo", jest pyszne, więc... 

P.R.: Upierałbym się jednak, że wykorzystanie tematu z Nocnego patrolu, chyba najważniejszej i najbardziej zaangażowanej, jeśli można to tak określić, płyty ,,Maanamu", do reklamowania słodyczy jest zgrzytem i swego rodzaju zawodem dla słuchaczy... 

Kora: ... nie chcę bronić tej decyzji, ale naprawdę, jak będzie pan głodny, to zje pan ,,Tango"... Nie mamy już nocnych patroli, więc nie ma sensu epatować ludzi tym, co było. Bo nawet jeżeli dziś śpiewam piosenki z Nocnego patrolu zupełnie zmieniam interpretację, nie ma w niej zadęcia, demagogii, ciemności. 

P.R.: Nie boi się pani, że fani odwrócą się od was? 

Kora: Wprost przeciwnie, jest ich coraz więcej. Wszyscy kochają tę reklamówkę. 

P.R.: Gdyby pani dzisiaj zaczynała śpiewać, jaki to byłby rodzaj muzyki? Czy jest ktoś z najmłodszego pokolenia polskiego rocka, kto byłby bliski pani wrażliwości i ekspresji? 

Kora: Najbliższy Maanamowi jest chyba Hey i Kasia Nosowska. Ona pisze piękne teksty, tzn. one może nie są takie foremne w czytaniu, ale są niesłychanie trafne, nośne. Ona ma dużo emocji, jest taka trochę oniryczna, zdewiowana, wyalienowana, dziwna i na pewno niewinna. 

P.R.: Czy ma pani jakąś metodę pisania tekstów piosenek? 

Kora: Na pewno muszę być zobligowana terminem. Muszę być skupiona i sama ze sobą. I po prostu pisać, pisać, pisać. To co usiłuję zawrzeć w swoich tekstach, to jakaś psychologiczna prawda o życiu i relacjach między ludźmi. Chyba że sięgam po pastisz, który posiłkuje się, oczywiście, pewnego rodzaju schematem, konwencją. Pozy tym bardzo dużo czytam poezji. Nim w ogóle zacznę pisać, bardzo dużo czytam. Czytanie poezji jest jak jej pisanie, a pisanie jest jak czytanie, bo wymaga tego samego rodzaju skupienia. 

Rozmawiał: Piotr Rudzki Warszawa, 27 kwietnia 1995

 
  

powrót