PRZYWIEZIONE Z PODRÓŻY
Rzecz do domu 16.05.2003 r. 


W salonie na parterze zwraca uwagę drewniana chińska szafa. Ma piękne okucia i wiśniowy kolor. Wydaje się wprost niematerialna, emanuje z niej jakaś tajemnica. Może dlatego, że szafa ma kilkaset lat. W pobliżu, po lewej stronie, wisi hinduska głowa muła ze swastyką na czole. Obraz mistrza ekspresjonizmu Eugeniusza Markowskiego dostrzegamy nad kanapą. Okno przesłania utrzymana w czerwieniach tkanina z Azerbejdżanu. Na kominku intryguje figurka bóstwa opiekuńczego Naga-Kanya. To zaledwie niewielki zakątek salonu, który ma około 70 metrów powierzchni. 

Na pewno jest to wnętrze stworzone przez wytrawnych znawców i miłośników sztuki. Nie zostało z góry zaprojektowane. Wzbogacano je kolejnymi przedmiotami, przywożonymi ze wspólnych podróży. Trzeba kochać sztukę, żeby w jednym wnętrzu harmonijnie skomponować meble w różnych stylach, pochodzące z odległych od siebie epok i kultur. Dębowy stół to typowy, solidny mieszczański mebel z lat 20. minionego stulecia. Jest też biedermeierowska kanapa w jasnej okleinie. Na fotelach i kanapie leżą piękne ludowe tkaniny, które są specjalnością tego domu. Pochodzą m.in. z Indii, Nepalu, Meksyku. Podłogę z granitu okrywają perskie dywany. 

Wielką siłę wyrazu mają obrazy i rzeźby Kamila Sipowicza. Jest on doktorem filozofii (1992 r.), specjalistą od Martina Heideggera, o którym pisze książkę na zamówienie jednego z wydawnic Jednak malarstwo jest mu bliższe niż filozofia. Stanowi dla niego istotę życia. Zapewnia, że gdy mógł się utrzymywać tylko z malarstwa, to nie robiłby nic innego. Na płótnach Kamila Sipowicza niezmiennie lat pojawiają się tajemnicze postacie: wojownikć kapłanów, bogów? Budzą one skojarzenia z kulturą Azteków. Pierwszy raz zaczął malować w 1978 roku kiedy przebywał na stypendium w Niemczech Zachodnich. Od razu poczuł, że poprzez sztukę w pełni wyraża siebie, swoje emocje. Teraz znane z obrazów motywy uwiecznia w formie drewnianych rzeźb, które zdobią salon, a we wrześniu obejrzymy je na wystawie. 

W lipcu 2000 roku Olga Jackowska pierwszy raz weszła do tego domu, który był wystawiony na sprzedaż przez poprzedniego właściciela. Od razu poczuła, że właśnie tu chce mieszkać. Jest to połówka dworu bliźniaka - od frontu malownicze kolumny, karpiówka na stromym dachu. Takie stylowe domy w latach dwudziestych budowała na warszawskich Bielanach legendarna spółdzielnia mieszkaniowa Zdobycz Robotnicza. Jak wspomina Jerzy Kasprzycki, niezrównany kronikarz Warszawy, osiedlali się tu nie tylko robotnicy, ale także inteligenci. Przed wojną, cytuje Kasprzyckiego Kamil Sipowicz, okolica ta miała "urok zaścianka". I tak pozostało do dziś: wąskie uliczki, gazowe latarnie, ogrody pełne starodrzewu. Przydomowy ogród to wielka miłość Olgi Jackowskiej. Rosną w nim orzech, czereśnia, bzy i winorośle. Wielkie okna w salonie i przeszklone drzwi na taras sprawiają, że ogród jakby wchodzi do wnętrza domu. 

Dom emanuje ciepłem i spokojem. Jest jak zasiedziały od pokoleń dworek. Zgromadzone piękne przedmioty towarzyszą Oldze i Kamilowi od ponad dwudziestu lat, zdobiły ich kolejne mieszkania i domy. Nastrój domu tworzą także zwierzęta, pies oraz trzy koty, które choć w salonie mają swoje legowiska, to śpią, gdzie tylko zapragną. Koty mają na tarasie stylową, trzypiętrową budę. Pędzelek i Czupurek (tzw. koty dachowe), są z Olgą i Kamilem od 12 lat. Pinki, to syjamski kocur o różowym kolorycie. 


Budynek ma w sumie ok. 180 metrów powierzchni. Pierwsze piętro to część prywatna, niedostępna dla gości. Ściany korytarzy zdobi tam hinduski kicz religijny, kolekcjonowany przez Kamila. Na podłodze leżą wielobarwne egzotyczne tkaniny. Podziemia też przystosowano do funkcji mieszkalnych. Mieszczą bogatą bibliotekę oraz pokój do pracy Kamila. 

Tekst: Janusz Miliszkiewicz
Zdjęcia: Piotr Kowalczyk

 
 

powrót