PRZESŁUCHANIE
Tylko Rock, Wrzesień 1995 


The Doors: wszystko 

To moja ukochana grupa, na której się wychowałam. Miałam wtedy 16, 17 lat - te najbardziej emocjonalne lata, moje czasy hippisowskie. Teraz rzadko słu­cham, kilka lat temu słuchałam więcej w podróży... Doorsi nie nagrali złej płyty. Nie zestarzeli się. Nie mówiąc już o tym, że charyzma Morrisona jest bez­sprzeczna. Właściwie każda ich płyta jest do słuchania. Jak patrzę na ich twór­czość z perspektywy czasu, to jest tak świetne kompozycje i aranże, wspaniałe słowa. Czy śpiewał o miłości, czy o wód­ce, czy o całej tej sytuacji, w którą uwikła­ne było pokolenie hippisów. Morrison nam, Polakom, był bliski, bo taki serco­wiec. Taki James Dean w rockowej wer­sji. To, że zdarzały mu się ekscesy, brało się z zagubienia. Alkohol robi z mózgu gówno, ale tu jeszcze nagle okazało się, że możesz ćpać, że odkrywasz nowe, kolorowe światy. Że siebie widzisz ina­czej, innych widzisz inaczej. Człowiek jest najbardziej ciekawy samego siebie i wnę­trza drugiego człowieka. The Doors to była taka psychodeliczna grupa, a siła Morrisona, takiego desperado, miała wielki wpływ na młode pokolenie. Bo młodzi ludzie są desperaccy, bezkom­promisowi. 

Grateful Dead: Wake Of The Flood 

We wczesnych latach siedemdzie­siątych odkryłam Kalifornię: Jefferson Airplane, Grateful Dead. Ci drudzy to kawał muzyki, trudno tu mówić o piosenkach. Znani byli z tego, że olewali gusta ludzi i robili, co chcieli. Potrafili robić mu­zykę, która miała bardzo mało wspólne­go z tak zwanym rock'n'rollem. I co tu dużo mówić: słuchając Row Jimmy mia­łam taką przygodę, że zamieniłam się w wodę. Paliłam haszysz i dostałam ta­kiego odlotu, że nie można mnie było opanować. Łzy mi się lały i czułam się jak rzeka. 

The Residents: wszystko 

Residents to odkrycie Kamila. Poko­chałam ich dzięki niemu. Pomijam całą legendę, która towarzyszy tej grupie. Jak ich słucham, to jakbym śniła na jawie. Mało tego: jak ich słuchasz to jakbyś film oglądał. Mają tak niezwykle sugestywną muzykę, że ci konkretne obrazy podsu­wają. Zresztą Szymona wychowałam na Residents, tylko tego słuchałam, gdy chodziłam z nim w ciąży. Nie mieliśmy wtedy walkmana, byliśmy biedni i mieli­śmy magnetofon, który targaliśmy przez świat... I Szymon kocha teraz Re­sidents: ma całą kolekcję: płyty, książki. Pierwsze, co sobie wytatuował na nodze to Residents, czyli oko w cylindrze. 

Negativland: wszystko 

Kolaż muzyczny, genialne. Kocham kolaże w sztuce. Bardzo awangardowa grupa. W Nowym Jorku nie udało nam się dostać na ich koncert... Lubię taką muzykę, w której jest dużo przestrzeni. 

Dead Can Dance: Toward The Within 

Po prostu pięknie kobieta śpiewa. A dla­tego wymieniam płytę koncertową, bo jest to taki wybór utworów z poprzednich płyt. Bo jest to cudnie zarejestrowany koncert, bezbłędnie i mistrzowsko. I tu można odczuć różnicę między wykona­niem studyjnym a koncertowym. Jak na filmie Diva: śpiewaczka powiedziała, że tylko w kontakcie z publicznością jest w stanie wydobyć, co potrzebne, z utwo­ru. Ja też uważam, że moje koncertowe interpretacje są milion razy lepsze niż stu­dyjne. Zastanawiam się, czy Dead Can Dance śpiewają na koncercie z nut, bo li­nie melodyczne bywają tak niesłychanie trudne. Karkołomne do śpiewania w dwójkę - zupełnie jak duet operowy. Mnie to fascynuje, tak jak i ten przekrój przez różne kultury. Są folkowi, ale też blisko muzyki religijnej, kościelnej. Wyda­je mi się, że to taki fenomen gór. Zresztą jedyna polska muzyka ludowa, której lu­bię słuchać, to dobry góralski folklor. Gó­ralska muzyka z całego świata jest ge­nialna. 

Kiedyś słuchałam namiętnie Cocteau Twins i mogłabym w tym miejscu jeszcze ich dać. Uważam, że Elizabeth Fraser jest wspaniała. 

Lou Reed: wszystko 

To jest wielka postać. Przykład rocko­wego awangardzisty, nowojorczyka. Ma wspaniałe teksty i przy okazji jest genial­nym kompozytorem. Tak jak Cohena, bardziej go lubię za to, o czym śpiewa niż za to, jak śpiewa. Lou Reed zawsze nam się kojarzył z Andym Warholem, z po­czątkami punku. Byt w takiej zamkniętej grupie ludzi interesujących się malar­stwem, filmem, całą sztuką nowoczesną. Fenomen lat siedemdziesiątych polegał - moim zdaniem - na tym, że interesowali­śmy się muzyką, że byli hippisi, ale byli też malarze, teatr, happeningi. To był ta­ki tygiel, jedno z drugiego wychodziło. I tego nam dzisiaj brakuje. Bo jak jest tyl­ko jedno, to nie jest interesujące. Warhol, Reed tworzyli taką silną, intelektualną, kulturotwórczą grupę - co dla mnie jest niesłychanie ważne. Bo muzyk, który tyl­ko rzępoli, interesuje mnie w ograniczo­nym zakresie. Nie mogę się z nim zaprzy­jaźnić... Dlaczego u mnie bywa Sojka? Bo możemy ze sobą rozmawiać na milion tematów. 

Mogłabym tu wymienić wszystkie płyty Lou Reeda. Uważam, że jak się kogoś lu­bi, to wybacza się mu potknięcia. Nie ma czegoś takiego, że tej płyty nie lubię, a tamta... Artysta jest tylko człowiekiem i ma prawo do gorszych momentów. Jak kogoś lubię, jak mam kolekcję jego płyt, to w tej kolekcji musi się znaleźć wszystko. 

J.J. Cale: wszystko 

Idzie swoją drogą - to jest taka piękna sztanca muzyczna. Jak wsłuchałam się kiedyś w samolocie w jego teksty, ręce mi opadły. Ale ważna jest sama aura. To jest muzyka przyjemna, uspokajająca, mająca dobre wibracje. On cię wprowa­dza w trans. Transowa, zmysłowa muzy­ka. Co tu kryć: J. J. Cale jest sexy. Mówię tak, nie wiedząc, jak on wygląda. Widzia­łam tylko jedno jego zdjęcie na płycie, w kapeluszu tak mocno wciśniętym na głowę, że prawie zasłaniał twarz. 

Tuxedomoon: Ghost Sonata 

Taka kompilacja muzyki rockowej, mu­zyki klasycznej, awangardy. Pięknie uży­wają instrumentów. Na tej akurat płycie jest solo wiolonczeli, że odpadasz. Ko­cham wiolonczelę ponad wszystko na świecie... Muzyka klasyczna ma pewne reguły, a muzyka awangardowa pozwala na niekonwencjonalne brzmienia kla­sycznych instrumentów. I to daje im inny wymiar. Muzyka Tuxedomoon ma niesły­chany klimat. Oni mi się zawsze kojarzą z Alanem Poe, z literaturą ciemną, pozaświatową. 

Wytwarzają klimat jakby Drugiej Stro­ny, oniryczny, piekielno-niebiański. 

Lydia Lunch: Queen Of Siam 

Jest dziwaczna i taka pozostanie. Przyjaźni się z naszymi przyjaciółmi z Brooklynu... Ta płyta to jazzik, bardzo melodyjny, lekko pastiszowy. I piękne słowa: w Spooky śpiewa o seksie między dojrzałą kobietą a młodym chłopcem, co mi się bardzo podoba. 

Grace Slick: Manhole 

Jak kiedyś namiętnie słuchaliśmy Jeferson Airplane, to ja zawsze słuchałam tylko Grace Slick. A jak potem wydała płyty solowe, to już zdecydowanie je pre­ferowaliśmy. Są czystsze, pozbawione tej wokalnej - typowo kalifornijskiej - or­namentyki. Manhole jest płytą bardzo dramatyczną, pięknie zaśpiewaną, pięk­nie zaaranżowaną... Boże, nie ma tu jesz­cze naszego Króla Reggae... 

Bob Marley: wszystko 

Muszę go wymienić, bo go po prostu kocham. Wiesz, do kogo Marley jest podobny? Do J.J. Cale'a. Jest delikatny, transowy, nie wychodzi poza pewną skalę. Od razu mi się spodobał, paliłam wtedy dużo marihuany i jedno z drugim szło w parze. Nie ma co ukrywać... Marley to był człowiek poważny w prze­ciwieństwie do Petera Tosha, który stał się jakby trochę klownem reggae. Tosh był taki zabawowy, a Marley wnosił dużo słońca, a jednocześnie - dużo refleksji. Natchniony muzyk. Wielkiej miary artysta - to się czuje. Wchłaniasz go w całości, jest jak strumień powietrza. Natty Dread z piosenką No Woman No Cry to była nasza ulubiona płyta, słuchało się jej najwięcej. 

(Tu Kora zaczyna zwierzać się, że nie­których z wymienionych powyżej arty­stów - jak J.J.Cale, Tuxedomoon czy The Residents - słucha stale, innych jak Lydia Lunch - tylko od czasu do czasu. Innych wreszcie - jak Dead Can Dance - odkryła ponownie po latach. Z nowszej muzyki słucha jeszcze dużo acid jazzu. Jest też akcent polski: „Mendę” Apteki wysłu­chała ze dwadzieścia razy w aucie i uwa­ża za dobrą rzecz. Asystujący przy naszej rozmowie Kamil Sipowicz potakuje i wtrą­ca mało pochlebną uwagę na temat kilku innych krajowych zespołów, których ka­sety kupił w tym samym czasie. Na tym kończy się to, ”Przesłuchanie”. Ale tego samego dnia Kora telefonuje do mnie, żeby coś jeszcze dodać do powyższej listy... 

New Model Army: wszystko, ale raczej wcześniejsze płyty 

To grupa, która ma dla mnie ten sam ciężar gatunkowy, co Doorsi. Muzyka ciemna i bardzo dynamiczna. I oczywi­ście bliższa naszym czasom... 

To jeszcze nie koniec tego suplemen­tu, bo Kora mówi: O bluesie też trzeba by powiedzieć coś dobrego. Dawno temu namiętnie słuchaliśmy z Kamilem Howlin' Wolfa, tej jego gitarki. Uważam, że to gu­ru bluesa. Tak to okazuje się, że dziesiąt­kę musimy zdecydowanie przekroczyć. Ustalamy więc, że na koniec pójdzie coś, co miałem wyrzucić, bo się nie mieściło. Czyli... 

Mamas And Papas 

Coś mają w sobie takiego, że ich lubię. A na przykład nie znosiłam Jefferson Air­plane, gdy śpiewali wszyscy. Lubię solo­we płyty Grace Slick. W Crosby Stills Nash And Young tylko Younga lubiłam... Mamas And Papas to przykład, jak moż­na razem śpiewać. Z przyjemnością ich słucham, bo coś takiego słonecznego wnoszą. Coś optymistycznego. Jak za­częli śpiewać, to nagle w domu zrobiło się radośniej.) 

Rozmawiał: Wiesław Królikowski

 
  

powrót