PRACA RZEŹNIKA
PRESS, Nr 9 (32), 15.09.1998 

fot. Jacek Poręba 

Po starcie TVN jednym z hitów miał być prowadzony przez Panią program „Cela nr ...” Dlaczego zniknął z anteny po kilku odcinkach? 

Nie miał takiej oglądalności, jak przewidywano. A ja nie chciałam rozmawiać o zmianie jego formuły na bardziej komercyjną. Zrobiłam ten program na prośbę Mariusza Waltera. Wybrałam go spośród trzech propozycji, jakie złożył mi TVN: robienia magazynu pt.: „Uroda, erotyka, seks”, magazynu o zdrowiu i właśnie „Celi nr ...”. Już sam pomysł – rozmowy z więźniami – wskazywał, że będzie to program trudny, bo w środowisku więziennym niechętnie mówi się o sobie. Poza tym, to była droga produkcja. Pierwotnie autorzy chcieli, żeby więźniów doprowadzać do studia. Postawiłam jednak warunek, że to ja będę do nich jeździła. Z czasem te rozmowy stały się w pewnym sensie banalne – rozmówcami byli prości ludzie, z prymitywnych środowisk, trudni do opisania w kolorowy sposób. A mnie się marzył cykl programów, które pokażą, jak człowiek skazany na wiele lat potrafi wykorzystać czas w więzieniu, żeby się duchowo rozwinąć. To był naiwny punkt widzenia. Poza tym – robienie programu telewizyjnego jest trudne do pogodzenia z moją pracą. Mam na to za mało czasu. Stwierdziłam, że nie przepadam za pracą w telewizji. 

Dlaczego w ogóle zgodziła się Pani na ten program? By znaleźć miejsce poza sceną, gdzie można się spełnić? Dla większej popularności? 

Po prostu z ciekawości. W telewizji miałam już kiedyś własny program. W latach 80. Robiłam w krakowskim oddziale TVP piątkowy magazyn „Amory Kory”. Sama go wymyśliłam, przygotowywałam według własnego scenariusza – też poza studiem telewizyjnym. 

Ostatnio coraz częściej ludzie estrady, np. Kayah, Paweł Kukiz czy Robert Janowski, zapraszani są do prowadzenia programów telewizyjnych. Czy to aby nie jakaś moda, że gwiazdy piosenki próbują zaistnieć inaczej, a zatrudniające je stacje dzięki nim zyskują nowych widzów? 

W przypadku „To było grane” Kayah w TVN jest to pomysł już sprawdzony w Europie, popularny, to przeniesienie zagranicznego programu do polskiej telewizji. Coś takiego w ogóle by mi nie odpowiadało ze względów ambicjonalnych. Telewizja to medium wampiryczne, które zabiera człowiekowi dużo energii i w pewien sposób spłaszcza przekazywany obraz. Tym cechuje się każdy cykliczny program. Na przykład Wojtek Jagielski miał swój „Wieczór z wampirem” co tydzień, teraz ma dwa razy w tygodniu. Ja byłam nagrywana w jednym dniu z innymi gośćmi – jako dziesiąta z kolei! Bardzo przepraszam, ale to już jest praca rzeźnicza. 

Czy chętnie ogląda Pani programy muzyczne w polskiej telewizji lub „To było grane” czy „Szansę na sukces”? 

Jeżeli już, to okazjonalnie. Najczęściej oglądam programy przyrodnicze i popularnonaukowe typu National Geographic oraz filmy. Nie zrezygnowałam jednak z telewizji jako medium. Goszczę w programach, Polsat jest naszym patronem medialnym, robię teledyski. Wiem, że ze względu na promocję jest to ważne. W radiu także bywam jako gość, nie tylko wtedy, gdy coś promuję. Kocham to medium, bo nie przykuwa do miejsca, daje więcej wolności. Najchętniej słucham Trójki. 

Muzycznych pism na polskim rynku jest niewiele. Jak je Pani ocenia? 

Z branżowych pism kupuję „Tylko Rock” i „Machinę”. Regularnie docierają do nas pisma zagraniczne, no i mam Internet. Jeżeli chcę nawiązać kontakt z grupami, które mnie interesują, korzystam właśnie z niego. To nowe, genialne medium, które powoli przejmuje funkcję fachowych pism. Znajduję tam dużo więcej informacji niż w prasie branżowej. Jeżeli otwieram „Tylko Rock” i widzę kolejny odcinek biografii Led Zeppelin, to przepraszam, ale dla mnie to już historia. Jeżeli w „Machinie” czytam o „odkryciu” Diamandy Gallas, którą znam od kilkunastu lat, wydaje mi się, że dla sporej grupy czytelników, jest to wyważanie otwartych drzwi. 

Nie myślała Pani o pisaniu felietonów do prasy branżowej? 

Felietonista musi podporządkować się rygorowi czasowemu. Piszę do „Playboya”, ale okazjonalnie, co mi odpowiada. Propozycję pisania felietonów otrzymałam od wielu pism kobiecych, lecz nie podejmuję tematu ze względu na brak czasu. 

Kiedyś jednak trzeba będzie przestać śpiewać. Być może, o tym właśnie myślą młodzi artyści, próbujący już dziś wejść do mediów. Czy zaangażowanie się w telewizję lub prasę nie jest dobrym sposobem, by pozostać na fali? 

W mediach jestem obecna dzięki temu, co robię. Zastanawiam się, czy nadobecność w stylu amerykańskim jest dobra. Taki totalizm medialny mi nie odpowiada. W mediach nastał czas, który należy przeczekać – czas kiepskiej jakości. Niedawno w artykule dla „Gazety Wyborczej” Jacek Żakowski pisał o potrzebie telewizji uwzględniającej zainteresowania dwóch milionów ludzi – tych wymagających widzów, których komercja nie zadowala. Gdy spotykam się z ludźmi mającymi własne telewizje, wszyscy mówią to samo: na telewizję dla dwóch milionów ludzi nie ma szans. 

Rozmawiała: Renata Gluza

 
  

powrót