KORA
Playboy 08.1996 


Kora, wokalistka grupy Maanam i autorka prawie wszystkich tekstów śpiewanych przez siebie piosenek, od pewnego czasu stała się także opiniotwórczą postacią polskiego życia publicznego. Ma zdecydowane, liberalne poglądy, które chętnie, jasno i odważnie formułuje. Na początku jej kariery przyjmowano je jako cześć ekscentrycznego image'u gwiazdy rocka, nie stroniącej od prowokacji a nawet skandalu. Dziś stało się jasne, ze Kora to nie tylko muzykalna piosenkarka i świetnie wyczuwająca ducha czasów poetka, ale także intelektualistka z uwagą przypatrująca się współczesnemu światu. Reaguje nań impulsywnie, ale jej reakcje zawsze uzasadnione są głęboką refleksją. Jest szczególnie wyczulona na hipokryzję, fałsz, bezmyślność i chamstwo. Atakuje z impetem, płomiennie, szczerze. Ciekawe, ze w piosenkach Maanamu jest wyraźnie liryczna, zaś w życiu objawia raczej temperament publicystyczny. Wielbiciele znają obie strony jej charakteru. Dzięki temu nie traktują jej jak wykreowanej gwiazdy show-biznesu, lecz jak kultową osobowość, którą można albo kochać, albo nienawidzić. Działający od 1977 roku Maanam przetrwał wszystkie burze personalne, polityczne, ekonomiczne. Jego przeboje, takie jak "Boskie Buenos", "Stoję, stoję", "Kocham cię, kochanie moje", "Nocny patrol", "Szare miraże" i komentujący rzeczywistość stanu wojennego "Kreon" stały się symbolem swojego czasu. Maanam przetrwał tez rozwód Kory z liderem muzycznym grupy i kompozytorem wszystkich piosenek, Markiem Jackowskim, w 1985 roku. Dziesięć lat temu Kora zaczęła wszystko od nowa, spróbowała innej drogi muzycznej nagrywając z braćmi Pośpieszalskimi płytę "Ja pana w podróż zabiorę", zawierającą jej oryginalne wersje piosenek z Kabaretu Starszych Panów, po to, by zatoczyć koło i wrócić - już jako inna, silniejsza osoba - do Marka, Maanamu i wspólnego śpiewania. Wydana w 1991 roku płyta "Derwisz i anioł" przyniosła nie tylko takie przeboje jak "Karuzela marzeń" i "Złote tango", ale przede wszystkim udowodniła, ze muzycy Maanamu grają po kilkuletniej przerwie lepiej niż kiedykolwiek. Ostatnie ich płyty - "Róża" i "Łóżko" (premiera we wrześniu) - są dojrzałe, melodyjne, poetyczne i bardzo śpiewne. Refreny dają się nucić, a zapamiętane słowa nabierają wciąż nowych, poetyckich znaczeń. Nie ma w nich buntu ani prowokacji, jest natomiast pogodna analiza tego, co składa się na udane życie: miłość, wierność, wspólne łóżko i stół. Na koncertach Maanamu zjawiają się dziesiątki tysięcy fanów. Młodych i w średnim wieku. Traktują te koncerty jak swego rodzaju świadectwo tożsamości. Kora napisała też (wspólnie ze swoim drugim życiowym partnerem, filozofem Kamilem Sipowiczem) autobiografię pt. "Podwójna linia życia". Książka ta wzbudziła oczywiście wiele emocji. Kora zaatakowała w niej bowiem zakłamanie sióstr zakonnych, które wychowywały ją w domu dziecka, a także m. in. przychylnie wypowiedziała się o tzw. miękkich narkotykach. A jednak nie tylko nie zmniejszyło to sympatii, jaką się dotąd cieszyła, ale wręcz przysporzyło nowych zwolenników, zaszokowanych szczerością i bezkompromisowością jej postawy. W drugim numerze polskiej edycji PLAYBOYA (styczeń 1993) zadaliśmy Korze 20 pytań. Po ponad trzech latach Tomasz Raczek postanowił sprawdzić, co się zmieniło w życiu i poglądach wciąż odnoszącej sukcesy piosenkarki i namówił ją na szczerą, długą rozmowę. Odbyła się ona w nowym domu Kory, który właśnie zbudowała pod Warszawa. Raczek opowiada: "Był letni, gorący dzień. Zapach desek ze świeżo położonej podłogi mieszał się z dochodzącym przez otwarte okna zapachem łęki. Dwa dorodne kocury, Czupurek i Pędzelek, bezszelestnie przemykały wśród jaskrawo kolorowych, pomalowanych przez Korę (to jej ulubione hobby) figur Madonny, poustawianych w różnych miejscach domu i ogrodu. Słychać było śpiew ptaków, bzyczenie pszczół i dalekie porykiwania krów. Piliśmy herbatę z owocu miłości, którą Kora osobiście zaparzyła. Dzwoniący ciągle telefon dyskretnie odbierał Kamil i zaraz znikał ze słuchawką w głębi domu. Kora była rozluźniona, spokojna, ubrana w spodnie i seksownie obcisłą bluzkę. Żadnych papierosów, żadnego alkoholu. Cały ten entourage sprawiał wrażenie wybitnie "ekologicznego". I tylko, gdy rozmowa schodziła na poruszające emocjonalnie tematy, Kora stawała się impulsywna. Nie przebierała wtedy w słowach. Najbardziej rozeźliła się, gdy rozmawialiśmy o polskim niechlujstwie i zamiłowaniu do brudu. Wtedy wręcz krzyczała, aż zdenerwowanie udzieliło się Czupurkowi i Pędzelkowi, które nagle zerwały się i pobiegły na łąkę w pogoni za polną myszą". 

PLAYBOY: Za kilka tygodni ukaże się nowa płyta Maanamu pt. Łóżko. Pewnie uważasz, że jest najlepsza ze wszystkich? 

KORA: Oczywiście, że tak. 

PLAYBOY: Spotkałem cię któregoś dnia w okresie, gdy ją nagrywałaś; byłaś niesłychanie podekscytowana i wykrzyknęłaś: to jest nowa jakość! Co miałaś na myśli? 

KORA: Po pierwsze - aranż. Na początku sami robiliśmy próby, potem dojechał do nas z Anglii Neil Black i wszystko pozamieniał. Mamy do niego pełne zaufanie, więc mu się poddaliśmy. To genialny muzyk i niesłychanie wrażliwa osoba. Po drugie - ta płyta w całości została skomponowana do gotowych tekstów. Najpierw wyjechałam do Krakowa, do mojego mieszkania, w którym zamknęłam się sama. Narzuciłam sobie taki rytm, o którym dotąd więcej słyszałam, niż praktykowałam: od rana do nocy praca, codziennie. 

PLAYBOY; Jak można na okrągło pisać teksty piosenek? Przecież musi być coś takiego jak nastrój, natchnienie. Chce się jeść, wyjść na spacer albo boli głowa... 

KORA: To niesamowite: ja, która nie znoszę rygoru, sama sobie ten rygor narzuciłam. Ale jak się nosi coś w sobie, to trzeba odkręcić kurek. Praca nad tekstami jest bardzo mozolna, każda piosenka to jest wielka sterta kartek. 

PLAYBOY: Ciągle skreślasz i piszesz od nowa? 

KORA: Tak. 

PLAYBOY: A bywa, że odkładasz pracę na bok i sięgasz po jakąś książkę, szukasz inspiracji? 

KORA: Niewątpliwie niezbędne jest wtedy wprowadzenie się w nastrój... 

PLAYBOY: Słuchasz muzyki? 

KORA: Nie, jak piszę słowa, to w końcu też jest to muzyka. Słowo było muzyką. Dużo czytam. 

PLAYBOY: Kiedyś powiedziałaś, że twoje piosenki opowieści o miłościach, jakie się zdarzają innym ludziom. Właściwie dlaczego nie piszesz o sobie? I skąd wiesz, jak kochają inni? Wypytujesz obcych czy się domyślasz? 

KORA: Z tobą będę szczersza: nigdy piszę o innych miłościach tylko o swoich. Ale czasem zakładam też jakąś hipotetyczne sytuacje, na przykład osoby zdradzone, poniżone czy odrzucone. Tak się niestety zdarzyło w moim życiu (może i stety, ale niestety raczej dla wszystkich cierpiących kochanków), że jeżeli cierpię, to tylko dlatego, że chcę, bo uważam, że szczypta cierpienia jest po prostu potrzebna. Na przykład bardzo lubię się rozstawać i tęsknić. 

PLAYBOY: To znaczy, że cierpisz na własne życzenie? Ale czy to prawdziwe? Cierpienie na ogół wynika z bezsilności, ze znalezienia się w sytuacji, w której nic nie możesz zrobić. 

KORA: No tak, ale jeżeli wybieram się na Saharę, to wiem, że będzie bardzo gorąco i może nie być wody. Można mieć życie u żonę tak, żeby było łatwe albo trudne, a ja staram się obarczyć swoje życie emocjonalne pewnego rodzaju trudem. Jest mi potrzebne, bo trud nie nuży, a świat współczesny pokazuje, że coś jest łatwiejsze, tym bardziej w gruncie rzeczy nudne. 

PLAYBOY: A jednak nie wyglądasz na kogoś, kto stwarza sztuczny problemy, by komplikować życie sobie i bliskim. 

KORA: No, potrafię je stwarzać z premedytacją. 

PLAYBOY: Z ciekawości, jak to będzie? 

KORA: Być może. 

PLAYBOY: A nie boisz się, że możesz przesadzić? 

KORA: Jest to duże ryzyko. 

PLAYBOY: Zdarzyło się, że straciłaś panownie nad rozwojem wypadków i przegrałaś? 

KORA: Finalnie nie, ale na krótki czas oczywiście - tak. 

PLAYBOY: Żałowałaś potem? 

KORA: Nie tyle żałowałam, co byłam zawiedziona. 

PLAYBOY: To dotyczy zawsze mężczyzn czy również kontaktów z innymi bliskimi ludźmi? 

KORA: Głównie mężczyzn, bo jeżeli chodzi o kontakty z przyjaciółmi czy rodziną, to nie nastawiam się na to, by ich krzywdzić i wypróbowywać. Jeśli zdarza mi się ich skrzywdzić, wtedy przepraszam. 

PLAYBOY: A co cię fascynuje w mężczyznach? 

KORA: Wszystko. Kiedyś na pierwszym planie stawiałam intelekt. Ponieważ sama nie należę do kobiet głupich, w pewnym momencie uznałam, że jestem w pełni samowystarczalna. A jednak okazało się, że nie można być samemu na świecie. Chociaż do ludzi mam stosunek krytyczny, to czuję, że bez drugiego człowieka żyć nie można. Lubię, gdy mężczyzna jest wesoły i dowcipny; ma być przystojny, zgrabny, silny, rozwijający się - to podstawowa rzecz. 

PLAYBOY: Intelektualnie czy fizycznie? 

KORA: I tak, i tak! Żeby nie zrobił się safandułą, boja kocham w ludziach zmarszczki, ale nie znoszę zaniedbania. Uważam, że żyjemy w takich cudownych czasach, że naprawdę możemy mieć wszystko piękne, jeżeli tylko zechcemy. 

PLAYBOY: Wolisz, żeby mężczyzna zainteresował się tobą i cię zdobywał, czy chcesz go sobie upatrzyć? 

KORA: Wszystkich mężczyzn, z którymi byłam, sama sobie upatrzyłam, wyjąwszy Marka Jackowskiego, który mnie upatrzył. Nie jestem w stanie zaangażować się błyskawicznie, to jeszcze mi się nigdy nie zdarzyło. Albo ktoś mi się objawi i zostawi swoją energię, albo mi się ładnie przyśni, jak było z Kamilem. 

PLAYBOY: Kamil Sipowicz ci się przyśnił? 

KORA: Przyśnił mi się erotycznie w sposób absolutnie fascynujący. Znałam go już wcześniej, przychodził do nas do domu, ale nie zwracałam na niego uwagi, aż pojawił się we śnie. 

PLAYBOY: Czy sen był prawdziwy? 

KORA: Był proroczy, przepowiedział prawdę! 

PLAYBOY: Czyli wierzysz w sny, przywiązujesz do nich wagę? 

KORA: Przez całe życie miałam w snach przygody ze szczurami, które "odczarowałam" dopiero piosenką "Oddech szczura". Byłam bardzo zainteresowana tym zwierzęciem, dużo czytałam na jego temat i doszłam do wniosku, że to jak odbieramy szczury jest prawdą. Śniły mi się szczury wielkości człowieka; były to groźne, niedobre sny. 

PLAYBOY: A sny metafizyczne? 

KORA: Wychowałam się we władzy symboliki, na przykład figur Matki Boskiej, które są wszechobecne. Wzruszają mnie kapliczki. Kiedyś śniło mi się, że przechodzę obok takiej maleńkiej kapliczki, w środku Matka Boska, przystaję i nagle ona spływa jak woda, odwraca się i biegnie. A przed nią wielka przestrzeń. Biegnie, spadają z niej szaty, zostaje w nylonowej halce, rośnie, staje się gigantyczna niczym socrealistyczna rzeźba robotnicy. Potem wbiega w wielki, mroczny tłum, który faluje na horyzoncie. To było tuż przed stanem wojennym, nie wiem cztery czy pięć była zima, my byliśmy w trasie koncertowej. Nie powiesz mi, że nie to w jakimś sensie profetyczny sen i jednak przyśniła mi się Matka Boś opiekująca, która idzie w tłum. 

PLAYBOY: Matka Boska jest dla ciebie uosobieniem matki Boga czy twojej matki 

KORA: Matki, Kobiety. Myślę, że v wet bardziej kobiety 

PLAYBOY Czy modlisz się do tych wszystkich madonn, które - pomalowane przez ciebie na jaskrawe kołom stoją w twoim 

KORA: Nie 

PLAYBOY: To jaką rolę pełnią 

KORA: Matki Boskie to taka moja malowanka. Lubię kapliczki, ale nie wierzę w figury. 

PLAYBOY: Chciałabyś postawić sobie w ogrodzie taką kapliczkę? 

KORA: Oczywiście! Tu będzie kapliczka, 

PLAYBOY: Z twoją madonną 

KORA: Tak 

PLAYBOY: Poprosisz księdza, żeby ją poświęcił? 

KORA: Wiesz, księża są tak niechętni do święcenia, że pewnie poświęci ją Kamil. Jak zwykle. 

PLAYBOY: Jak to-jak zwykle?! 

KORA: Tak. My się bez przerwy spóźniali W czasie świąt wielkanocnych spóźniliśmy! oczywiście, ze święceniem jajek. Ksiądz, który mógł to zrobić, nie poświęcił ich ze złości. Bo było już po piątej po południu. W efekcie Kamil sam je poświęcił 

PLAYBOY: Masz chyba nie najlepsze doświadczenia z "urzędnikami Pana Boga". Już będąc w domu dziecka prowadzonym przez siostry zakonne dostrzegłaś wiele ułomności wśród sióstr, które i winny być uosobieniem dobroci, a bywało, (przejawiały agresję, którą wyładowywały na wychowankach. 

KORA: Ostatnio dużo o tym myślałam, ktoś chciał zrobić na podstawie mojego życia film. Zastanawiałam się, jak przedstawić dzieciństwo, które nigdy nie było przeze mnie opisane w sposób dostatecznie drastyczny. Jeżeli forma zewnętrznej pobożności przykrył próżnię, jeżeli używa się takich słów jak dobroć, miłosierdzie, a za tym kryje się obliczone z premedytacją działanie, mające na celu spowodowanie, by dzieci się bały, to dla mnie jest to karygodne. Z tego powodu przez całe życie czegoś się boję. Jako dziecko wiecznie się bałam, bo siostry stwarzały nastrój grozy. Wiele moich przypadłości zdrowotnych wynikało z tego permanentnego lęku. Miałam kłopoty ze wzrokiem, do dziś mam różne nerwice, między innymi gardła. To są choroby wyniesione z dzieciństwa. Tylko spokój i piękno przyrody pozwalały mi wówczas uciekać od tego piekła. 

PLAYBOY: Figury Matki Boskiej nie działały na siostry tak jak na ciebie? 

KORA: Nie. Jestem nastawiona antyklerykalnie, chociaż wiem, że wśród duchownych są też tacy, którzy mają powołanie i pracują z poświęceniem. Tylko, że wtedy były zupełnie inne czasy, musisz się cofnąć o czterdzieści lat. Dziewczęta, potem kobiety, nie szły do zakonu z wyboru. W małych miasteczkach i wsiach, w wielodzietnych rodzinach taki był wymóg -jeden na księdza, jedna na zakonnicę. Jeszcze ksiądz mógł to sobie jakoś zrekompensować, ale kobieta? To naprawdę nieszczęście. Nie chcę demonizować znaczenia seksu, ale nie wyobrażam sobie, jak można wytrzymać bez niego przez całe życie. Przecież głód seksualny potrafi być tak silny, że przesłania absolutnie wszystko. Wtedy człowiek nie śpi, nie je, po prostu musi się spełnić. A jak nie, to widzisz co się wówczas dzieje... 

PLAYBOY: Czyli wymóg celibatu jest nieludzki? 

KORA: Nieludzki, bo chodzi przecież o naturalną potrzebę człowieka. Opiekowanie się chorym, niedorozwiniętym umysłowo czy człowiekiem, który ma otwarte rany, nieładnie pachnie, jest niedołężny, trzeba mu podkładać basen, jest już wystarczającym wyrzeczeniem. Po co do tego jeszcze dokładać celibat? Jestem .antyklerykalna, mówię to głośno -ja ich po prostu nienawidzę. 

PLAYBOY: Ale są przecież księża, którzy cię bardzo lubią, są twoimi fanami. 

KORA: Bo są księża i księża. Nie w tym rzecz. Zapytaj jakiegokolwiek księdza, czy mu celibat nie ciąży, niech szczerze odpowie. 

PLAYBOY: Znam wielu księży, których nie muszę pytać, bo sam byłem świadkiem tego, że celibatu po prostu nie uznają. 

KORA: No tak, o tym nawet nie ma co mówić, bo wszyscy o tym doskonale wiedzą. 

PLAYBOY: Lubisz wchodzić do kościoła? 

KORA: Bardzo lubię. 

PLAYBOY: W czasie mszy czy po niej? 

KORA: Jeżeli wchodzę do kościoła, to tylko kiedy jest pusty. 

PLAYBOY: Wybierasz kościół, ze względu na architekturę czy na stan ducha, w jakim się akurat znajdujesz? 

KORA: Na jedno i drugie. Kościoły współcześnie budowane zupełnie mnie nie interesują, bo są pobudowane z pychy w sposób, który mi nie odpowiada. Kiedyś kościół budowało się z ducha i serca, z pełnym poświęceniem. Te strzeliste formy, symbolizujące pęd człowieka ku niebu... A dziś podwaliną każdego nowo budowanego kościoła jest pycha, żądza władzy. 

PLAYBOY: Co myślisz o reakcji kościoła, wszystkich ludzi na AIDS? 

KORA: Mnie pytasz? Poświęciłam rok życia, spędzając czas z chorymi na AIDS w Konstancinie i w Piastowie. Częściej jeździłam do Konstancina, bo byłam zaprzyjaźniona z tymi ludźmi. 

PLAYBOY: Czy ktoś z nich jeszcze żyje? 

KORA: Tak, ci którzy przestali się obstawiać heroiną. To są ośrodki nie tyle dla chorych na AIDS, ile dla chorych na uzależnienie. Kiedy robiliśmy koncert na rzecz chorych na AIDS, bard/o chciałam ich poznać. Za czasów komuny robiło się mnóstwo imprez charytatywnych, a tak naprawdę nikt nie wiedział, dla kogo się robi. Tak to szło. Ja uważam, że jeśli coś robię, to muszę wiedzieć dla kogo. Dla niewidomych? Proszę bardzo, ale chcę zobaczyć niewidomych, dla których pójdą te pieniądze. Gdzie jest to miejsce gdzie są d ludzie? Tak samo było w tym przypadku. Poznałam ich i bardzo się zaprzyjaźniłam, zwłaszcza z księdzem Arkadiuszem, którego kocham. Taki rodzaj hospicjum to jest co cudownego, bo człowiek, kimkolwiek by był, nie może zostać samotny, odrzucony, totalnie pozbawiony jakiegokolwiek zainteresowania. 

PLAYBOY: Czy przez to, że poznałaś śmiertelnie chorych, coś się w tobie zmieniło? 

KORA: Dla mnie było to wstrząsające. W ogóle śmierć jest najbardziej wstrząsającym wydarzeniem na świecie. 

PLAYBOY: Boisz się jej? 

KORA: Nie należę do grupy ludzi, którzy nauczyli się jej nie bać. Przeżyłam w swoim życiu coś takiego jak trwoga przed śmierci to jest bardzo, bardzo silne uczucie. Trwoga to nie jest lęk jest coś, czego nie chciałabym przeżywać w chwili śmierci. Przy gotowanie do śmierci, o którym się mówi w buddyzmie, ma dla mnie bardzo dużo sensu. Uważam, że życie jest najwyższą wartością. Życie w każdej postaci. Nie wiem, co się dzieje po śmierci Chciałabym żyć. Po prostu. 

PLAYBOY: Powiedziałaś, że pensjonariusze księdza Arkadiusz Nowaka tak naprawdę leczą się z uzależnienia. A przecież ty też miałaś epizod z narkotykami... 

KORA: Z lekami. Byłam lekomanką ponieważ akurat w tamtych czasach na rynku były tylko narkotyk speedujące, których dziś nienawidzę Pomimo że z dużym spokojem mówię o marihuanie i haszyszu, jestem im z gruntu przeciwna. Są narkotyki które zmieniają świadomość na chwilę tak jak te pięć narkotyków, o których już mówiłam w PLAYBOYU, za co zresztą zostałam w telewizji odsądzona od czci i wiary przez prowadzącego program "WC kwadrans", który waląc tym swoim kubkiem, krzyczał że KORA namawia do narkotyków Ja nie namawiam. Pierwsza rzecz to ciekawość, człowiek może być znudzony ciągle tym samym postrzeganiem, widzeniem, dąży do szybkie transcendencji. I cóż mu ją daje Narkotyk. Czy można mieć to człowiekowi za złe? Po prostu musi 01 przy tym kierować się rozumem. 

PLAYBOY: Problem polega na tym, że zanim zdążysz włączyć rozum, już si< uzależniasz, a wtedy rozum na nie wiele się może przydać. 

KORA: Nic na to nie można poradzić Jedynie edukacja, a nie zakaz. 

PLAYBOY: Dlaczego zespół nazwaliście słowem pochodzącym z języka staroperskiego? 

KORA: To przypadek. 

PLAYBOY: "Maanam" znaczy w tym języku "ja jestem". 

KORA: Tak, ale o tym dowiedzieliśmy się post factum. Zdaje się, że nie ma takiego wyrazu, który by w jakimś języku czegoś nie znaczył. Prawda jest taka, że na początku Maanam to był Marek Jackowski i Milo Kurtis - MM, oni stworzyli taki duecik. Nie ma co tu kryć, kompletnie nie miało to rąk i nóg. Natomiast mój wkład był typowo graficzny - dodałam drugie "a" i zrobiło się logo, które daje się czytać w obie strony. To nie miało nic znaczyć, dopóki kilka lat później nie spotkaliśmy Irańczyka, który powiedział "maanam". I okazało się, że "Maanam" jest bardzo ludzkim wyrazem - niby abstrakcyjnym, a bardzo ludzkim. 

PLAYBOY: I bardzo konsekwentnie zostajesz przy tej nazwie. Po mimo, że niewątpliwie przede wszystkim na tobie ogniskuje się zainteresowanie publiczności, nigdy nie chciałaś zmienić nazwę na "KORA i Maanam". 

KORA: Bo my jesteśmy geologicznym zjawiskiem. Ja i Marek. Po mimo miliona zachęt z różnych stron dla nikogo innego nie piszę, bo jestem osobą, która chodzi własnymi drogami. Bardzo bym nie chciała, żeby ktoś do moich tekstów dodawał swoją interpretację, wydaje mi się, że nikt nie zrobi tego tak jak ja. Nie chcę, żeby moje teksty były bezczeszczone. Mam sakralny stosunek do tego, co piszę. Nie lubię, gdy ktoś mnie dotyka. Kocham to, co Marek tworzy, bo uważam, że jest urodzonym kompozytorem. Wielu rzeczy można się nauczyć, ale ludzie, którzy zajmują się sztuką, doskonale wiedzą, ile tak naprawdę w człowieku tkwi, ile można rozreklamować, ile wykreować (zwłaszcza dzisiaj), a ile rzeczywiście jest. Patrząc na Polskę i świat widzę, choć może to subiektywne, że Marek jest po prostu genialnym kompozytorem. 

PLAYBOY: A to, że się rozstaliście, nie przeszkodziło wam we współpracy w Maanamie? 

KORA: Przez pewien czas w ogóle nie współpracowaliśmy. 

PLAYBOY: Czy Maanam się rozwiązał ze względu na to, że wy się rozstaliście, czy niezależnie od tego? 

KORA: Ludzie to kojarzą i w jakimś sensie słusznie. Inicjatorką naszego rozstania byłam ja. Odbyło się to -jak twierdzi nasz prawnik - w sposób najpiękniejszy na świecie, bo bez żadnego oskarżania, ale jednak jakiekolwiek by to było rozstanie, zawsze zostawia bardzo silny stres. Na to nałożyły się sprawy w zespole, które osiągały już pandemoniczne kształty i wszystko razem się złożyło na to, że po prostu wyszłam, jak Tina Turner, z torebką. Bo właściwie nic nam ta komuna nie dała, oprócz tej torebki, choć nawet jej nie miałam. Nie wiedziałam, dokąd pójść. Miałam maleńkie dzieci, a jednak zdecydowałam się na ten krok, który kosztował mnie dwuletnią, ciężką depresję z omamami, niesłychanie ciekawą, powiedziałabym nawet - literacką. 

PLAYBOY: Kiedy miałaś omamy, wolałaś być sama, czy szukałaś kogoś, kto by ci pomógł się z tego wydostać? 

KORA: Sama, zawsze sama. Jestem bardzo niezależna i uważam, że dopóki się nie leży na ulicy, trzeba sobie radzić samemu. Jestem też dosyć bystra, jeżeli chodzi o samopomoc, i szybko się pozbierałam. Przynajmniej w sensie fizycznym. Wprowadziłam trochę powietrza do domu, życie towarzyskie, którego przedtem nie mieliśmy w ogóle. Tak ciężko pracowaliśmy, że po prostu nie było na to siły. Takie proste rzeczy - wyjazdy, przyroda, wszystko to, co człowiekowi służy, a od czego przez tyle lat byłam odsunięta. Nie miałam nawet wakacji. Podczas tego całego apogeum maanamowego byliśmy non stop w trasie. To było piekło. 

PLAYBOY Byliście za dużo ze sobą? 

KORA To raz, a poza tym to był tak ogromny wysiłek fizyczny i psychiczny, że wiesz - oni w alkoholizm, ja - co prawda zero narkotyków, ale coraz słabsza, nerwy coraz gorsze, paskudny charakter. 

PLAYBOY: Teraz masz nowy, duży dom. Twierdzisz, że dom musi być na tyle duży, żeby można w nim było za sobą zatęsknić. Czy udaje ci się za nim tęsknić za Kamilem? 

KORA: No pewnie. Mamy nawet dwie sypialnie. Nasz syn przyszedł tutaj, zobaczył te dwie sypialnie i powiedział: "No tak, najpierw walczy się o jedno łóżko, a potem o dwa", bo jest na etapie swojej cudnej narzeczonej i walczy o to jedno łóżko. Zawsze mi się podobało, że król do królowej idzie przez siedemnaście tysięcy korytarzy i znajduje ją w jakiejś wieży, po czym ją opuszcza i spotykają się przy długim stole. Jaw ogóle jestem dalekowidz długodystansowiec, sprawdzam się tylko w długofalowym działaniu i lubię, kiedy ludzie za sobą tęsknią. Po to, by się potem mocniej przytulać, chociażby. 

PLAYBOY: Dziś, kiedy wyjeżdżasz w trasę, chcesz, żeby bliscy byli przy tobie. Czy wtedy zmieniasz się w inną, publiczną osobę? 

KORA: Oczywiście. Nie znoszę rodziny. Na koncertach, jestem wtedy innym człowiekiem jestem bardziej obcesowa, nieobecna i to jest jak mi się wydaje, raniące dla moich bliskie W trasie przede wszystkim bardzo się koncentruję na tym, co robię, bo bycie na scenie jest jak jazda autem. Minuta dekoncentracji wpadasz na drzewo. Spotykam się wtedy z wieloma ludźmi; jestem na pewno inna, bardziej powierzchowna. Trudno wymagać, bym wchodziła głęboko w każdego człowieka, kto się do mnie uśmiecha, aż tak głęboko, jak w moich bliskich. Musiałabym być duchem. Staram się, nie lekceważę ludzi, ale jednak mój uśmiech jest nieco zdawkowy i wygłaszam zdawkowe zdania. Po co moi bliscy mają to oglądać? 

PLAYBOY: A lubisz, jak słuchają twoich piosenek w domu? 

KORA: Czasami Kamil dzwoni i mówi: "właśnie sobie włączył twoją płytę; kiedy cię słucham, to jestem bliżej ciebie". 

PLAYBOY: Jedziesz samochodem, słuchasz radia i puszczają piosenkę, co wtedy 

KORA: Jest mi bardzo miło. 

PLAYBOY: Słuchasz jej czy przełączasz na inną stację? 

KORA: Słucham, ale należę do osób, które mają bardzo rzadako włączone radio 

PLAYBOY: A podczas listy przebojów? 

KORA: Nie lubię być oceniana. Jestem osobą bardzo emocjonalna i sztukę też traktuję emocjonalnie. Jak porównać co jest lepsze, a co gorsze. Albo się moja piosenka komuś podobają, albo nie. 

PLAYBOY: W środowisku muzycznych listy przebojów uważane są jednak za wykładnik sukcesu. 

KORA: Bardzo łatwo zdobyć pierwsze miejsce, wystarcz czy wysłać na siebie bardzo dużo kartę To jest kwestia fan klubu. Jednego dwóch, trzech. Jeżeli jest dobry managment, to sobie doskonale z tym poradzi. Te czasy, kiedy ludzie pisali jak wściekli, należy już do przeszłości. 

PLAYBOY Co czujesz, gdy słyszysz jak Justyna Steczkomska śpiewa twoją piosenkę Buenos Aires'? 

KORA: Oczywiście, marzeniem każdego autora jest, żeby inni śpiewali jego piosenki, ale wolałabym, żeby to było takie uczucie, jakie mi towarzyszyło podczas słuchania reinterpretacji Jima Morrisona przez Billy Idola - uważam, że zrobił to genialnie. Jeżeli już zmieniać, to w sposób, który ma sens. Wydaje mi się, że Justyna Steczkowska o wiele lepiej zaśpiewała Buenos Aires na koncercie niż na płycie. To chyba wina aranżacji. 

PLAYBOY: Niedawno przyznałaś, że lubisz kabarety transwestytów. Co cię w nich fascynuje? 

KORA: Kocham mężczyzn, którzy udają kobiety. Może to jest sprawa mody, ale mnie się niesłychanie podobają spódnice na mężczyznach, jak u Jeana Paula Gautier czy w filmie Braveheart. Ale kiedy zobaczyłam prawdziwego Szkota przy okazji wizyty królowej, który był grubaskiem średniego wzrostu, łysiejącym i w okularach, nie wyglądało to już tak seksy. 

PLAYBOY: Kiedyś powiedziałaś, że najprzyjemniejsze w życiu jest dla ciebie czytanie, malowanie i przebywanie w ciszy. Czy teraz ta lista się wzbogaciła? 

KORA: Przyjemną rzeczą jest być miłą dla mężczyzn (wtedy kiedy się chce, oczywiście). A najprzyjemniejszą rzeczą w tym roku była wiosna, która pokazała, że nie ma nic piękniejszego niż zieleń, przykrywającą całą brzydotę. Kiedy topnieje śnieg, okazuje się, że żyjemy w bardzo brzydkim otoczeniu. Wiosna, która wszystko przykrywa zielenią, czyni go na powrót pięknym. Kocham piękno, ono mnie zniewala. A malowanie? Od czasu do czasu, gdy mam nastrój. Wiele jest rzeczy, które lubię robić. Lubię być na scenie i śpiewać. Niedawno miałam trasę koncertową. Koncert w Zabrzu zaliczam do najpiękniejszych, jakie dałam kiedykolwiek w życiu. 

PLAYBOY: Dlaczego? 

KORA: Tak się akurat złożyło - ludzie i dźwięki. 

PLAYBOY: Na innym koncercie publiczność prawie zaczęła się tratować nawzajem, tak jak to bywa na piłkarskich stadionach. Czy wówczas masz jakiś wpływ na to, co się dzieje? 

KORA: Mam ogromny wpływ, ale to jest taki wpływ, który potem się na mnie odbija, bo bardzo ciężko jest zdominować tak potworną rzeszę ludzi. Lubię krzyczeć i lubię jak ludzie krzyczą, ale nie lubię bełkotu, przepychanek i szumu dla samego szumu. 

PLAYBOY: Co ci daje krzyk? 

KORA: Oczyszcza. Namawiam ludzi na to - mają okazję, by naprawdę pokrzyczeć, więc niech to robią. Taki zdrowy, mocny krzyk jest po prostu dobry; człowiek powinien mieć okazję, żeby sobie pokrzyczeć. 

PLAYBOY: Wszystko jedno, co wykrzykuje? 

KORA: Krzyk to krzyk. Nieartykułowany wrzask, rytualne wycie. 

PLAYBOY: Mówisz, że lubisz drzewa, bo jest w nich zaklęty czas... 

KORA: Kocham stare meble, kocham starych ludzi (jeżeli na to zasługują, oczywiście), bo sam ich wiek jest dla mnie fascynujący. A drzewa? Kocham je, bo są piękne. Po prostu. 

PLAYBOY: Jesteś estetką. 

KORA: I higienistką! W Krakowie mieszkam w starej przedwojennej kamienicy. Kiedy tam ostatnio pojechałam, zastałam dom taki zapuszczony, że myślałam, że się rozpłaczę. Cierpię, kiedy jest brudno. A Polacy są takim brudnym, spoconym narodem. Każdemu śmierdzi z buzi, po prostu nie można z człowiekiem rozmawiać. Gdzie są te kobiety, które mają kształtować mężczyzn? Jak one się godzą na to, żeby je całować? Nie rozumiem, jak oni się kochają, jak wchodzą do łóżka? Jak oni to robią? To ma być miłość? Seks? 

PLAYBOY: Twierdzisz, że nigdy nie zgodzisz się na to, aby ktokolwiek, kiedykolwiek, cokolwiek ci kazał. Dowiodłaś tego, nie zgadzając się w 1981 roku na występ w Sali Kongresowej dla pierwszych sekretarzy krajów demokracji ludowej. Kiedy zaproponowano ten występ Maanamowi i okazało się, że jest to nie tyle propozycja, co szantaż, postawiłaś się, odmówiłaś i w tym momencie zapadł wyrok śmierci na Maanam. Tak było? 

KORA: Tak było. 

PLAYBOY: Czy koledzy z zespołu nie mieli do ciebie o to pretensji? 

KORA: Wydaje mi się, że to w pewnym stopniu przyczyniło się do rozpadu Maanamu, to był wielki stres. Dla muzyka racją bytu było grać, a ta sytuacja pozbawiała ich zarobków7. Represje były na szczęście krótkotrwałe, ale strach ogromny. 

PLAYBOY: Jak do tego doszło? Kto ci złożył propozycję? 

KORA: Władza złożyła tę propozycję naszym managerom (lisowi i kotu z Pinokia - tak by można określić te dwa zakapiory), Górskiemu i Roszczukowi. Oni już dawniej wymyślili sobie, że za mało im triumfów na polskim rynku i chcieli wejść jeszcze na olbrzymi rynek radziecki. Ponieważ byliśmy zespołem dość rewolucyjnym, Rosjanie nas nie wpuszczali. Obaj panowie wymyślili sobie, że gdybym się zgodziła na występ przed oficjelami, to otworzyłabym drzwi na rynek radziecki. Ale podbicie tego rynku nigdy nie było moją ambicją! Ten szantaż to było coś takiego, jakby się ktoś na mnie, za przeproszeniem, wyrzygał. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to żeby się na mnie wysikać, ale już na pewno nie wyrzygać. Po prostu nie dopuszczę! Nawet za cenę odebrania mi źródła dochodów. Dwoje dzieci na utrzymaniu, a ja zostałam z niczym. 

PLAYBOY: Pieniądze, które zarabiałaś w Maanamie, były małe? 

KORA: Małe, ponieważ nie sprzedawaliśmy tylu płyt, ile było zamówień, nie starczało masy do ich produkcji. Dzisiaj, gdybym nagle miała zamówienie na półtora miliona sztuk płyty Łóżko, to wszyscy by chyba z radości posiwieli. A wtedy rzeczywistość była inna, nie było masy! Oczywiście, do tego dochodziła kulawca gospodarka z naszej strony, bo my z Markiem totalnie nie mieliśmy głowy do interesów, byliśmy potwornie zmęczeni i nie umieliśmy obracać pieniędzmi. W porównaniu z normalnym człowiekiem to, oczywiście, zarabialiśmy dobrze, ale wtedy jednak nie stać mnie było na przykład na kupno auta, a dzisiaj mnie stać, choć gram w ciągu roku tyle koncertów, ile grałam wtedy w ciągu miesiąca. Wniosek z tego, że ktoś te pieniądze brał, ale nie ja. 

PLAYBOY: Co miałaś na myśli mówiąc, że całe zło na świecie rodzi się z niemożności porozumienia? 

KORA: Taką miałam ideę, kiedy byłam młoda, chodziłam do szkoły i pewnie dzięki swojej wrażliwości, ale też ćpaniu fermetrazyny, która podnosi niesłychanie wrażliwość człowieka, wydawało mi się, że można zaradzić niemożności porozumienia się między ludźmi, tłumacząc im pewne sprawy. Jestem - dajmy na to - rasistką, bo tak mnie wychowano w domu albo uległam takiej modzie. Jestem agresywna, szukam przeciwnika, ale jeśli znajdę kogoś mądrego, kto przedstawi mi jakiegoś cudownego Murzyna, spojrzę na ten problem inaczej. To dotyczy także nienawiści do Żydów, mahometan, gejów, lesbijek, no kogo jeszcze można nienawidzić? Ja nienawidzę brudasów, głupków, ludzi złych, którzy nie potrafią wykonywać swojej pracy, leniwych, szkodzących innym, bezinteresownie źle mówiących o drugich, pieniaczy. Tak, mogę powiedzieć, że ich nienawidzę. Cała reszta tworzy różnorodność świata, a to mnie najbardziej w nim pociąga. Na moim przyjęciu ma prawo być każdy: mahometanin. Żyd, sto gejów i lesbijek, jeśli mają rozum i serce. Oczywiści, każdy ma prawo mówić co chce w domowym zaciszu, ale kiedy nietolerancyjne poglądy wypowiada ktoś, za kim stoi władza, na przykład kościół katolicki, to mi się wtedy otwiera nóż w kieszeni i mam ochotę wrzeszczeć. 

PLAYBOY: Więc co zrobić, żeby się porozumieć? 

KORA: Ucywilizować człowieka. Dlaczego na przykład w Stanach Zjednoczonych wszyscy jakoś koegzystują? Polska przed wojną też była państwem różnorodnym: etnicznie, kulturowo, językowo i religijnie. Po wojnie przez unifikację, przez komunę, przez brak jakiegokolwiek wyjścia na zewnątrz ulegliśmy zacofaniu. Ludzie spotykali się ciągle w tym samym gronie. Jeśli to była restauracja, to z reguły knajpa hotelowa, najgorsza rzecz na świecie: z okropnym dancingiem, pseudostriptizem, z paskudną muzyką. Nie było prawdziwych kulturotwórczych kawiarni. To, co uczy najbardziej, to zwykłe codzienne kontakty; to, że stykam się z tym człowiekiem, że jestem z nim na jednym party, w jednym klubie. Ten jest czarny, tamten żółty, o tej mówią, że się całuje z dziewczyną, ten sypia z takim, a tamten to kompletnie w nic nie wierzy. Mnie to nie przeszkadza. Spotykamy się i okazuje się, że wszyscy zachwyciliśmy się tym samym filmem, albo wszyscy kochamy książki Octavio Paza, a przynajmniej trzy czwarte z nas. To jest jakaś identyfikacja - nie o to chodzi, żeby się bić, tylko znaleźć to, co jest wspólne. Wspólnie kochamy się kąpać, to idziemy się kąpać. Wspólnie kochamy pewien rodzaj muzyki, to nie będę na siłę grała innych. płyt na przyjęciu. To jest ów osławiony dziś consensus. Powinniśmy tego uczyć tych, którzy są większością narodu, tą masą. Gdyby oni byli wrażliwi piękno, nie bałabym się z nimi obcować. Izolacja jest przymusem. 

PLAYBOY: Kiedyś powiedziałaś, że I mil jest twoim drugim skrzydłem i jest tak nadal? 

KORA: Niewątpliwie jest. Jesteśmy t lat razem. Kamil to po prostu cud człowiek. To się bierze z jego uczuć wolności i jego umysłowości. Kamil nieś chanie kocha, czyta, jest wykształcony wrażliwy, dowcipny. I nigdy nie j patetyczny. Nie znoszę patetyczny demagogów. Dzięki temu, że jest ^ kształcony - gdzie uderzysz, zaraz jest odzew. Ciekawie jest żyć z takim człowiekiem. Kocha naturę, robi trud rzeczy, takie jak prowadzenie całej księgowości naszej firmy KAMILING, a przy tym znajduje czas, żeby czytać, interesować się polityką, się rozwijać. Ostatnio nie mogę spotykać się z ludźmi, bo po prostu nie mam o czym z nimi rozmawiać. Ewentualnie o kinie, to za mało, bo kino to bardzo krótkotrwała przyjemność, rząd z niej coś wynika naprawdę. Takie filmy jak Underground zdarzją się raz na nie wiem, ile. Najgorsze jest to, że ludzie nie czyta Przynajmniej ci z mojego otoczenia. Jedyna osoba, która mi została do rozmowy o książkach, to Kamil. A przecież człowiekowi bez słowa nie istnieje! Jak można nie czytać? Nie robić czegoś, jest tak ludzkie i tylko dla człowieka? Wszystkie stworzenia słyszą i widzą, ale nie czytają. Czy kaczka czyta? 

PLAYBOY: Jak widzisz siebie za pięć lat, w dwudziestym pierwszym wieku? 

KORA: Tak daleko naprzód nie patrzę. Oczywiście myślę o przyszłości, ale bardziej w kontekście moich dzieci, żeby nie zaginęły. Bardziej niepokoi mnie, co się stanie z tym światem. Bez przerwy się mówi ekologii a więcej się mówi niż robi. Myślę także, chciałabym wyglądać estetycznie. Co nie znaczy, że boję zmarszczek. Nie chciałabym być dla nikogo ciężarem ani człowiekiem złośliwym, złym. 

PLAYBOY: Która z piosenek na nowej płycie Łóżko jest dla Ciebie najważniejsza? 

KORA: Myślę, że właśnie Łóżko. Są w domu takie dwa przedmioty obszary zarazem, dzięki którym człowiek odczuwa swój byt i istnienie: łóżko i stół. Coś, czego się najbardziej boję i czego najbardziej współczuję innym, to samotność w łóżku (jeżeli nie jest wyborem) i samotność przy stole. 

PLAYBOY: Łóżko ma dla ciebie znaczenie egzystencjalne raczej praktyczne? 

KORA: Wszystko się dzieje w łóżku - narodziny i śmierć, rozkosz ból i sny. To jest przestrzeń mi najbliższa, obszar magiczny. 

Rozmawiał: Tomasz Raczek

 
  

powrót