"PEWNEGO RODZAJU RYZYKO" METAMORFOZY
Magazyn Rockowy nie tylko o muzyce "BRUM", Nr 6 (20) Czerwiec 1995 

Nie wielu z Was pamięta początek lat 80. Był to okres jak mawia KORA "piosenek o motylku, który zapyla". Równie niewielu może sobie wyobrazić szok jaki wywołało "Buenos Aires" (Opole'80) w Jej energetycznej interpretacji i ... aplauz, dziś nie mający sobie równego, w przypadku inne rockowej grupy (biorąc pod uwagę zróżnicowaną, również wiekowo i "przystosowaną" do innego rodzaju opolską publiczność, dla której MAANAM bisował 10 razy!!!). Jeszcze mniej z Was wie o tym, że pierwszy skład zespołu był akustycznym triem: 2 długowłosych gitarzystów i wówczas jeszcze hippie solistka ... "Wszystko się wtedy rodziło, zmieniało, powstawało - wspomina początki grupy KORA - dotyczyło to również mojego image'u. Bez przerwy podejmowaliśmy pewnego rodzaju ryzyko...". 

A propos ryzyka. MAANAM to chyba jedyna w naszym kraju grupa, do której nikt nie ma pretensji o "zdradę" muzyki i stylistyki punk... Przyznacie sami, że w przypadku tej niezależnie i tak harmonijnie pod względem muzycznym, rozwijającej się formacji, byłoby to po prostu śmieszne... 

"STOJĘ, STOJĘ, CZUJĘ SIĘ ŚWIETNIE" 

Brum: Zawsze podkreślasz, że Ty i Marek w sensie twórczym stanowicie jedność, że MAANAM dotarł do ludzi zarówno poprzez muzykę, jak i słowa. Dla wielu, tak uważamy, ogromne znaczenie miała również Twoja osobowość i styl interpretacji, który zaproponowałaś. Jak to się stało, że zaczęłaś śpiewać w MAANAMIE? 

KORA: Pewnego dnia postanowiliśmy z Markiem, że przeprowadzimy się z Krakowa do Warszawy... poznaliśmy wtedy mnóstwo ludzi, odnowiło się kilka znajomości m.in. z MILO KURTUSEM, wytworzyła się świetna, twórcza atmosfera... wtedy spróbowałam dopełnić ich muzykę (w charakterze podobną do tego co robił OSSJAN) ale tylko na zasadzie wspólnej zabawy, uczestnictwa w czymś, co powstawało w danej chwili. Dopiero kiedy poznaliśmy JOHNA PORTERA i powstało coś na kształt zespołu, zaczęłam śpiewać naprawdę, tzn. poczułam, że to jest moje. Słuchałam wtedy dużo muzyki punkowej, SEX PISTOLS, WIRE, później SIOUXSIE &BANSHEE'S. Wcześniej JEFFERSON AIRPLAINE, STARSHIP i przede wszystkim GREACE SLICK. Do dziś z przyjemnością wracam do LIDII LUNCH, NINY SIMON, EDITH PIAF, EDDIE BRICKELL czy EWY DEMARCZYK. Pierwszymi tekstami, które interpretowałam były utwory KAMILA SIPOWICZA ("Derwisz", "Jest taka pora", "Odlot"). 

B: Od samego początku publiczność uważała Was z zjawisko wyjątkowe na naszej scenie muzycznej, jednak to PORTEROWI, nie Wam udało się nagrać materiał i wydać płytę... 

KORA: Rzeczywiście decydenci z "Polskich Nagrań" czy "Tonpressu" interesowali się nami, ale głównie chodziło im o JOHNA. Ja byłam 

ABSOLUTNIE NIE DO ZAAKCEPTOWANIA 

PORTER poczuł się silny i założył swój BAND., a my... w Lubaniu zagraliśmy nasz pierwszy koncert, już w klasycznym, rockowym składzie. Nie wiem jak to się stało bo śpiewałam nie znając w ogóle nowych muzyków i nowych "elektrycznych" aranżacji, ale koncert wypadł fenomenalnie. Potem spędziliśmy wiele czasu na próbach, aby taki efekt powtórzyć.. Tak się zaczęło. Własnym kosztem w katowickim studio nagraliśmy kilka utworów. Wkrótce potem, dzięki pani TERESIE KOWIŃSKIEJ z radiowej "3", "Hamleta" i "Blues Kory" znała już cała Polska. Zaczęłam śpiewać to co sama napisałam i okazało się, że ludzi to porwało... Moim, chyba najbardziej awangardowym w całej naszej dyskografii, i zarazem pierwszym tekstem, było: "Stoję, stoję". Mimo tego, że nikt nie potrafił go zinterpretować, ludzie szaleli za tym kawałkiem. To była zupełnie nowa forma... (wyleciała facetka, ogolona na zapałkę i zamiast wykonać coś rzewnego, śpiewała przez pięć minut, że "stoi... nie może siedzieć, nie może leżeć i ... czuje się świetnie"), autoironiczny tekst, trochę zaprawiony sarkazmem i poparty dynamiczną interpretacją. Repetycje i ekspresja jaką wprowadziłam na nasza ówczesną scenę szokowały... To był tekst odzwierciedlający naszą sytuację polityczną i nie chodziło tu o stanie w kolejce, chociaż MAREK często zapowiadając ten kawałek mówił: "Stoję, stoję i nawet kawałka sera nie ma tera", ale o coś, co dzisiaj staram się w swoich tekstach przekazać, mianowicie: 

OPTYMIZM 

B: Twoje liryczne teksty stały się nie tylko wzorem rockowej poezji, ale również czymś w rodzaju młodzieżowych prawd absolutnych. Czy pisząc nie czułaś pewnej odpowiedzialności? 

KORA: W piosence nie powinno być zbędnych słów i to jest moja prawda absolutna. Tylko o to dbałam. Ludzie mogli każdy tekst interpretować na swój sposób, nigdy nie pisałam wprost. Słowa miały swoją symbolikę, a symbolika jest wieloznaczna. Do dziś jestem z nich zadowolona. 

B: Niemal od pierwszego momentu kiedy pojawiłaś się na scenie we wszystkich plebiscytach, podsumowaniach uznawano Cię za polską wokalistkę nr 1. Myślisz, że rzeczywiście byłaś najlepsza, czy po prostu nie było konkurencji? 

KORA: Myślę, że wszystkie wyróżnienia nie wynikały z jakiś globalnych analiz. Były raczej wynikiem naszej niesłychanej popularności. 

KAMIL: Trudno to sobie dziś wyobrazić, ale wtedy MAANAM był jedynym rockowym bandem w Polsce. Dopiero później pojawili się następni. Mówiono, że KORA była najlepsza. Absurd! Była 

PO PROSTU JEDYNA 

B: Twój specyficzny, zmienny image był dla wielu osób mocno kontrowersyjny. Chodziło Ci o podkreślenie ekspresji czy może chciałaś szokować? 

KORA: Jedno nie wyklucza drugiego. Moje teksty, interpretacja, ruch sceniczny i image długo odstraszały firmy fonograficzne. Wielu notabli nie akceptowało mojego głosu, ruchu... w ogóle mojej osoby. A ludzie... dla nich 

BYLIŚMY OBJAWIENIEM 

Nigdy nie zastanawiałam się nad tym, "Jak by tu dzisiaj zaszokować". Aktorstwo przychodzi dopiero z czasem, kiedy masz już pewien grunt pod nogami i możesz coś kreować. Miałam różne dziwaczne pomysły np.: kiedy się ostrzygłam. Nawet wtedy nie chodziło o szok. Ten oszczędny styl na scenie to była wyłącznie kwestia osobowości. Nikt mi nigdy niczego nie narzucał. Wszystko co robiłam wynikało ze mnie. 

B: Jak wspominasz nagrywanie Waszej pierwszej płyty? 

KORA: Niesamowicie! To była profesjonalna sesja z ANDRZEJEM PONIATOWSKIM. Wspaniała postać! Inteligentny, doskonale czujący to co robi człowiek. Bawiliśmy się świetnie, były np. zakłady czy zaśpiewam "Oddech szczura"... Po tych nagraniach wydawało nam się, że teraz możemy się spokojnie położyć i... umrzeć. Byliśmy dorosłymi ludźmi, a reagowaliśmy jak dzieci. Studio jest dla mnie miejscem, które wyzwala wielkie emocje. Nagrywanie nie jest sytuacją sztampową! To zawsze swego rodzaju wielka niewiadoma i zawsze mam tremę. Jestem osobą niezwykle spontaniczną, a studio wymaga ogromnej dyscypliny, jest intymne i trudne... Chyba właśnie dlatego to, co robię na scenie, tak różni się od moich nagrań. 

B: Druga płyta "O!" przedstawia już zupełnie inny, jakby bardziej zróżnicowany MAANAM... 

KORA: Tę płytę wspominam najgorzej. Nagrywaliśmy ją tuż po ogłoszeniu Stanu Wojennego, kiedy z kondycją bywało różnie. Zima, totalne zaciemnienie, patrole co pięć metrów... MAREK, będąc wówczas moim mężem, nie mógł mieszkać w domu, bo nie miał meldunku! Nie było taksówek i do domu odwoziły mnie patrole. To była prawdziwa huśtawka emocji: od euforii do depresji, od depresji do euforii. O dziwo płyta okazała się największym sukcesem komercyjnym w historii MAANAMU. Półtora miliona zamówionych egzemplarzy!!! Mimo to z "O!" utożsamiam się najmniej. 

JEST TAKA RÓŻNA I ... TAKA DZIWNA 

B: W roku 1984 Wasze piosenki zostały zdjęte z anteny radiowej. Dlaczego? 

KORA: To było takie przeciąganie liny, na zasadzie "Kto jest silniejszy". Oni chcieli udowodnić, że mogą czegoś zakazać i udało im się. Jasne, że zdarzały nam się jakieś przygody, ale ja zawsze patrzyłam na to od strony humorystycznej. Przecież np. ... "Parada słoni" to utwór autentycznie o słoniach... Pewnie, że można go różnie interpretować... nie zmienia to jednak stanu rzeczy! Tymczasem cenzor odczytał te 

SŁONIE JAKO ROSYJSKIE CZOŁGI 

Bo akurat wtedy Rosjanie napadli na Afganistan. 

KAMIL: Wychodziły z ludzi straszne rzeczy. Tak naprawdę większość dziennikarzy wcale nie miała zakazu pisania o MAANAMIE. Nie pisali sami z siebie i to było najgorsze. Niektóre zespoły właśnie cenzurą usprawiedliwiały swoje rynkowe niepowodzenia w latach 80. Teraz robią z tego legendę, co świadczy raczej o tym, że więcej na cenzurze zyskali niż stracili. 

B: Czy MAANAM to KORA + akompaniament...? 

KORA: Nie, nie sądzę. MAANAM to kapela z wielką siłą. To wspólna praca, bardzo różnych pod wieloma względami, osobowości, doskonale ze sobą współgrających. I to jest fantastyczne!. 

B: Czy ogromna popularność i związane z nią ciśnienia nie spowodowały w efekcie rozpadu zespołu? 

KORA: Na pewno. Na rozpad MAANAMU złożyło się jednak więcej przyczyn. Warunki społeczne, rozprężenie w zespole, 

PRZECIĄŻENIE 

B: W jaki sposób przebiegło Wasze rozstanie? Wstałaś i wyszłaś? 

KORA: Nie mogłam wstać i wyjść, bo mieliśmy wspólne zobowiązania. Postanowiliśmy, że naszym ostatnim koncertem będzie występ w Sali Kongresowej w 1986r. Potem spotykaliśmy się jeszcze, nagraliśmy "Się ściemnia", graliśmy w Niemczech i Anglii (w słynny MARQUEE)... było to jednak tylko realizowanie dawnych umów. MAANAMU, jako takiego, nie było. Nie było tego nastroju, który nas łączył, nie było stałego składu. To się tak mówi, ale MAANAM naprawdę tworzył pewną całość, której nie mogli zastąpić wynajęci muzycy. 

B: Niemniej jednak wielu słuchaczy szczególnie ceni "Się ściemnia" ze względu na jej niesamowity klimat... 

KORA: To tak, jak z naszym pierwszym koncertem - coś takiego może się zdarzyć tylko raz! Dwukrotnie podchodziliśmy do nagrania tej płyty. Podczas pierwszej sesji, po raz pierwszy, zdarzyło mi się wyjść ze studia i powiedzieć, że nie będę nagrywać, jeśli wszystko nie ułoży się tak, jak trzeba. Jasne, że 

MROCZNY KLIMAT 

płyty działa na ludzi. Ludzie lubią się bać, lubią dramaty. Ale na dramatach nie można budować całego życia... 

B: Czy po rozpadzie zespołu poczułaś coś w rodzaju ulgi? 

KORA: Z jednej strony tak, z drugiej jednak była to wielka rozpacz - nie mogłam robić tego co chciałam. Ja tu odpowiadam, wy słuchacie, ludzie czytają... ale to wszystko ma zupełnie inny, niewypowiedziany sens. Pozostaje gdzieś poza słowami... 

B: Z czyjej inicjatywy spotkaliście się ponownie? Mogłabyś przypomnieć kulisy reaktywowania MAANAMU? 

KORA: Przeprowadziłam się do Warszawy, mieszkałam już z Kamilem i moim młodszym synem, kiedy różni ludzie zaczęli dzwonić ze Stanów, mówiąc, że jest zapotrzebowanie na naszą muzykę. Ponieważ nie było zespołu, proponowali żebym przyjechała sama, co ze względów etycznych było dla mnie nie do przyjęcia. MAANAM był i jest czymś zapisanym w osoby i imiona. Zadzwoniłam do MARKA, powiedziałam o propozycji. Chociaż nie było możliwe reaktywowanie zespołu w oryginalnym składzie, MAREK szybko zebrał innych muzyków i pojechaliśmy. Po powrocie - mimo, że skład się sprawdził - zadecydowaliśmy, że nie będziemy grali z innymi ludźmi, bo to nie to samo. Minęło trochę czasu, zaczęliśmy koncertować. Wszyscy myśleli, że będzie jak dawniej, ale to już były inne czasy. W sensie kulturowym nie działo się nic. Granie dużych imprez nie sprawdzało się. Nie mając finansów, w małym olsztyńskim studio, nagraliśmy piękną płytę "Derwisz i Anioł". Wszystko jakby zaczęło się od nowa. Powoli, ciężką pracą dochodziliśmy do tego co mamy teraz. Samo nasze zejście się było bardzo naturalne. 

NIKT NIKOGO NIE POGANIAŁ 

B: Nowa muzyka MAANAMU - bardziej osobista, spokojna, kołysząca - zdecydowanie różni się od Waszych wcześniejszych dokonań. Czy z racji wieku "krzyczenie" zostawiliście młodszym? 

KORA: Odkrycie naszej drugiej, lirycznej strony też było potrzebne. Jeśli byłoby inaczej, to czy ludzie tak szaleliby słysząc "Wyjątkowo zimny maj"? Poza tym nie wydaje mi się, żeby nasza muzyka straciła "zęby" - wystarczy posłuchać "Róży". Kiedyś było może więcej patosu. Słuchając "Nocnego Patrolu" wyczuwasz dramat i napięcie bijące z tekstów, a przecież na płycie jest mało krzyku. Pamiętasz, kojarzysz te sytuacje i dreszcze tak samo jak wówczas chodzą ci po plecach. Dzisiaj są pewne różnice w formie, ale autentyczność naszej muzyki pozostała zachowana. 

B: Czy zespół w tak komfortowych warunkach, bez napięć zewnętrznych, stać będzie na nagranie takiego arcydzieła jak choćby "Nocny Patrol"? 

KORA: MAREK twierdzi, że taką płytę dopiero nagramy... ale On zawsze patrzy w przyszłość. Ja mogę powiedzieć "być może". Moja głowa iskrzy teraz dużo bardziej niż przed "Różą" i pomysłów mam mnóstwo. 

B: Jak myślisz na czym polega Wasz fenomen? 

KORA: Nie wiem, naprawdę nie wiem jak po raz n-ty na takie pytanie odpowiadają ROLLING STONESI... (śmieje się) 

B: Pięknie dziękujemy za cierpliwość i wyrozumiałość! 

Z KORĄ i KAMILEM spotkali się Kowalczyk & W. Wysocki
Dobry duszek: Anitka (bez ciebie umieramy) Bartosik

 
  

powrót