Kora i Marek Jackowski
Prawdziwa miłość nigdy nie umiera
(Na Żywo, Nr 20, 02.09.2005)



Kiedyś byli małżeństwem. Potem nie chcieli o sobie słyszeć. Minęło jednak kilka lat, emocje opadły i na nowo się zaprzyjaźnili. Razem pracują i mówią, że już na zawsze pozostaną dla siebie rodziną.
Olga Jackowska, czyli Kora, i Marek Jackowski. Przez trzynaście lat wiedli wspólne życie jako mąż i żona. Różnie bywało. Odchodzili od siebie i wracali. Nawet gdy już wzięli rozwód. Ale w końcu rozeszli się na dobre. Dla nikogo nie było to proste. Nam po raz pierwszy opowiadają o tych czasach.

Stara miłość nie rdzewieje?
Kora: Moim zdaniem ludzie, którzy kiedyś się kochali, tak naprawdę nigdy nie przestaną się kochać. Ale mogą nie chcieć być razem.

Co sprawia, że ludzie już nie chcą być razem?
Kora: Kiedy braliśmy z Markiem ślub, byłam bardzo młoda. I nie zrobiłam tego z wielkiej miłości ani dlatego, że pojawiło się dziecko. Nie – ja to zrobiłam po prostu z ciekawości. Trochę też dlatego, że byłam samotna, bezdomna. Marek wydawał mi się bardzo silny. Byłam pewna, że on z pewnością wie, czego chce od życia. Nie dawałam mu prawa do słabości. A kiedy okazało się, że jak każdy człowiek je posiada, poczułam się rozczarowana. Dzisiaj wiem, że ludzie, nim się ze sobą na stałe zwiążą, powinni się dobrze poznać. To dziwne, że w świeci, w którym na wszystko trzeba mieć licencję, nikt nie wymaga jej od młodych ludzi, gdy chodzi o bycie żoną, mężem, a przede wszystkim rodzicem.

Ludzie rozbijają się przede wszystkim o rafy codziennego życia?
Kora: Naturalnie. To jest problem stary jak świat, ale kiedyś było łatwiej, bo istniały wielopokoleniowe rodziny.

A Wy byliście skazani na samych siebie?
Kora: Oczywiście. W dodatku żyliśmy w systemie komunizmu, który niczego nie zapewniał, wszystko było aformiczne, rozedrgane. W pewnym momencie staliśmy się nawet bezdomni.
Marek: Tak się stało, gdy na świat przyszedł nasz syn Mateusz. Mieszkaliśmy w Krakowie i mimo że byłem postacią znaną, okazało się, że dziecko to wielki problem i nikt nam nie chciał wynająć mieszkania.

Niejeden by się załamał...
Kora: My byliśmy młodzi, potrafiliśmy cieszyć się życiem. Poza tym to były czasy pt. pomysłowy Dobromir. Gdy mieszkaliśmy w domu przeznaczonym do rozbiórki, sami uruchomiliśmy piece, prąd, oczywiście na lewo. Mało tego, okazało się, że jestem wynalazcą, bo mieliśmy pralkę, ale nie mieliśmy ciepłej wody. Przepuszczałam więc zimną wodę przez tę pralkę, wlewałam do wanny i dzieci mogły się wykąpać.

Naprawdę nigdy nie opadały Pani ręce?
Kora: Skąd, ja te czasy fantastycznie wspominam! Wystarczała nam kromka chleba, oliwa, zielona herbata, ryż. Nie pieniądze się liczyły, lecz to, co kto ma w głowie, jaki ma stosunek do życia. Większość naszych przyjaciół też nie miała pieniędzy. Żyliśmy jak nomadzi. Nasze dziecko często spało w wannie, a nawet w szufladzie (śmiech). Poza tym koncerty też nam urozmaicały życie.

Maanam zmienił na zawsze polską scenę muzyczną. Osiągnęliście nieprawdopodobny sukces. Ale każdy sukces ma swoje blaski i cienie...
Marek: Dla nas taką ceną były rozstania z dziećmi.
Kora: W dodatku nim znaleźliśmy opiekunkę z prawdziwego zdarzenia, naszymi dziećmi zajmowały się jakieś koszmarne kobiety. Jedna z nich była wręcz psychopatką. Nie zorientowaliśmy się od razu, bo była to osoba z polecenia, która sprawiała bardzo dobre wrażenie: była czysta, inteligentna, utrzymywała dom w idealnym stanie, potrafiła gotować. Za każdym razem, gdy wracaliśmy z koncertów, dzieci płakały i skarżyły się nam, że ona je psychicznie molestuje. Ale myśleliśmy, że konfabulują, bo za nami tęskniły. Dopiero gdy pewnego dnia stanęliśmy pod drzwiami i usłyszeliśmy, jak brutalnym językiem się ona do nich zwraca – zrozumieliśmy, że mamy do czynienia z kimś o dwoistej osobowości, jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Dotarło do nas, w jak strasznym napięciu żyli podczas naszej nieobecności synowie. Ale nie ma co rozdzierać szat, bo tak naprawdę człowiek buduje się i z dobrego, i ze złego.
Marek: Ciągłe rozstania z dziećmi, notoryczna tęsknota to chyba największa cena, jaką się płaci w tym zawodzie. Koszmarnie to wspominam.
Kora: Żeby połączyć wtedy to życie z domem trzeba by było być chyba jednocześnie wielkim filozofem i oświeconym świętym Franciszkiem. Ale ludzie tacy jak Marek czy ja, którzy są urodzonymi muzykami i kochają to, co robią, nie mają wyjścia. Ten zawód wręcz uzależnia.
Marek: Ale wyzwala także wielki stres, między ludźmi są tarcia.

Gdzieś przeczytałam, że Państwo nawet się bili.
Kora: Pani chyba żartuje. Jak Marek mógłby mnie uderzyć? To były przepychanki, rodzaj szamotania. Ludziom się wydaje, że to nic wielkiego wyjść i zaśpiewać na scenie. Ale nie zdają sobie sprawy, czym to jest okupione. Gdy Maanam był u szczytu popularności, graliśmy po dwa koncerty dziennie, często przez 25 dni non stop. Do hotelu przyjeżdżaliśmy w nocy. A tam nie było nic, nawet wody mineralnej.

Za to alkohol lał się strumieniami?
Kora: Tak. Jedynym miejscem, do którego można było pójść, był tak zwany dołek. Tam wiadomo: kurwy, cinkciarze i wódka. Ja nigdy nie korzystałam z dołka, bo wracałam śmiertelnie zmęczona, a poza tym jestem antyalkoholowa, ale Marek i reszta zespołu właśnie tak odreagowywali.

Pani to nie przeszkadzało?
Kora: Gdy byłam mała, a moi bracia pili, to miałam do alkoholu jednoznaczny stosunek. Nienawidziłam ludzi, którzy pili. Swoim braciom życzyłam, żeby wpadli pod tramwaj, jak będą wracali do domu. To było moje permanentne życzenie. Bo gdyby pijąc niszczyli tylko siebie, to pal sześć. W końcu każdy jest panem swego losu i jeśli ma ochotę, to może się wieszać, truć, skakać pod pociąg. Ale pijak zamienia w piekło także życie ludzi ze swojego otoczenia. Tak myślałam. Z czasem mój stosunek do alkoholu powoli się zmieniał. Zrozumiałam, że to jest choroba. Środowisko artystyczne, które tak uwielbiałam, było nią skażone przynajmniej w 60 procentach.

I mimo, że wiedziała Pani, jak to się zwykle kończy, nie oponowała Pani?
Kora: Nie wszyscy zostają alkoholikami. Wychodzę z założenia, że trochę trucizny jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Na początku oni się w ten sposób rozluźniali. Alkohol pozwalał im się poczuć dobrze z sobą samym. Ale w pewnym momencie przestałam to ogarniać, kompromisy, na które szłam były coraz większe. Taki tryb życia dokonał w nas wielkiego spustoszenia. I wiedziałam, że muszę coś zrobić, bo jeśli nie, to dojdzie do tragedii. I dlatego w 1985 roku podjęłam drastyczną decyzję o rozwiązaniu Maanamu.

I tak zaczął się nowy etap w życiu. Lepszy?
Kora: Z dnia na dzień zostaliśmy wszyscy bez środków do życia. Wtedy żyło się tylko z koncertów. Odchorowałam to, właściwie przez dwa lata miałam depresję. Zdołałam z niej wyjść tylko dzięki moim synom i masażyście. Jednak z czasem okazało się, że wszystkim nam to wyszło na dobre. Bo musieliśmy się rozejrzeć wokół siebie, zobaczyć, w jakim tak naprawdę jesteśmy miejscu życia. I tak Marek poszedł swoją drogą, nasz perkusista znalazł żonę, naszemu gitarzyście urodziło się dziecko. Wszyscy dojrzeliśmy psychicznie, życiowo. Nauczyliśmy się, jak do tego zawodu należy podchodzić.

Panie Marku, a Pan jak to zniósł?
Marek: Tytuł płyty „Sie ściemnia” , którą nagraliśmy z Korą i muzykami sesyjnymi, jest znamienny. Życie bywa bardzo ciężkie i czasem boli. Ja przede wszystkim musiałem wyjść ze swojej jazdy alkoholowej. I to okazało się bardzo trudne. Bo póki człowiek ratuje się alkoholem, to nie ma problemu. On się pojawia dopiero, gdy postanawia się z tym skończyć. Cena jest poważna i, mówiąc krótko, nie wiadomo kto przeżyje, a kto nie. To jest 50 na 50 procent. Ja miałem to szczęście, że znalazłem się wśród tych, który ocaleli.
Kora: To, że tutaj siedzimy, że to wszystko przeżyliśmy, naprawdę należy rozpatrywać w kategorii cudu.

Jeszcze nim Maanam przestał istnieć, rozpadło się wasze małżeństwo. Co było tego przyczyną?
Marek: Kora jest matką mojego syna, więc na zawsze, w pewnym sensie, pozostaniemy rodziną.
Kora: Nic tak nie szkodzi wspólnemu życiu, jak permanentne przebywanie razem. Istnieje coś takiego, jak zbliżenie i oddalenie. A my byliśmy cały czas razem i to było piekło. Nie mieliśmy szansy zatęsknić za sobą. W trasie byliśmy cały czas razem, a potem wracaliśmy do wspólnego domu. Tymczasem ja mam wręcz patologiczną potrzebę posiadania własnej przestrzeni. Długo dojrzewałam do tej decyzji, ale w końcu ją podjęłam. Dorosłam do determinacji i dokonywania wyborów, choć nie było to łatwe. Ta decyzja także przyczyniła się do mojej depresji. Bo gdy kobieta zostaje sama z dwójką dzieci, to nic nie jest proste. Tym bardziej, gdy jej sytuacja materialna nie jest ustabilizowana. Ale najważniejsze jest to, do czego się dochodzi. Ja na początku odczuwałam lęk, bałam się samodzielności, bo niby byłam zbuntowana, ale jednak zawsze ktoś obok mnie był. Tym razem zaś postanowiłam się zmierzyć sama ze sobą, sprawdzić czy dam sobie radę. Miałam taką wewnętrzną potrzebę, żeby w końcu staną na własnych nogach. I to mnie ocaliło. Bo dzięki temu przestałam dryfować. Zaczęłam robić satysfakcjonujące rzeczy na własny rachunek. I tylko dzięki temu Maanam mógł się znowu zejść.

To rzadkie, żeby ludzie, którzy rozstają się w wielkich emocjach, umieli się potem przyjaźnić i współpracować tak jak Państwo?
Kora: My rozstaliśmy się bez emocji, kompletnie bezboleśnie. Może dlatego, że najpierw zrobiliśmy to na próbę. Gorzej było, gdy nastąpiło definitywne rozstanie. Ale to już jest historia. Z happy endem. Bo obydwoje pozostajemy w szczęśliwych związkach. Marek ma żonę i małe dzieci, ja od 32 lat jestem z tym samym mężczyzną. Wyjątkowym. Takim, który tylko i wyłącznie chce być z jedną kobietą, ze mną. To czyni go szczęśliwym. Na własny użytek ukułam takie zdanie, że miłość mierzy się czasem. To, co najbardziej interesujące i nie łzawe, to to, że z tą drugą osobą idzie się przez życie, przez całe dekady. I my z Kamilem tak idziemy. I może nawet zostaniemy w końcu prawdziwym małżeństwem.

Rozmawiała Anita Nawrocka


 

  

powrót