KORA
Jak się nie starzeć?


Z początkiem lat 80. eksplodowała na estradzie niczym dynamit Jak pantera biegała po scenie i porywała tłumy. Ci, którzy to pamiętają, twierdzą, że dziś jest taka sama.
Kobieta, która ujarzmiła czas.

Gdy wczesnym rankiem spotykamy się w jej domu na warszawskim Żoliborzu, Olga Jackowska-Kora jest już po porannych ćwiczeniach jogi. Medycyna chińska zaleca asany jako wypróbowany sposób na miłe rozpoczęcie dnia. I coś w tym jest, bo mimo zarwanej koncertem nocy, tryska energią. Proponuje rozmowę w ogrodzie, bo chce nacieszyć się ostatnimi promieniami słońca i zielenią, zawsze poprawiającą jej nastrój. Na powitanie częstuje szklanką jabłkowego soku, który, jak ona, nigdy nie wychodzi z mody, za to zawiera cenne dla zdrowia antyutleniacze. - Nie ukrywam swojego wieku - mrużąc oczy, upija mały łyk. - Ma się tyle lat, na ile się zapracuje. Ja już skończyłam 50. Na jej twarzy prawie nie widać zmarszczek. W domowych dżinsach, czarnym T-shircie, bez makijażu, wydaje się drobniejsza, delikatniejsza niż na scenie. Czy naprawdę jest matka dwóch dorosłych synów? Trudno mi w to uwierzyć.

Jest pani kobietą, o której i się mówi, że czas stanął dla niej w miejscu. Jakim cudem pani z nim wygrywa?

Kora: Prawdę mówiąc, nigdy się nie zastanawiałam. Urodę zewnętrzną uważam w życiu za sprawę absolutnie drugorzędną. Prawdziwe piękno to coś, co płynie ze środka, tajemnicza emanacja. która nie ma nic wspólnego z idealnym wyglądem. Braku tego „czegoś" nie można nadrobić ani strojem, ani makijażem. To powinno być naturalne, a nie stworzone w wyniku pracochłonnych zabiegów.

Kosmetyczki, masażyści, prywatni trenerzy - nie warto na nich marnować czasu?

Kora: Tego nie powiedziałam. Lubię wydawać pieniądze na kosmetyki. Odwiedzam też solarium, bo jestem zwierzęciem ciepłolubnym, które potrzebuje słońca, by żyć. Czasami chodzę też na masaże, jak widać, pod wieloma względami jestem typową babą. Z drugiej strony, z racji mojego zawodu, jestem osoba dość specyficzna. Żyję zwyczajnie i niezwyczajnie, a zwariowany tryb życia, kilkugodzinne koncerty zmuszają mnie do pracy nad sobą i fizycznego wysiłku. Muszę mieć kondycję chociażby po to, by uniknąć przykrej zadyszki podczas występu. Z biegiem czasu nic się nie zmienia, na estradzie lubię sobie poszaleć jak dwadzieścia lat temu. Dla przeciwwagi, w domu nie znoszę zajęć aerobowych.

W przyrodzie bilans musi wyjść na zero. Co pani stosuje w zamian?

Kora: Z zamiłowania jestem piechurem. Wysiłek przyjemny, niezbyt forsowny. Z przykrością jednak stwierdzam, że Warszawa, w której mieszkam od wielu lat. zupełnie się do tego nie nadaje. Rozumiem ludzi, którzy szukają szczęścia w dalekich krajach. Miejscem podobnym do raju jest dla mnie Meksyk. Zachwyca nie tylko klimatem i krajobrazem, ale kilometrami pięknych pustych plaż, po których ja, typowy ranny ptaszek, chodziłam godzinami. W Warszawie kondycję fizyczną zapewnia mi trening jogi.

Wolne, nudne, statyczne ćwiczenia jogi działają jak środek nasenny. Trudno uwierzyć, że to one dają pani zastrzyk energii...

Kora: Wyćwiczyłam serię pozycji, od których zwykle zaczynam dzień. Nie ma miejsca, by je opisywać, ale zapewniam, że wcale nie są nudne! Ćwiczę dopiero od trzech lat i nie tak często, jak bym chciała, ale już wiem. że joga to mój świat. Nic innego nie daje mi takiego poczucia harmonii, umiaru, równowagi. Zaraziłam nią całą rzeszę swoich znajomych. Także synowie. Mateusz i Szymon, stali się joginami. To ich antidotum na siedzący tryb życia, bo obaj są grafikami komputerowymi i całe dnie spędzają przed monitorami. Naszą trenerką i niedościgniona mistrzynią jest pani Iwona Ramotowska. Gdy nie jestem w trasie, odwiedza mnie raz, dwa razy w tygodniu. Każdy trening to inne asany, co bardziej mnie cieszy, bo w ten sposób zmuszam do wysiłku różne partie ciała. Iwona jest jedną z nielicznych osób. którym się podporządkowuję, co - muszę przyznać - jest nie lada wyczynem, bo jestem kobietą dość samowolną.

Kobiety po pięćdziesiątce przeważnie tracą poczucie kobiecości. Nie wierzą, że mogą być atrakcyjne, pożądane. A pani?

Kora: Jestem świadoma swojej kobiecości, chociaż nie przypominam diwy, modelki ani innej nadzwyczajnej piękności. Nie ukrywam swojego wieku, bo sobie na niego uczciwie zapracowałam. Może też różnię się od wielu kobiet, bo nie zależy mi na tym, by mieć porażającą urodę. Jestem osobą w miarę estetyczną i ten rodzaj estetyki w sobie lubię. Owszem, stosuje kilka prostych, wypróbowanych sposobów na zdrowe życie: nie obżeram się, z mięsa jem tylko drób, do jadłospisu wprowadziłam zieloną herbatę, zupę miso, orientalne przepisy z algami. To są recepty dla wszystkich dostępne. Człowiek, o ile nie jest zdeformowany przez chorobę, ma moc panowania nad swoim ciałem i procesami starzenia się. Dziś łatwo możemy usunąć zmarszczki, poprawić twarz skalpelem. Ale mężczyźni zwracają wielką uwagę również na to, jak kobieta się porusza. Język ciała jest naszą najlepszą wizytówką, z niego można bezbłędnie odczytać, czy jesteśmy dowartościowane, pewne siebie. Zapewniam, że to ważniejsze niż liftingi.

Podobno po 25. roku życia każdy już bierze odpowiedzialność za swoją twarz. Kora twarzą akurat się nie przejmuje?

Kora: Mam to szczęście, że cerę i wygląd zawdzięczam genom. Wyposażyły mnie we wschodnie, ukraińskie rysy, wysoko sklepione policzki, mocny kościec. Mam się z czego cieszyć, bo ten zestaw odziedziczony po moich przodkach pracuje na moją kobiecość. Zdaniem ekspertów, ten typ urody ładniej się starzeje. Więc siłą rzeczy, w takim sensie, mam ułatwione zadanie. Idealnym kosmetykiem jest jeszcze mój zawód. Mógłby mi zastąpić wizyty w salonie piękności, bo zmusza do pracy wszystkie mięśnie twarzy

Kobieta dojrzała powinna się uśmiechać? Śmiech przecież powoduje bruzdy i zmarszczki mimiczne...

Kora: Nie biorę sobie do serca tych ostrzeżeń. Nie ma nic bardziej interesującego niż kobieta z siateczką drobnych zmarszczek wokół oczu, gdy się śmieje. Ile pieniędzy można przeznaczyć na poprawę urody? Może ona warta jest każdej ceny?
Kora: Pieniądze pomagają żyć, realizować swoje zachcianki i marzenia. Jeśli ktoś chce, może wydać w salonach piękności całą fortunę. Ja z pieniędzy czerpię radość dość umiarkowaną. Nie muszę zarabiać gigantycznych sum, bo nie mam nadzwyczajnych potrzeb. Wszystko u mnie trzyma się w normie, nie jestem nawet zakupoholiczką. Nie zwracam uwagi na metki, nie przepłacam. Humor wolę sobie poprawić dobrą książką. Odkąd w wieku pięciu lat nauczyłam się czytać, na lekturze mogę spędzić nawet pół dnia.

Podoba się pani wizerunek kobiety z amerykańskich bestsellerów -piękna, wychudzona, po botoksie?

Kora: Nie odżegnuję się całkowicie od chirurgii plastycznej. Nie wykluczam, że sama kiedyś zrobię sobie jakąś operację. Choć pewnie nie załatwi mi ona nic oprócz lepszego samopoczucia. Ale ma to sens i widać jest bardzo potrzebne, skoro w Nowym Jorku panie, zamiast na lunch, wyskakują na botoks. Upieram się jednak, że naciągnięta do nieprzyzwoitości twarz-maska niczego nie załatwi, gdy trzeszczą kości i ma się ciężki chód. Twarz i ciało muszą tworzyć jedność, harmonię.

Nigdy nie chciała pani nic poprawić w swojej urodzie?

Kora: Przez całe życie miałam wielka pokusę, żeby poprawić sobie nos. Miał być mniejszy, zgrabniejszy... Korekta nosa nawet przyśniła mi się w nocy. To było nieprawdopodobne, bo zdarzyło się bardzo wiele lat temu. kiedy operacje robiły jedynie gwiazdy z Hollywood. Śniłam, że leżę na sali operacyjnej tuż po zabiegu i w ogóle nie mogę siebie rozpoznać. To był istny koszmar, z którego wyciągnęłam wnioski i na operację już się nie odważyłam. Chciałam też kiedyś założyć sobie aparat na zęby, bo mam tyłozgryz. I też zrezygnowałam, bo boję się ingerencji w naturę. Chociaż lękliwa raczej nie jestem. Lęk jest najgorszym wrogiem człowieka, bo podstępnie ściąga to, czego tak bardzo się boimy.

A samotność? Często jest ona udręką dojrzałych kobiet.

Kora: Jeśli czegoś się boję, to właśnie samotności. Nie potrafię, nie umiem, nie lubię być w życiu sama. Na razie problem mnie nie dotyczy, chociaż zdarzają się chwile, gdy czuję się osamotniona. Najlepszym sposobem na to jest wyjście światu naprzeciw. Znam wiele wdów. Są sympatycznymi paniami w średnim wieku, spotykają się i planują szalone podróże po całej kuli ziemskiej. To nic, że z tych planów przeważnie nic nie wychodzi. Jest wiele możliwości, by wyjść do świata.

Żeby czuć się młodo, trzeba kochać tak, jak pani kocha Kamila?

Kora: Są kobiety, które przy mężczyznach schną, marnieją. Ja, żeby żyć, muszę kwitnąć. Mój związek z Kamilem jest z wielu względów nietypowy. Jesteśmy ze sobą ponad 30 lat. cały czas bez ślubu. Dla mnie - jest związkiem najlepszym. Nie potrafiłabym żyć z kimś, kto tylko wpatruje się we mnie rozmodlonym wzrokiem 24 godziny na dobę. Jestem osobą, która potrzebuje swobody i własnej przestrzeni, w sensie fizycznym. Mam własną sypialnię, łazienkę, garderobę. To świat, do którego nikt nie może wejść. Jako dziecko cały czas marzyłam o własnej przestrzeni. Przez wiele lat wychowywałam się w domu dziecka. Pamiętam, że ciążył mi nie tylko system kontroli, nakazów i zakazów, ale i to, że musiałam spać na sali z dużą grupą innych dziewczynek i z opiekunką zakonnicą. Zero prywatności. Cały czas byłam obserwowana, czego szczerze nienawidzę.

Wraca pani do dramatów dzieciństwa?

Kora: Niechętnie. Nie lubię epatować nieszczęściem. W domu dziecka byłam od 4. do 9. tego roku życia. Jestem dzieckiem starszych rodziców, mama zachorowała na gruźlicę, wyjechała do sanatorium. 60-letni ojciec był człowiekiem nieporadnym życiowo - gdy zabrakło mamy, ja i siostra trafiłyśmy do domu dziecka prowadzonego przez siostry zakonne, a moi bracia, Jerzy i Tadeusz, do domu świeckiego. Były to traumatyczne przeżycia, o których wolałabym zapomnieć. Sprawiają, że do tej pory źle się czuję w tłumie, w grupie.

Z wiekiem przybywa nam mądrości i spokoju?

Kora: Wszyscy mówią, że przybywa, ale nic z tego nie wynika...

Gdyby ktoś wymyślił koktajl na długowieczność, wypiłaby go pani?

Kora: Bałabym się. Byłoby straszne, gdyby człowiek mógł stać się nieśmiertelny. Nie widzę nic złego w tym. że jesteśmy przechodniami na tym świecie. Trudno mi uwierzyć w jakieś drugie życie, chociaż mam nadzieję, że energia po naszym odejściu zostaje w kosmosie. Za tym wszystkim stoi poczucie tajemnicy, niepoznawalnego, ukrytego porządku. Jesteśmy tu na chwilę i to właśnie jest piękne. A co będzie dalej? Nikt nie nie. Ja w każdym razie nie wierzę w reinkarnację. Pies to człowiek, który niedostatecznie się starał? Wystarczy popatrzeć na moją psinkę Ramonę, by dojść do wniosku, że to bzdury. Chce podkreślić, że Raniona to słodka istotka, ulubienica moja i Kamila. Nie wyobrażamy sobie bez niej domu. Ale Ramona to piesek i tyle.

Lubi pani zwierzęta. A ludzi?

Kora: Jestem nimi otoczona, bo taka jest specyfika mojego zawodu. I chyba mam szczęście do ludzi. Doświadczenie życiowe plus duża intuicja powodują, że na pierwszy rzut oka przeważnie wiem, z kim mam do czynienia. Relacje międzyludzkie są dla mnie ważne i staram się budować je z rozwaga. Wielu z moich przyjaciół jest na prawach członka rodziny, ale choć dostrzegam w nich wiele talentów, które sprawdziłyby się we współpracy - intuicja podpowiada mi. że lepiej poprzestać na przyjaźni. Inaczej może się skończyć jedno, a nie wypalić drugie.

A jeśli ludzie się nie sprawdzają, szukamy, jak pani, wsparcia istot pozaziemskich?

Kora: Jestem otoczona aniołami, ich figurki mam w domu w dużych ilościach. Lubię na nie patrzeć, bo działają na mnie jak balsam, promieniują jakimś nieokreślonym bliżej pięknem i dobrocią. Moje życie, odkąd pamiętam, było barwne albo dramatycznie smutne. Na wiele rzeczy nie miałam wpływu, popełniłam też dużo błędów. Buntowałam się, uciekałam z domu, brałam haszysz i marihuanę... Jednak nie modlę się do swojego anioła stróża. W trudnych chwilach zwracam się do mojej matki. Mama nie żyje od kilkudziesięciu lat i chociaż jestem już duża dziewczynką, bardzo mi jej brakuje. Kiedy umiera matka, niezależnie od tego, ile mamy lat, zostajemy sierotami. To sieroctwo to największy ból mojego życia.

Pierwszy raz słyszę, że mówi pani o smutku.

Kora: Ja w ogóle nie jestem szczególnie wesoła. To prawda, staram się dużo uśmiechać, bo to miło wpływa na ludzi. Ale nie jestem już młoda osobą, przeszłam w życiu wiele wzlotów i upadków, nabrałam dystansu do rzeczywistości i staram się go nie tracić. W młodości byłam bardzo emocjonalna i nie godziłam się z wieloma rzeczami. Tej impulsywności strasznie w sobie nie lubiłam i długo pracowałam nad tym. żeby ja zwalczyć. Z satysfakcją stwierdzam, że po części mi się udało, także dzięki jodze. Chociaż nadal zdarzają się sytuacje, kiedy reaguje bardzo emocjonalnie.

Huśtawka nastrojów nie najlepiej chyba wpływa na relacje rodzinne?

Kora: Wybuchy gniewu dotyczą głównie spraw zawodowych. Pracuję pod wielką presją. Jak coś jest nie tak, potrafię krzyknąć, przekląć, tupnąć nogą. Długo wszystko przeżywam, analizuję. Prywatnie potrafię być oazą spokoju. Moi synowie są już dorośli, maja własne mieszkania, a w nich własne życie. Starszy syn ma dziewczynę, z którą chciałby się związać na całe życie. Młodszy, który idzie swoją drogą, raz w górę, raz w dół. Potrzebuje więcej wsparcia. Obaj bardzo wcześnie wyfrunęli z gniazda, na własne życzenie. Jesteśmy bardzo ze sobą związani, umiemy rozmawiać i wspieramy się nawzajem. Kiedy mam mniej koncertów, zwołuję rodzinę na niedzielne obiadki. Fajnie jest czasem pobyć taką zwykłą kurą domowa. W ruch idą wtedy książki kucharskie, różne wymyślne przepisy. A kiedy nie mogą przyjechać, to ja podwożę im obiad. Widujemy się często, bo obaj, jako graficy. aktywnie uczestniczą w moim życiu zawodowym. A ja, niezależnie od ich wieku, chciałabym istnieć w ich życiu jako opoka, wspierająca, dobra mama.

Zastanawia się pani nad sensem życia? Człowiek kreuje swój los, czy to przypadek kreuje człowieka?

Kora: W pewnym sensie wierzę w los. który coś przynosi w darze. I tylko tyle. Bo sami musimy to potem obrobić. Coś przyjmujemy lub odrzucamy. Moje życie, odkąd pamiętam, było barwne albo dramatycznie smutne. Na wiele rzeczy nie miałam wpływu, popełniłam też dużo błędów. Buntowałam się. uciekałam z domu, brałam haszysz i marihuanę, chociaż wiedziałam, że to trucizna. Na szczęście jakoś sobie z tym poradziłam i wszystkich przestrzegam, że to wyjątkowe świństwo. Moje życie ma wiele jasnych stron. Nadal śpiewam, mam nowe propozycje koncertów, na występy MAANAM-u wciąż przychodzi masa ludzi. Gdy robię mały bilans dotychczasowego życia, to chyba wychodzi na zero.

Jak zachować pogodę ducha wobec świadomości przemijania?

Kora: Nie zadręczać się przyszłością - to jest mój sposób na pogodę ducha. Ani przeszłość, ani przyszłość, w sensie emocjonalnym, nie istnieją. Trzeba umieć cieszyć się chwilą, tym co jest, małymi, codziennymi sprawami. Liczymy się my, tu i teraz

W zachowaniu młodości pomaga seks?

Kora: Im dłużej żyję, tym bardziej upewniam się, że apetytu seksualnego, zainteresowania płcią przeciwną niczym nie można zastąpić. Nigdy nie wstydziłam się swojego ciała, chociaż nie odsłaniani go tak sobie, bez powodu, na zawołanie. Szanuje intymność. Seks to energia życiowa, kiedy wygasa, słabnie zainteresowanie życiem. I wcale nie chodzi o to. by dobrze wykonywać konfiguracje seksualne. Pozycje hinduskie, te tysiące kombinacji - to metafora, której nie można brać dosłownie. Jeśli seks bierze się dosłownie, wychodzi masakra.

A komplementy? Ile ich trzeba usłyszeć, żeby czuć się młodo?

Kora: Są bardzo ważne. Nie domagam się od mężczyzny padania przede mną na kolana, wielkich dowodów namiętności. My z Kamilem bardzo się lubimy, lubimy ze sobą rozmawiać, przebywać. On najlepiej wie, że w sytuacjach publicznych, na wszelkich galach, festiwalach, bankietach, bardzo potrzebuję jego bliskości. W domu wystarczy mi sama świadomość, że jest. Kiedy rano powie mi, że dobrze wyglądam, czuję się tak przez cały dzień, nawet w wytartych dżinsach i T-shircie... Co nie znaczy, że jesteśmy chodzącymi ideałami. W każdym związku są problemy, ale trzeba chcieć i umieć je rozwiązywać. Nam się to udaje.

Zadaje sobie pani pytanie - co po mnie zostanie?

Kora: Nie. bo właściwie po co? i Póki jakoś wyglądam i ludzie chcą mnie słuchać, poty będę...

rozmawiała Ewa Tarasiuk

  

powrót