TERAZ ROCK Nr 8, Sierpień 2005

"Coś, co łączyło" - rozmowa z Markiem Jackowskim

Chociaż wydany właśnie boks Maanamu nosi tytuł "Simple Story", historia tego zespołu (i jego sukcesu) nie była wcale taka prosta. O tym, a także o poszczególnych płytach z wspomnianego zestawu mówił mi Marek Jackowski, jak zwykle bardzo sympatyczny i chętny do rozmowy (w ostatniej chwili o godzinę przesunął ustalony termin wywiadu, ale tylko dlatego, że musiał odebrać najmłodszą córkę z przedszkola).

Kto wpadł na pomysł tego niezwykłego wydawnictwa, jakim jest Simple Story?
Pomaton EMI chciał w ten sposób uczcić nasz jubileusz dwudziestopięciolecia. Bo tyle czasu upłynęło od pierwszych nagrań elektrycznego Maanamu. Nie widzimy sensu robienia jakichś specjalnych bankietów czy tego typu historii. Bo i tak jesteśmy cały czas w drodze. Uznaliśmy więc, że pomysł wydania tego boksu, pomysł zainicjowany przez menadżerów i Pomaton EMI, jest OK. 

Wspomniał Pan, że jest to jubileusz Maanamu elektrycznego. Zastanawia mnie jednak, czy istnieją jakieś nagrania tego wcześniejszego, akustycznego składu, z Milo Kurtisem lub z Johnem Porterem?
To jest ważne pytanie, bo w tamtych czasach nikt z nas nie myślał, żeby jakieś nagrania nie ze studia przechowywać... Jednak często ktoś nagrywał występy na magnetofony kasetowe czy szpulowe. Kminek dla dziewczynek (kaseta z 1983 roku - przyp. mk) był nagrany przez Piotra Kaczkowskiego i zaprzyjaźnionego z nim księdza na jakimś Revoxie w Sali Kongresowej. Nawet nie wiedzieliśmy, że to jest nagrywane! Dlatego sam bym chętnie zadał tutaj pytanie, czy ktoś ma jakieś nasze nagrania z tamtych czasów?

Podobno jednak Rozgłośnia Harcerska puszczała nagrania Maanamu jeszcze z Porterem.
Myśmy próbowali sami coś wtedy nagrywać, bo te duże firmy, jak Tonpress czy Polskie Nagrania nie były zainteresowane współpracą z taką kapelą. Bywali na koncertach przedstawiciele różnych firm, ale nic z tego nie wynikało. Wówczas rządziły takie grupy jak Kombi czy Exodus i tego typu granie. Jakieś nowofalowe czy quasi-punkowe poczynania nie były wtedy mile widziane. Więc próbowaliśmy nagrywać na półamatorskim sprzęcie, na przykład w klubach studenckich. Nawet już nie pamiętam gdzie. Chyba coś zarejestrowaliśmy w klubie Pod Przewiązką w Krakowie. Ale gdzie to potem zniknęło - Bóg raczy wiedzieć... Rozgłośnia Harcerska była na tyle alternatywna, że mogła takie nagrania puszczać.

"Elektryczny" Maanam zaczął nagrywać w 1980 roku, a rok wcześniej, pod maanamowym szyldem, duet Jackowski - Kora nagrał cztery piosenki z towarzyszeniem muzyków grupy Dżamble. Skąd ten pomysł?
Już w Krakowie spotykaliśmy się z tym pierwszym właściwym składem zespołu Maanam (bracia Olesińscy i Ryszard Kupidura - przyp. mk), ale oni nie byli jeszcze gotowi, aby wejść do studia i coś nagrać. Nie mieliśmy możliwości zrobienia prób. Natomiast Dżamble to byli muzycy sesyjni najwyższych lotów w tamtym czasie. Więc podjęliśmy z Korą decyzję, że bierzemy ich do studia. I powstały fajne funkowe nagrania. Wtedy wszyscy patrzyli na nas dziwnie. Koncerty w Jaszczurach w Krakowie były istnym trzęsieniem ziemi. Zasiedziałym legendom nie mieściło się w głowie, że może się pojawić taki zespół jak Maanam i że ludzie mogą mieć taki odlot. Doszło do tego, że menadżer Dżambli (Adaś Galas, dzisiaj menadżer Perfectu - przyp. mk) zmiażdżył "niechcący" gitarę, na której grałem! Nie mógł znieść, że grałem na ruskiej "rublówce", takiej małej gitarze akustycznej z jakąś mikroprzystawką, i że robimy taki hałas. Ale to spowodowało, że kupiłem pierwszego Telecastera. Krzysiek Ścierański przywiózł mi go z Berlina i na nim nagrałem pierwszą płytę Maanamu. Oczywiście opowieść o Adasiu Galasie traktujemy jako anegdotę.

Cała Polska zwróciła uwagę na Maanam po występie na festiwalu opolskim w 1980 roku, gdzie wykonaliście "Boskie Buenos". Jak Pan zapamiętał ten występ?
Coś trzeba było robić w tamtych czasach. Wykonaliśmy najbardziej paskudną woltę z możliwych, czyli występ w Opolu. Właściwie to zostaliśmy tam zaproszeni. Ci co nas zaprosili, nie wiedzieli tak do końca, co robią i czym to pachnie. Trafiliśmy do Opola, bo na listach przebojów piosenka "Hamlet" była tuż za Niemenem. I tak się zakończyła pewna epoka w polskim show bussinesie.

Ciekawi mnie, czy wówczas, schodząc z opolskiej sceny, mieliście świadomość, że dokonaliście pewnego przełomu?
W tamtym momencie nie, ale jakąś godzinę po koncercie, już jak byliśmy w Pająku (kawiarnia, w której przesiadywali artyści - przyp. mk) podszedł do nas Adaś Galas i trzymając się za głowę powiedział: "Co wyście zrobili! To jest koniec!". Odwrócił się na pięcie i poszedł. I faktycznie coś się zaczęło dziać. Wkrótce okazało się, że na listach przebojów nie ma już nic "gierkowskiego".

Wracając do Simple Story ... Oprócz wzowień jedenastu albumów i dwóch DVD, są tu też materiały dodatkowe, wypełniające CD Unikaty, a wśród nich nagrania, które zespół zrobił w 1980 roku do filmu "Wielka Majówka": "Moja miłość jest szalona i Tango Domy Centrum. Jak doszło do zaangażowania zespołu do tego obrazu?
Myślę, że albo ktoś przekonał do tego reżysera (Krzysztof Rogulski - przyp. mk), albo zespół mu się po prostu spodobał. Nie pamiętam. Być może chodziło też o to, że udział takiego zespołu gwarantował jakąś większą kasę. Wydaje mi się jednak, że zaważyła sympatia do zespołu. Wyszedł z tego obraz, który dziś jest kultowy i coraz to pojawia się w różnych telewizjach. Pamiętam, że przyjęliśmy tę propozycję, ale cały czas byliśmy w trasie. Wiedziałem, że muszę napisać kilka piosenek, a przynajmniej główny motyw do filmu. Nie miałem jednak na to czasu. Po koncercie na warszawskim Ursynowie zamknąłem się w jakimś pokoiku w akademiku - gdzie mieszkaliśmy tamtej nocy - wziąłem gitarę i komponowanie "Moja miłość jest szalona" zajęło mi tyle, ile trwa ten utwór.

Dlaczego w boksie nie ma płyt Maanamu wydanych kiedyś na Zachodzie: Night Patrol, Totalski No Problemski i Wet Cat?
Myślę, że dobrze się stało, iż ten zestaw zawiera płyty wydane tutaj, w Polsce. Bo to był obszar,gdzie nasza legenda się kształtowała. Owszem, Niemcy, to był też kraj dla nas niezwykły, bo w wielu klubach w latach osiemdziesiątych, Maanam ustanawiał rekordy frekwencji. I to nie dlatego, że przychodziła Polonia. Nawet dla nas to było zaskakujące. Występowaliśmy razem z taką grupą jak Bon Jovi ... Nikt nie wiedział, czym to się skończy. Dla nich to się skończyło światową karierą, a dla nas... Dziś wiele osób się zastanawia, dlaczego Maanam nie zrobił przynajmniej europejskiej kariery. Ale teraz są inne przeliczenia, inaczej wygląda sytuacja finansowa zespół w Polsce. W tamtych latach w kraju już tysiąc dolarów to była magiczna suma, a zadłużenie zespołu na starcie na - powiedzmy - sto tysięcy dolarów to było dla nas coś niewyobrażalnego. I wiedziałem, że to może doprowadzić do uzależnienia zespołu od firmy, z którą będzie współpracował... I nie wiem, czy ta jazda z TSA, Perfectem, Republiką nie była równie ekscytująca, jak kariera ogólnoświatowa. Niesamowita jazda - to życie za kulisami, życie hotelowe... Prawdopodobnie wyglądało to podobnie jak wówczas, gdy robi się karierę na Zachodzie.

A dlaczego w boksie nie ma też krajowych płyt koncertowych, jak "Live" czy "Maanamania"?
Bo zostało to pomyślane tak, aby były wszystkie studyjne longplaye, nagrania z singli i rarytasy kolekcjonowane przez nasz fan klub. Chcieliśmy w ten sposób uchonorować ich pracę, bo to nie my, ale oni zbierają te nagrania. Natomiast co do płyt koncertowych - nam nadal marzy się taka porządna płyta live. Tylko pytanie, komu potrzebne są płyty live? Bo nagrania koncertowe prawie nigdy nie są w stanie przekazać atmosfery występu. Mam wrażenie, że ludzie wolą pójść na koncert, zobaczyć zespół Maanam na żywo, niż kupić płytę live.

Która sesja nagraniowa okazała się najtrudniejsza?
Chyba już ogólnie wiadomo, że najtrudniejsza była praca nad płytą "Sie ściemnia". Zespół był w rozsypce, ale mieliśmy stare kontrakty i jakieś wyjazdy na Zachód. Jeździliśmy już w składzie z Marcinem Ciempielem, Kostkiem Joriadisem i Krzysztofem Dominikiem, ale praca z tymi nowymi muzykami w studiu była bardzo trudna i dziwne, że ta płyta w ogóle powstała. Dziwne też, że w jakimś stopniu mogłem się wówczas z Korą dogadać. I słychać, że jest to płyta bardzo prawdziwa, przejmująca. Pracowaliśmy nad nią poszarpani, poszatkowani... Wcześniej, ludzie z RCA (wydawca wersji płyty Mental Cut na zachodni rynek, Wet Cat - przyp.mk) byli zaszokowani, że Maanam zawiesił działalność. Przyjechali do Polski, by podpisać poważne kontrakty, które miały wprowadzić zespół na duże sale... Ale wyszło tak, jak wyszło. Pięć lat tak ostrego czadu, kilkaset koncertów rocznie - to nie mogło nie pozastawić śladu. I nawet nie chodziło o problemy personalne, tylko o to, że Kora i ja mieliśmy poważny zakręt życiowy. Natomiast wracając do płyty Sie ściemnia: chcieliśmy ją nagrać. Nawet jak nie było składu, to jednak zamierzaliśmy pracować dalej. Było coś takiego, co nas łączyło. Mimo, iż był to trudny okres - uważam, że jest to płyta niezwykła.

Muszę przyznać, że jestem pełen podziwu dla Pana i dla Kory. Nie znam innej równie prężnie działającej "firmy estradowej", prowadzonej przez byłe małżeństwo.
Wie pan, bywa, że ludzie się rozchodzą i dochodzi do tragedii. Andrzej Zaucha zginął z ręki narzeczonego swojej narzeczonej... Kora i ja mamy jednak syna i nigdy nie było między nami "na noże". Jeśli chodzi o formalne sprawy rozwodowe, to Kora stanęła na wysokości zadania i nie było żadnych problemów z tym związanych. Nie było żadnych perfidnych sytuacji. I to nam umożliwiło dalszą wspólną pracę.

Wróćmy do albumów Maanamu. Płytę "O!" też nagrywaliście w dość szczególnych, stresujących okolicznościach, bo tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w lutym 1982 roku.
Stan wojenny dla nas zaczął się dużo wcześniej. Bo ćwiczenia ZOMO, jeszcze przed wprowadzeniem stanu, odbywały się na koncertach rockowych... Były afery z tego powodu, telefony do Warszawy, ale nie dawało to rezultatów. Wprowadzenie stanu wojennego przeżyliśmy w samym centrum wydarzeń. Byliśmy akurat w Grand Hotelu w Sopocie. Mieliśmy rozpocząć koncerty, ja przyjechałem do hotelu w nocy, bo wracałem z pogrzebu ojca z Olsztyna i wtedy zaczęła się cała akcja. Później powrót do domu jakimiś dziwnymi pociągami. Czyli zastało nas to w trasie. A sami nagranie płyty... Okazało się, że wszystkie studia radiowe są pozamykane. W tamtym czasie wszyscy nagrywali w studiach radiowych. My w Krakowie, Lombard w Szczecinie, Budka Suflera w Lublinie. Zomowcy i wojsko wszystko obstawili i nie można było nic zrobić. Jedyne studio jakie działało, było w Teatrze STU. Tam też nagrywaliśmy. Koncertów nie było, więc coś trzeba było robić. Dramatyczne były powroty do domu. Nocne powroty w krakowskiej mgle, gdy słychać było - jak w Nocnym Patrolu - jakiś oddział, który biegł, bo usłyszał nasze kroki.

Ale "Nocny Patrol" to tytułowy utwór już następnego, trzeciego albumu Maanamu.
Może dlatego recenzenci pisali, że Kora śpiewa w tej piosence jak Kate Bush - co było kompletnym nieporozumieniem. Mieliśmy syna, który widzi to wszystko z okna i niewiele rozumie. Stan wojenny widziany oczami kilkuletniego chłopca. Wydaje mi się, że Korze udało się to świetnie uchwycić.

Przez wielu fanów album "Nocny Patrol" uznawany jest za najlepszy w dorobku zespołu. Zgodzi się pan z tą opinią?
Płyta "Nocny Patrol" była taka dobra dlatego, że ówczesna sytuacja w Polsce zmuszała ludzi do bardzo jasnego określenia swojej filozofii życiowej. Stosunku do tego, co się działo. Niewątpliwie Maanam był przeciw. Do tego stopnia, że został zdjęty z anten radiowych. Dlatego ta płyta jest taka mocna, bo była wyraźnym samookreśleniem zespołu... Ale za każdym razem staramy się zrobić jak najlepszy album. I za każdym razem inny jest otaczający świat. I nie zawsze daje się z tego ulepić coś tak wielkiego. Ale pierwsza płyta, którą nagraliśmy po zejściu się zespołu, "Derwisz i Anioł" (w 1991 roku - przyp.mk) też jest płytą bardzo dobrą. Choć może nie tak równą jak "Nocny Patrol", nie tak elektryzującą. Również płyta "Róża" zaistniała dość mocno. Sprzedał się pół miliona egzemplarzy. Wielu też ją do dzisiaj uważa za najlepszą - obok "Nocnego Patrolu".

A które płyty pan by wskazał jako te najważniejsze?
Oczywiście najbardziej oczywistym wyborem będzie pierwsza płyta i "Nocny Patrol". Co jeszcze? Można by się zastanawiać... Wiem, że kiedy nagraliśmy "Mental Cut", ta płyta była publicznie łamana, jako fatalna, denna. Lucciola była postrzegana przez niektórych słuchaczy jako totalna zdrada. A od szeregu lat jest to jeden z tych utworów, których publiczność domaga się podczas koncertów. Z perspektywy czasu pewne rzeczy wyglądają zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że teraz renesans popularności przeżywa "Hotel Nirwana". Bardzo niezwykłą płytą jest "Róża", może ze względu na tytułową piosenkę. Na pewno z ostatnich płyt ważne są "Znaki Szczególne". Rzecz nagrana w bardzo trudnym okresie, kolejna przygotowana w zupełnie nowym składzie. Najbardziej niesamowite jest to, że dzięki tej płycie zespół ciągle istnieje i mówiąc w sposób przyziemny - nadal należy do najdroższych w Polsce. Mimo iż "Znaków Szcególnych" panicznie unikały największe rozgłośnie, RMF FM i Radio Zet. Na szczęście inne radiostacje nie bały się grać utworów z tej płyty. To też swego rodzaju "znak szczególny".


rozmawiał: Michał Kirmuć

  

powrót