Wolność jest w buncie

Deszcz leje się z nieba strumieniami. Klamka zapadła: koncert się nie odbędzie. Zespół jednak dojechał. Kora wraz z Markiem Jackowskim zgodzili się ze mną krótko porozmawiać.

Środa dostała tego dnia od pogody smutne wyróżnienie. To pierwszy koncert w historii zespołu Maanam, który nie odbył się z powodów niezależnych od artystów. Wszystko przez pogodę - mieliśmy „wyjątkowo zimny maj”, po nim przyszedł - wyjątkowo zimny czerwiec...

Kuba Jakubowski: Wracają państwo prosto z Opola...
Kora: Tak, jesteśmy bardzo zadowoleni...

Maanam zadebiutował w Opolu dokładnie 26 lat temu. Jak ten festiwal zmieniał się przez te wszystkie lata?

K. Festiwal się zmienił - tak jak zmienia się wszystko w naszym kraju. Jeżeli chodzi o stronę techniczną Opola - o scenografię, światła, aparaturę - to wszedł on już na pewno w trzecie tysiąclecie. Sam amfiteatr jednak podupada. Za rok obiekt idzie do kapitalnego remontu. Publiczność wreszcie dostanie zadaszenie. Współczuje ludziom, którzy dziś przyjdą na koncert Marka Grechuty - jest zimno, pada deszcz. To jest prawdziwa porażka.
Poza tym będą w końcu dla artystów garderoby z prawdziwego zdarzenia, stworzone też zostanie muzeum. Przygotowania są więc na dużą skalę.
My nie jesteśmy jednak „opolskim zespołem”. Na tym festiwalu zawsze pojawiały się gwiazdy, które grały z orkiestrą. Wszystko nastrojone było „na jedną nutę”... . Zespołów rockowych było znaczne mniej. Za naszych czasów to się już zaczynało nieco zmieniać.
Poza tym nie jestem w stanie obiektywnie ocenić Opola, bo nigdy go nie oglądałam! (śmiech)

Marek Jackowski: Tam jest zawsze chaos, hałas... za kulisami słyszymy tylko odbicia dźwięków.

K.: Widzimy jedynie na monitorach tego wykonawcę, który nas poprzedza. Poza tym, jak powiedział Marek, jest tam zawsze głośno. Za sceną jest zawsze miliard ludzi - każdy coś od kogoś chce. Kogoś wpuszczają, kogoś wypuszczają, tu ktoś coś będzie mówić, coś wręczać... . To jest po prostu chaos... ale kontrolowany (smiech).

Z tego wynika, że ani Maanam nie jest stworzony dla Opola, ani Opole dla Maanamu...

K.: Jak się wczoraj okazało - to nieprawda. Myślę, że wszystkie nasze występy na festiwalu były sukcesem. Przy takim doświadczeniu - po prostu wchodzimy i gramy.

M.J.: Jest nam bardzo miło, że mimo, iż w Opolu jest wiele ludzi „z różnych parafii”, różnych pokoleń, wciąż chcą nas słuchać. O dziwo - nawet gdy wychodzimy po współczesnej, nowej gwiazdce jak Doda Elektroda to i tak publiczność reaguje na nas bardzo żywiołowo.

Więc gdyby padła propozycja: jedziecie do Opola, albo jedziecie do Jarocina - jaka by była decyzja?

W Jarocinie, w przeciwieństwie do Opola, nie gra się jednej piosenki. To jest typowym festiwal rockowy. My Jarocin otwieraliśmy, byliśmy zespołem, który Jarocin wspierał. Można by długo opowiadać jak to było...

Wiec „jak to było”?

Było ostro. To były lata 80`. Pamiętam, że kiedyś zasadzono kwiatki na przodzie sceny. Istniały one tak długo, dopóki nie zaczęliśmy grać. Później ktoś podpalił płot. Trzeba było przerwać koncert. Ciągle cos się działo...

M.J.: To był „koncert z efektami”... (śmiech).

Już same „kwiatki w Jarocinie” wydają mi się być „jednym, wielkim efektem”.

K.: Tak. Ten koncert chciano po prostu „uharcerzowić”. Zapadł mi w pamięci właśnie taki peerelowski harcerz, który tą imprezę prowadził.
Mamy sentyment do festiwali rockowych. Zagraliśmy na ogromnej ilości tego typu imprez na świecie. Możemy na nich, w przeciwieństwie do „festiwali jednej piosenki”, zbudować na scenie atmosferę, która trwa znacznie dłużej. W Jarocinie oczywiście graliśmy, graliśmy, graliśmy... nikt nas nigdy nie limitował.

Historia festiwalu w Jarocinie to lata 80` - okres, którym panowała jeszcze cenzura. Jeden ze słynnych zachodnich muzyków powiedział kiedyś, że Polacy nie grają muzyki - oni uprawiają poezję, bo zmusza ich do tego właśnie cenzura. Czy wpłynęła ona jakoś również na twórczość Maanamu?

K.: W żadnym stopniu. Byliśmy cenzurowani ewentualnie post factum, albo po prostu coś nie było puszczane. Zapadł mi jednak w pamięć przykład piosenki „Parada słoni” - piosenki mistycznej, która nie ma nic wspólnego z wojną. Tak się jednak złożyło, że utwór powstał w czasie interwencji Związku Radzieckiego w Afganistanie. Fontanny piasku i chmury obłoków okazały się dla cenzury strzelającymi czołgami, róża wschodu od razu kojarzyła się z ZSRR. Taka zabawna koincydencja.
Cenzura „doczepiała się” też do „Oddechu szczura”. Nie mieliśmy jednak z tym poważnych problemów, a już na pewno nie ja osobiście.

Władza nie zawsze jednak była dla Maanamu tak pobłażliwa. Przez jakiś okres zakazano przecież wam działalności, znikneliście z radia...

Tak. Stało się tak z powodu odmówienia przez nas występu (Koncert Przyjaźni ze Związkiem Radzieckim w 1984 r. - przyp. red.). Było to bardzo stresujące - decyzja ta została usankcjonowana przez ówczesne władze. To był jednak ten jeden jedyny raz i był to cios potężny. Zespół przecież niedługo po tym wydarzeniu rozwiązał się. Było to jak kropla w dzbanie, która przelała czarę goryczy. Nie wyobrażałam sobie jednak tego występu, no chyba że chcieliby mnie rozstrzelać, bo nie jestem aż taką bohaterką. Uważam to też za potężny cios, ponieważ byliśmy wtedy bardzo popularni i żyliśmy głównie z koncertów. Nasze zarobki były wtedy przecież ustalane odgórnie, były limitowane. Bez znaczenia było czy na występ przychodzi jedna osoba czy tłum. W kapitalizmie jest inaczej, a mówią, że jest tak strasznie źle...

A czy dziś powrót do szeroko pojętej cenzury jest możliwy? Ostatnio różne środowiska zgłaszają takie zagrożenie. W ostatnim wywiadzie udzielonym dla Rzeczpospolitej wyraźnie wyraziła Pani swoje zaniepokojenie tym, co się aktualnie w Polsce dzieje...

K.: Póki co wiem, że istnieje coś takiego jak cenzura moralna. Kraj się nie zmienił - zmienił się tylko rząd. Jest on "taki jaki jest", ale pamiętajmy, że jest on wybrany w sposób demokratyczny. Jeżeli Polacy mają wystarczająco rozumu i refleksji to nie wybiorą ponownie tego rządu. Za cztery lata może się on zmienić. Póki co, nie robi on nic konstruktywnego - nie kontynuuje zbudowanej wcześniej konstrukcji ekonomicznej i kulturalnej, tylko zajmuje się destrukcją. Wszyscy wciąż zaglądają w teczki. Oczywiście - wszystkie teczki są autentyczne, tylko, nie wiadomo dlaczego, zafałszowana jest teczka Jarosława Kaczyńskiego. To są absurdy.

Ale czy te absurdy są w stanie w jakiś sposób odbić się na polskiej muzyce?

K.: To jest dla mnie sytuacja przejściowa. My tkwiliśmy w innym systemie. Uważaliśmy, że nigdy się on nie zmieni. To była beznadzieja. Mogliśmy oprotestowywać, bo w samym buncie już jest wolność. Dzisiaj sytuacja jest inna - to nie jest rząd wybrany przez Pana Boga. Wybrał go sam naród w demokratycznym kraju. Czy mam do ludzi śpiewać, że są debilami? To trzeba przetrwać. Nie ma systemu idealnego i demokracja też nie jest idealna. Niewątpliwie jest jednak lepsza od totalitaryzmu. Jeśli się komuś nie podoba, może wziąć paszport i wyjechać.

Maanam kiedyś jednak muzyką walczył...

M.J.: ...ja mogę dzisiaj powiedzieć z czystym sumieniem, z dystansem i z perspektywy czasu, że system chciał rozbić Maanam, ale ostatecznie "rozbił się" o Maanam. (śmiech)

Po przemianach w Polsce te teksty jednak się zmieniły. Dziś są bardzo różnorodne. Czy istnieje dla Pani jakiś temat tabu? Czy jest coś o czym Kora by nie zaśpiewała?

K.: Nie - na pewno nie ma czegoś takiego. Żadnych tematów się nie boję...

M.J.: Największe zamieszanie robią zawsze menadżerowie, firmy płytowe, które domagają się kolejnej "Luciolli".

Naprawdę? Zdarza się coś takiego?

M.J.: Jest to duże ciśnienie. Kora jest poetką, kobietą wielkiego formatu, znakomitą wokalistką - nie potrzebuje żadnych doradców. Może mieć okres większej, czy mniejszej popularności. Różnie się to u nas w kraju kręci - co roku jest jakaś nowa gwiazda, później znika... . Nie ma takiej potrzeby, żeby Kora była cały czas jakąś kolejną wersją Luciolli, czegoś komercyjnego, czegoś, co jest potrzebne radiostacją, które grają tylko reklamy - które doprowadziły radio do upadku. Na pewno, żadna z tych rozgłośni mnie za to nie polubi, ale taka jest prawda.

K. Jest duże zapotrzebowanie na przebój - np. w Opolu. W momencie, gdy zgodziliśmy się brać udział w festiwalu, nie mieliśmy w ogóle piosenki! Ja postanowiłam zrobić sobie krótką przerwę, bo mieliśmy bardzo ciężki zeszły rok, bardzo ciężką zimę, bardzo dużo pracy. Podczas gdy jechaliśmy na koncert do Krosna, Mateusz (menadżer - przyp. red.) oznajmił mi, że gramy w Opolu. Była piekielna awantura. Marek mi przesłał piosenki, ja starałam się coś pisać - nic nam nie wychodziło. Aż pewnego dnia obudziłam się, wstałam i napisałam piosenkę "Głęboko w sercu". Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem tekstu. Przesłałam ją Markowi, om przesłał mi muzykę. Okazało się, że mamy hit. Nie staraliśmy się o to - czasami wyjdzie, czasami nie wyjdzie. Muszę być "bodźcowana" - to jest moja ucieczka w prywatność, której mam ciągle za mało.

Zmęczenie pracą?

My bardzo dużo pracujemy, ale jest to nam bardzo potrzebne. Jesteśmy non stop w trasach. Mieszkaliśmy w Krakowie od 1979 roku, ale nikt o tym nie wiedział przez następne 6 lat, bo prawie nigdy nas w domu nie było! W 1985 roku zawiesiliśmy działalność - nagle odkryłam, że mam przyjaciół, odkryłam ulice, kawiarnie, restauracje; że można odpoczywać, że można się uspokoić. Dzisiaj, w sensie materialnym, mamy takie możliwości, ze możemy odpoczywać nawet na księżycu, ale nie robimy tego, bo ciągle pracujemy.

A czy myśli Pani, że obudzi się kiedyś, otworzy oczy i powie sobie: "wystarczy"?

K.: Nie można oczywiście czegoś takiego wykluczyć, ale gdy słyszę, że Rolling Stonesi i Madonna ruszają w trasę, to moje oczy otwierają się najszerzej jak jest to możliwe. Zastanawiam się: dlaczego? Bo to jest narkotyk. To jest piekielny, piekielny wysiłek. Jesteśmy miesiącami poza domem. Nie gramy jak The Beatels - 25 minut. Nie ma jednak satysfakcji większej, jak tworzenie. To jest jak łaska. To jest dar.

Na koniec chciałbym obalić pewien mit: w internecie toczy się spór o nazwę zspołu "Maanam" . Jedni twierdzą, że pochodzi ona od inicjałów M. i M., inni uważają, że jest to staroperskie tłumaczenie zdania: "ja jestem".

K.: Nazwa istotnie pochodzi od inicjałów "Marek i Milo", ale kiedyś spotkaliśmy Araba, który słysząc naszą nazwę zespołu przetłumaczył ją jako zdanie "ja jestem". To było wielkie zaskoczenie.

Jak widać, czasami obie wersje mogą okazać się prawdziwe...

Rozm. Kuba Jakubowski

  

powrót