REWOLUCJA DINOZAURÓW
Newsweek

12.04.2004
autor: Piotr Bratkowski, współpraca Paweł Trześniowski 


Jest 20 lutego 2004 roku, piątkowy wieczór. Marek Niedźwiecki, jak co tydzień od przeszło dwudziestu lat, prowadzi Listę Przebojów Trójki. Gdy dochodzi do pierwszego miejsca, już wszyscy domyślają się, co się stało. Na sam szczyt wspięła się nowa piosenka Maanamu "Kraków, ocean wolnego czasu". Jeszcze dwa tygodnie wcześniej nikt jej nie znał; jeszcze w poprzedni piątek - grana w radiu raptem od paru dni - była zaledwie na 22. miejscu. I wykonała skok w najlepszym stylu Adama Małysza. Tak efektownego wejścia z nowym przebojem na rynek Maanam nie miał od przeszło dziesięciu lat. Co więc się nagle stało?

Starsi słuchacze programu Niedźwieckiego mogli mieć wrażenie, że w ten lutowy wieczór wehikuł czasu przeniósł ich w rok 1982. To wtedy szczyty świeżo stworzonej trójkowej listy zdobywały - rywalizując z przebojami Perfectu, TSA czy Republiki - pamiętne hity z pierwszych płyt Maanamu: "O, nie rób tyle hałasu" czy "Paranoja jest goła". Zapowiadająca "Znaki szczególne" - nową płytę grupy - piosenka "Kraków, ocean wolnego czasu" przypomina je nie tylko stylem, w jakim trafiła w gusta słuchaczy. Także stylistyką, w jakiej została nagrana: prostą, surową. Chciałoby się powiedzieć - rdzennie rockową. 

Przypomina coś jeszcze: styl, w jakim zespół Kory i Marka Jackowskich w ogóle pojawił się na polskiej scenie muzycznej, zmieniając jej kształt na wiele lat. Maanam po raz pierwszy pokazał się szerszej publiczności na festiwalu w Opolu w 1980 roku, śpiewając piosenkę "Boskie Buenos". To był szok estetyczny. Wczesna młodość muzyków Maanamu upłynęła pod znakiem fascynacji ruchem hipisowskim (Jackowski debiutował w awangardowym zespole Vox Gentis, który na początku lat 70. dostał szlaban na występy, ponieważ wykonywał m.in. wyklinany przez ówczesne władze poemat Allena Ginsberga "Skowyt"). 

Ale w 1980 r. grali już muzykę całkiem inną, mocno inspirowaną podbijającym wówczas nie tylko brytyjskie estrady punk rockiem. Widzom, karmionym ulizaną, tandetną papką estradową epoki gierkowskiej, zaprezentowali prosty aż do bólu rock, hałaśliwy i agresywny. 

W tym hałasie ukryty był poetycki przekaz o tęsknocie za wolnością, inspirowany (o czym przytłaczająca większość publiki nie wiedziała) sceną z modnej w latach 70. wśród studentów powieści argentyńskiego pisarza Eduardo Gudi?o Kieffera "Żeby cię lepiej zjeść". Choć w przekazie tym nie było bezpośrednich odniesień politycznych, to w przededniu Sierpnia, w atmosferze dojrzewającego buntu, ludzie - zwłaszcza młodzi - natychmiast to kupili. 

Ale od tamtych czasów minęło ćwierć wieku. Wczorajsi buntownicy stali się gwiazdami i zarazem ważną częścią historii polskiej estrady. Mieli w niej swoją stałą niszę. Ich koncerty nie wywoływały już rewolucji, ale wciąż gromadziły - wiedzionych po części nostalgią - słuchaczy. Ich kolejne płyty, łagodniejsze od tych z początku lat 80., były kompromisem pomiędzy naturalną stylistyką Maanamu a zmieniającym się kontekstem muzycznym. Nie budziły gwałtownych emocji; ostatnia - "Hotel Nirwana" (2001) - zgodnie z duchem czasu nafaszerowana elektroniką i efektami komputerowymi, została przyjęta chłodno. I wydawało się już, że Maanam godnie zestarzeje się wraz ze swymi wiernymi słuchaczami. Ci przecież, tak jak muzycy, od czasów pamiętnej płyty "O!" dawno porobili kariery lub przynajmniej stracili złudzenia i nie szukali już w muzyce wyrazu swego sprzeciwu wobec świata, lecz tylko przyjemnej rozrywki. 

A tu nagle - znów ostry, surowy rock. I znów szczyt list przebojów, o których kształcie nie decydują przecież nostalgiczni pięćdziesięciolatkowie, lecz młodzi słuchacze, dla których muzyka to treść życia. Co się stało? - Ludzie nie mają dziś czasu na analizowanie skomplikowanych aranżacji. Chcą prostej, fajnej melodii z dobrym tekstem - tłumaczy lider Maanamu Marek Jackowski. No, ale tego akurat, zdawałoby się, chcieli zawsze. Czemu więc teraz chcą jakby bardziej niż jeszcze parę lat temu? Przecież raptem jesienią zeszłego roku rozwiązała się Partia, jedna z najciekawszych polskich grup grająca prostego, gitarowego rocka, zaś jej lider Lesław jako jedną z przyczyn podawał niemożność kompromisu pomiędzy muzycznym profilem zespołu a "komercyjnymi oczekiwaniami wytwórni płytowych i rozgłośni". Więc czemu dziś słuchacze zaczynają przedkładać rockowe brzmienie Maanamu nad piosenki Britney Spears czy Christiny Aguilery, którym, czego jak czego, ale nadmiernego przerafinowania zarzucić nie można? 

W ciągu ćwierćwiecza artystycznej obecności Maanamu świat zmienił się gruntownie. Sytuacja na rynku muzycznym jednak zatoczyła koło i pod wieloma względami przypomina tę z polskiej estrady końca lat 70. W mediach i sklepach z płytami znów króluje lukrowana, konfekcyjna papka, zaś o wylansowaniu kolejnej gwiazdki decyduje nie talent, lecz komputerowa technologia i marketing. Sprzedać można wszystko, nawet produkowaną w ten sposób papkę (trudno przecież posądzać ludzi decydujących o zawartości playlist wszystkich polskich stacji radiowych o instynkty samobójcze), jednak symptomy kryzysu są aż nadto widoczne. 

Kryzysu czy raczej odrodzenia? Po okresie fascynacji możliwościami technologii cyfrowej coraz wyraźniej okazuje się, że ludzie znów chcą słuchać ludzi, a nie komputerów. 
Słuchacze (i muzycy) powtarzają dziś: dość plastiku. Plastiku, czyli kreowania jednodniowych gwiazdek poprzez programy w rodzaju "Idola". Plastiku, czyli takiej metody tworzenia przebojów, jaką zastosowano choćby przy okazji najnowszego singla Jennifer Lopez: piosenkę skomponowało dwunastu ludzi, do nadania jej ostatecznego kształtu zatrudniono pięciu producentów. Gdzie tu miejsce na spontaniczność - żywioł każdej, estradowej także, sztuki? 

To nie jest całkiem nowe pytanie. W ciągu ostatniego półwiecza, od czasu gdy muzyka pop stała się ważnym elementem kultury masowej, wraca cyklicznie. Odpowiedzią na ugrzecznienie pierwszej fali amerykańskiego rock and rolla była - symbolizowana przez Beatlesów i Rolling Stonesów - "brytyjska inwazja" początku lat 60. W następnej dekadzie reakcją na zatracenie rockowej tożsamości w artystowskich eksperymentach (i mechanicznym eskapizmie dyskotek) był fenomen punk rocka. Zaś na początku lat 90. generację twórców elektronicznych przebojów zmiótł z rynku gitarowy, "brudny" grunge z Nirvaną i Pearl Jamem. Mechanizm jest za każdym razem ten sam: odpowiedzią i na nadmiar artystycznych eksperymentów, i na komercjalizację rynku muzycznego jest kolejny powrót do korzeni rocka, do - nieco mitologizowanych - czystych źródeł. 

Taka odpowiedź - tym razem na skomputeryzowanie, odhumanizowanie rynku muzycznego - wisi dzisiaj w powietrzu. Na odwrocie od technologicznego zaśmiecenia muzyki korzystają na razie wykonawcy bardzo różni. W tym nurcie mieści się Norah Jones, której delikatne, akustyczne ballady z płyty "Come Away With Me" (2002) sprzedały się na świecie w 16 mln egzemplarzy, zaś tegoroczna "Feels Like Home" ma wszelkie szanse przebić ten wynik. 

Ale jednocześnie za najlepszą rockową płytę 2003 roku muzyczna branża dość zgodnie uznaje krążek "Elephant" duetu White Stripes. Z anonimowości na czołówki magazynów - także plotkarskich - błyskawicznie przebili się nowojorscy muzycy z The Strokes. Jak przystało na rasowy rockowy zespół zaczęli od skandalu. Ich debiutancka płyta 
"Is This It" (2001) zawierała - ostatecznie usuniętą z wersji sprzedawanej w USA - piosenkę "New York City Cops", wyśmiewającą nowojorskich policjantów, którzy po zamachu z 11 września stali się symbolem amerykańskiego patriotyzmu. Dziś sami muzycy są sztandarem "nowej rockowej rewolucji". 

The Strokes czy White Stripes, tak jak Norah Jones, odwołują się do tęsknoty za prostotą. Zamiast akustycznej czystości oferują hałaśliwe i "brudne", garażowe brzmienia przesterowanych gitar, odwołując się do tego, co w rocku najbardziej rockowe: do brzmienia The Velvet Underground i The Cream, do Jimiego Hendriksa i do punk rocka jednocześnie. Gdy Norah Jones proponuje spokój i wyciszenie, oni przypominają o rebelianckich korzeniach rocka. 

Odpryski obu tych fal docierają właśnie do Polski. Co ciekawe, za sprawą ludzi, którzy przed laty wspólnie zmieniali kształt polskiej sceny muzycznej. Bo Maanam, zanim stał się "tym słynnym" Maanamem, działał w latach 70. jako awangardowa formacja Maanam Elektryczny Prysznic. Nie było tam jeszcze Kory, nie było przebojów, ale przez zespół przewinęło się kilku ważnych muzyków. 

Jeden z nich, osiadły w Polsce walijski buddysta John Porter szczyt popularności osiągnął w 1980 roku dzięki jednej z pierwszych polskich płyt rockowych "Helicopters". Z drugiego planu polskiego rocka powrócił po latach ostatnio, zdobywając Platynową Płytę za nagrane wspólnie z Anitą Lipnicką "Nieprzyzwoite piosenki", zbiór delikatnych i wyciszonych, akustycznych ballad. 

W Elektrycznym Prysznicu był także wychowany w Polsce Grek Milo Kurtis. Grał później w postpunkowym Deuterze, współtworzył Voo Voo, a w 1986 r. wyjechał na wiele lat do USA. Dziś, poza pielęgnowaniem swego zespołu Drum Freaks, doprowadza do kolejnej już reaktywacji legendarnego "postetnicznego" Osjana. Kultowa kapela polskich hipisów lat 70. odbywa triumfalną trasę koncertową, zaś na widowni dominują dzieci jej dawnych fanów. 

Czy główny animator Prysznica, Marek Jackowski, jeszcze raz stanie na czele rockowej rewolucji, która wymiecie ze sceny komputerowe gwiazdki? Chciałbym, ale uczciwie odpowiadam: nie wiem. Bo o powodzeniu muzycznych rewolt nigdy dotychczas nie decydowali pragnący powrócić do młodzieńczych inspiracji rockowi weterani ani sympatyzujący z nimi równolatkowie krytycy, tylko młodzi ludzie znikąd, dla których rockowy hałas jest jedynym sposobem na wykrzyczenie sprzeciwu wobec świata. 

Owszem, swój akces do tej rewolucji zgłosił już genialny kameleon Krzysztof Cugowski, zapowiadając, że najbliższa płyta Budki Suflera to powrót do rocka. Powodzenia rockowej rewolty w Polsce nie upatrywałbym jednak w Cugowskim. Prędzej w tym, że rockowe nostalgie słynnych weteranów zwiększą siłę przebicia młodych, anonimowych jeszcze rockmanów, niemogących przekonać do siebie szefów płytowych koncernów i radiostacji. 

Ostatnio z takiej anonimowości próbuje wynurzyć się młoda trójmiejska kapelka eM. Nie wiadomo jeszcze tak naprawdę, co z tego wyniknie, eM jak Maanam?

  

powrót