NIE OGLĄDAM, ALE CZYTAM
Interia.pl Sierpień 2002 


Maanam to już legenda polskiej muzyki rockowej. W 2000 roku grupa uroczyście obchodziła 25-lecie istnienia i przygotowała album „Hotel Nirwana”, który w sklepach ukazał się jednak dopiero w marcu następnego roku. Przy nagraniach zatrudniony został Amerykanin Barry Kinder, mieszkający w Londynie specjalista od samplerów i loopów, natomiast producentem całości był współpracujący z Maanamem od 17 lat Brytyjczyk Neil Black. 

Z okazji wydania płyty Jarosław Szubrycht spotkał się z Korą, by porozmawiać z nią m.in. o Indiach, Wielkim Bracie, roli przypadku w życiu, politykach i solowej płycie wokalistki. 

Czy hotel Nirwana w Katmandu naprawdę istnieje? 

Tak, hotel Nirwana to miejsce, które bardzo dobrze zna Kamil. Mieszkał w nim przez miesiąc i napisał o nim piosenkę. Ja sama tam nigdy nie byłam... Czasami bywam w nirwanie - kiedy jestem szczęśliwa, najczęściej bez powodu. 

Tytuł płyty i jej okładka przywodzą na myśl Indie, z kolei utwory „Chińskie morze” i „Wolno, wolno płyną łodzie” nawiązują do Chin. Skąd pomysł na tę wycieczkę na Wschód? 

Kamil rzeczywiście był na Wschodzie, ja niestety tylko myślami. Na początku pojawiają się przedmioty, jest w nich coś takiego, co zaczyna przybliżać kulturę danego kraju, niezależnie od tego, czy zna się go dobrze i czy w ogóle się w nim było. Nigdy nie byłam w Chinach, tak jak nigdy nie byłam w Buenos Aires, co nie przeszkadza mi o tym śpiewać. To podróżowanie przez film, książkę i muzykę - przez wszystko, co stworzył człowiek i co staje się pomostem pomiędzy ludźmi, oddalonymi od siebie pod względem zarówno geograficznym, jak i kulturowym. 

Czy to zainteresowanie Wschodem skupia się bardziej na warstwie estetycznej, czy filozoficznej tamtejszej kultury? 

Nasz dom przepełniony jest pięknymi przedmiotami, figurkami Buddy i rozmaitych magów, z tego względu, że Kamil medytuje codziennie w kąciku, który nazywa kącikiem modliszków. Są to zarówno przedmioty bardzo szlachetne, jak i hinduski kicz. W sensie energetycznym nie ma właściwie różnicy, ponieważ oni robią to z taką dziecięcą naiwnością, że równie wspaniały jest stary piękny posążek, jak i kiczowate obrazki. Po prostu podoba mi się to. Nie jest to kwestia mody, bo Wschód jest obecny w moim życiu od wielu, wielu lat. Zainicjował to jeszcze Marek Jackowski, który studiując anglistykę miał dostęp do literatury zen, wówczas wydawanej tylko po angielsku. Później był Osjan, potem Kamil... 

Wschód obecny był także w muzyce – u Hendrixa, Beatlesów i wielu innych. Oni zauroczeni byli Indiami, tam się wtedy jeździło, a w Stanach i Europie Zachodniej powstawało dużo aszramów. Nowe życie, nowy światopogląd, nowa duchowość, nowa mentalność, nowe wszystko... Niektóre z tych aszramów wciąż funkcjonują, ludzie wciąż jeżdżą do Indii. Raz na 12 lat jest to wielkie hinduskie święto, na które ostatnio zjechało 70 milionów ludzi. Kamil napisał nawet artykuł, w którym śmiał się, że Madonna, która tam również przyjechała, raczej nie kąpała się w brudnym Gangesie. Ale była tam, podobnie jak Richard Gere, miała swój namiocik i uczestniczyła w tych uroczystościach. 

Okładka nowej płyty Maanamu przedstawia pani portret stylizowany na Sziwę, który jest ikoną męskości. Zastanawiający kontrast... 

To oczywiście przypadek i nie trzeba się w to wgłębiać. Poza tym wierzę, że bogowie są hermafrodytami. Oczywiście, że istnieje w Indiach podział na bóstwa męskie i żeńskie, ale tak naprawdę Bóg jest poza płcią. To oświecona istota, która nie ulega żądzom seksualnym, bo staje się platońską jednością. 

Autorem okładki jest pani syn Szymon. Czy daliście mu wolną rękę? 

Nie, zrobił to na podstawie hinduskiego malowidełka. Poza tym przez cały czas był kontrolowany, dlatego że za bardzo chciał odejść od oryginalnych kolorów, a jeżeli bierze się taki kiczowaty obrazek, to trzeba być mu wiernym. Nie ma co robić z tego wielkiej sztuki, bo ich urok polega właśnie na niesłychanej kolorystyce. Jak w całych Indii, gdzie których kolory mieszają się ze słońcem, biedą i rozpadem materii... 

Czy metamorfozy, które podziwiają pani wielbiciele, są wynikiem szczegółowego planowania czy raczej działań impulsywnych? 

Na szczęście cały czas moim życiem rządzi przypadek i nie mogę przecenić jego roli. Wszystko wokół mnie dzieje się przypadkowo, zaczynając od tego, że przypadkowo zostałam zapłodniona i przypadkowo przyszłam na świat. Byłam niechcianym, piątym dzieckiem w rodzinie, i wszyscy z rodziny, oprócz mojej matki, spisali mnie na straty. Przypadek rządzi moim życiem i jest coś takiego w mojej mentalności, że nie wybiegam myślami w przyszłość. A jeżeli ktoś robi to za mnie, to staję się potwornie nerwowa. Owszem, lubię mieć pewne rzeczy zaplanowane, ale wolę, żeby mnie o tym nie informowano. 

Czy przypadek nigdy pani nie zawiódł? 

Wydaje mi się, że niezależnie od tego, czy wierzymy w przypadek, czy sobie coś zaplanujemy, efekt często jest ten sam. 

O ile w wywiadach daje się pani wciągać w rozmowy o tematyce społecznej czy politycznej, o tyle w tekstach Maanamu nie ma miejsca na publicystykę. 

To nie jest do końca prawda. Ta tematyka gościła na naszych płytach w latach 80., kiedy miało to dużo sensu. Najmocniej zaznaczyła się oczywiście na „Nocnym patrolu”, chociażby już w samym tytule, bo wtedy patrole chodziły przecież po ulicach. Piszę o człowieku i jego kondycji, najczęściej z perspektywy tego, co zdarzyło się mi samej. Człowiek może oglądać świat tylko własnymi oczami, a różnica polega na tym, że jeden widzi mało, a drugi widzi dużo, jeden ma chęć uczestniczenia w życiu społecznym, a drugi nie. Ja w gruncie rzeczy jestem totalnie aspołeczna, jestem wielką indywidualistką. Oczywiście, obowiązuje mnie umowa społeczna i respektuję ją, ale respektuję ją indywidualistycznie. Wydaje mi się, że tak jest dla człowieka najlepiej. Dlatego w tekstach Maanamu nie ma publicystyki... Nie za bardzo obchodzą mnie sprawy polityczne i to, czy politycy dotrzymują umów czy nie. Ja z góry zakładam, że polityk kłamie, że jest manipulatorem i że tak naprawdę chodzi mu tylko o własny interes, a interes społeczny i interes państwa znajdują się zawsze na ostatnim miejscu. Wydaje mi się, że idealizm początkowych rządów Trzeciej Rzeczpospolitej mamy już za sobą i w tej chwili u steru są ludzie, którzy niewiele mają wspólnego z pojęciem patrioty. To są jednak sprawy społeczne i wolne media powinny się nimi zajmować. Dawniej byłam głosem, który miał odwagę powiedzieć coś, czego nikt nie mówił. Artysta mógł sobie wówczas pozwolić na więcej. Jednak dzisiaj, przy ogromnej liczbie mediów, które wkoło to wałkują, gdybym jeszcze ja dodała swoje trzy grosze, byłoby tego za dużo. Dlaczego mam się wtrącać? Po co? Wolę się z tego wyłączyć. 

Pani teksty często dotykają spraw bardzo intymnych i ludzie z chęcią ich słuchają. Czy to jest ten sam rodzaj zainteresowania, który przyciąga miliony widzów przed telewizory podczas programów typu „Big Brother”? 

Wydaje mi się, że pomiędzy „Big Brotherem” a tym, o czym ja śpiewam, jest kolosalna różnica. Taka sama, jak jest pomiędzy filmem pornograficznym a książką. To jest różnica pomiędzy obrazem a słowem. 

Ja jestem wychowana na książkach, w związku z tym obraz w ogóle mnie nie podnieca. „Big Brother” i telewizja jako taka dla mnie nie istnieją. Na mnie wciąż działa słowo i dlatego myślę, że działa również na innych... Dużo się dziś mówi o seksie wirtualnym, o tym, jak ludzie będą się w niedalekiej przyszłości kontaktować. Mam nadzieję, że ja tego nie dożyję i że będę na tyle doskonała, że się nie zreinkarnuję i nie powrócę tutaj, żeby cierpieć. Seks wirtualny – ja sobie tego po prostu nie wyobrażam. (śmiech) Gdyby moje zdanie liczyło się, nie byłoby takich programów jak „Big Brother”. Natomiast mam przyjaciółki, które to oglądają i oprócz tego zaangażowane są w różne seriale, audycje i programy. Telewizja ma w sobie narkotyczną siłę, ale od nas samych zależy, czy damy się na to skusić, czy nie. Mnie akurat nie kusi tak bardzo, bo jestem osobą, która ceni sobie intymność. Nie interesują mnie żadne plotki. Nie chcę wiedzieć, czy się pan rozwiódł, czy się pobił, czy ma pan następny romans. W ogóle nie interesuje mnie życie drugiego człowieka, dopóki nie dzieje mu się krzywda i nie przychodzi do mnie o pomoc. Telewizja to tylko odbiornik, który można umieścić w różnych miejscach domu, a w odpowiednich chwilach włączać i wyłączać. W moim przypadku jest to tylko film i dobry dokument. Często za pośrednictwem telewizji nadrabiam zaległości kinowe, bo kocham kino. Nie wiem jednak co to jest „Big Brother”, nie wiem, co to „Milionerzy”, dlatego że ja nie oglądam, ale czytam. Poprzez książki kontaktuję się z drugim człowiekiem, z kimś mądrym i szlachetnym. 

Słyszałem, że ceni pani Katarzynę Kozyrę, a przecież jej „Łaźnia” to również przykład tego rodzaju podglądania? 

Tak, ale to zupełnie inna historia. Kasia nie podgląda po to, by nasycić swą ciekawość, ale po to, by prawdziwy obraz przeciwstawić wyidealizowanemu obrazowi człowieka, który jest piekielnie trudny do udźwignięcia. Proszę zauważyć, że anoreksja i bulimia, choroby kiedyś bardzo rzadkie, stają się dziś nagminne i są bardzo trudne do uleczenia. Człowiek zwraca uwagę tylko na swoją zewnętrzność, na szatę, na ciało, a biedne dziewczynki odchudzają się od małego – to bardzo szkodliwe. Kiedyś Janek Pospieszalski, w dyskusji o Marilyn Manson, zapytał mnie, czy artyście wszystko wolno. Otóż uważam, że artyście bardzo dużo wolno, a szczególnie artyście tej miary, co Kasia Kozyra. 

Tym bardziej, że jej zabieg miał wręcz dydaktyczną wymowę. Pokazał, jak bardzo się na co dzień skrywamy, a przecież człowiek to tak naprawdę jest umysł. Oczywiście, że ciało ma być sprawne, ale to nie znaczy, że ma być idealne. Ja sama ulegam tej presji, sama chcę być idealna. Sama chcę być chuda i cały czas się odchudzam nieludzko katując, dlatego jestem w stanie zrozumieć to, co ona robi. Niestety, jest to chyba zawracanie Wisły kijem, chociaż w ramach artystycznego działania jak najbardziej do przyjęcia. 

Czyli komisja złożona z polityków, która miałaby oceniać dopuszczalność dzieł przeznaczonych do wystawienia w „Zachęcie”... 

...to jest skandal! Szczególnie w przypadku „Zachęty”, która była tak cudownie prowadzona. To pokazuje, do czego może doprowadzić ciemnogród. Anda Rottenberg zrezygnowała, bo ileż można znosić wysłuchiwania tego rodzaju opinii? Tym bardziej, że nie miała silnego wsparcia, nie miał kto powiedzieć nie, tak jak dzieje się w podobnych przypadkach na świecie. U nas opinia publiczna nie ma nic do gadania... A wszystko zaczęło się od nieszczęsnego Daniela Olbrychskiego. Gdyby nie jego głupi wyczyn, który wprawił w ruch zasadę domina, być może nie doszłoby do tego wszystkiego. Potem zaczął się wypierać, tłumaczyć – niestety, kości zostały rzucone... 

Przejdźmy do muzyki zawartej na nowej płycie Maanam. Zaskoczyła mnie obfitość elektroniki, rozmaitych sampli, szumów i przeszkadzajek. Czy fani Maanam są na to przygotowani? 

Wczoraj kupowałam coś na stacji benzynowej. Podbiegli do mnie panowie z prośbą o autografy dla córeczek i obaj stwierdzili, że jest to najpiękniejsza płyta, jaką kiedykolwiek nagraliśmy, że słuchają jej na okrągło, że jest przecudowna, zaskakująca. Słuchałam tego i serce mi rosło, tym bardziej, że to byli – co tu dużo mówić – prości panowie... Oczywiście, wszystko w tej chwili będzie mierzyć się sprzedażą, ale wydaje mi się, że „Hotel Nirwana” podoba się ludziom. Ktoś wiecznie niezadowolony z życia będzie doszukiwał się w niej czegoś, co mu się nie spodoba i ma do tego prawo, ale ja tego nie chcę słyszeć. Uważam, że to bardzo dobra i bardzo ładna płyta. 

Ale zamykający ją remiks „Piekło i niebo”, utrzymany w stylistyce techno, na pewno wszystkich zaskoczy. 

Na pierwszym singlu z tej płyty, który trafił do sprzedaży, znalazł się utwór „Piekło i niebo” oraz trzy jego remiksy. Jak ktoś lubi Maanam, to z przyjemnością tego posłucha. Ja sama jestem fanką tego utworu i gdyby to ode mnie zależało, to właśnie takie rzeczy bym nagrywała. Bardzo lubię techno, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że to nic nowego, to już było. Z takich samych powodów uwielbiam muzykę filmową czy The Residents. Ich muzyka przynosi zawsze przeogromną obrazów, jest dla mnie jak film. Kiedy słucham ich płyty, oddalam się od rzeczywistości, niczym po zażyciu narkotyku. A więc niech żyje muzyka, bo na pewno jest zdrowsza. 

Czy takich klimatów możemy spodziewać się po pani solowej płycie? 

Proszę zwrócić uwagę na dwie ostatnie płyty Madonny. Ona nie jest w stanie od siebie uciec i w całą tę materię muzyczną włączony jest jej bardzo charakterystyczny sposób śpiewania. Ja również nie jestem w stanie uciec od swojego stylu, bo jestem osobą zbyt dojrzałą na to, by nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, zacząć inaczej śpiewać. Cała sprawa polegała będzie jednak na tym, że wszystko zostanie inaczej zaaranżowane i wymyślone niż w Maanamie. Nie myślę jednak jeszcze o tej płycie w sensie zbyt konkretnym, to wszystko pozostaje jeszcze w sferze planów. Jeżeli jednak powstanie, to na pewno w przyszłym roku. 

Który z utworów z „Hotel Nirwana” najbardziej lubi pani śpiewać? 

Śpiewałam już „Piekło i niebo” i „Chińskie morze”, i obydwa bardzo dobrze sprawdziły się na koncertach. Teraz chcę włączyć w nasz program koncertowy utwór, który uwielbiam, czyli „Wolno, wolno płyną łodzie” oraz „Jeszcze jeden pocałunek”. Na pewno będę również śpiewała „Taczi tacz”, chociaż jest to piosenka bardzo trudna w sensie energetycznym. Do tego dochodzi jeszcze „Mama”, która jest bardzo trudna pod względem tekstowym. Moim zdaniem ma bardzo poetyckie, piękne zwrotki, które przenoszą człowieka w inny świat. „Mama” powstała jako ostatnia. Została skomponowana w studiu, tekst również napisałam w ostatniej chwili. 

To znaczy, że aby napisać tekst, nie potrzebuje pani ulubionego fotela czy ławeczki pod drzewem w ogrodzie? 

Nie, wyrosłam już z takich wymagań. Wstaję bardzo wcześnie, izoluję się całkowicie od otoczenia i po prostu piszę. Kiedy jestem już zadowolona z jednego tekstu, otwiera on moją wyobraźnię, rozwiązuje język i następne przychodzą łatwiej. 

Który z nowych tekstów był pierwszy, który nadał ton całej płycie? 

„Taczi tacz” powstał jako pierwszy, dlatego jest najbardziej maanamowy na całej płycie. Dopiero z niego zaczęły wychodzić inne utwory. Tym razem pracowaliśmy w ten sposób, że najpierw napisałam wszystkie teksty, po czym wysłałam je Markowi i on do nich napisał muzykę. Marek zawsze marzył o takiej sytuacji, bo nienawidzi komponować, kiedy nie ma tekstu. 

Jest pani autorką sformułowań, które weszły do języka potocznego i funkcjonują całkowicie oderwane od kontekstu - Żądza pieniądza, Kocham cię kochanie moje czy Paranoja jest goła. Jakie to uczucie być współtwórcą języka polskiego? 

Sama używam ukutych przez kogoś fraz. Bardzo to lubię, gdyż podobnie jak w przypadku przysłów, tego rodzaju wyrażeń się nie komentuje. To wzbogacanie języka, ale równocześnie być może i zubażanie, bo idiomy sprawiają, że mniej się mówi. (śmiech) Nie trzeba krążyć wkoło tematu, wystarczy posłużyć się gotową frazą, by trafić w punkt. 

Niedawno na rynek trafiło wasze DVD z zapisem koncertu jubileuszowego, a słyszałem, że już szykujecie podobne wydawnictwo z wszystkimi teledyskami Maanamu. Czy rzeczywiście znajdą się tam wszystkie klipy, które zrealizowaliście do tej pory? 

Nie wiem. W tej chwili jesteśmy na etapie kompletowania materiału. Teledyski z lat 90. już mamy, ale nie wiadomo, czy uda nam się dotrzeć do wszystkich z lat 80. Telewizja to jest moloch i całkiem możliwe, że tego już nie ma. Ktoś je zniszczył, albo napadała woda... Przez lata archiwa telewizji nie miały profesjonalnej kontroli, szczególnie podczas stanu wojennego. 

A czy były w dorobku Maanam teledyski, których wolałaby pani raczej nie zamieszczać na tym wydawnictwie? 

Wszystkie teledyski chętnie widziałabym na tym DVD, natomiast zrobiliśmy jeszcze kilka filmów, które wolałabym pociąć na piosenki. Zresztą nie było wtedy czegoś takiego jak teledyski. Coś się robiło, coś się śpiewało, do tego była jakaś inscenizacja... Nie było żadnego montażu, żadnego pomysłu i reżyserii. Było to robione troszeczkę na zasadzie, jak sobie Jaś wyobraża Hollywood. Wydaje mi się jednak, że taki zbiór mógłby być interesujący choćby ze względów sentymentalnych. 

Dziękuję za wywiad

 
 

powrót