NIE BÓJ SIĘ MAANAMU
Atak 1991.09 


Kolejna po Republice supergwiazda rock'n'rolla minionej dekady postanowiła w bieżącym roku powrócić na scenę w swym, oryginalnym, najmocniejszym składzie. "Nie bój się" - tak brzmiał tytuł nowej piosenki i trasy koncertowej promującej Korę i Maanam A.D.1991. 

Trasa ta w zamyśle miała odbywać się z wielką pompą i obejmować duże hale koncertowe. Tak się jednak nie srało, z kilkunastu bowiem zaplanowanych występów doszły do skutku tylko trzy: na Śląsku, w Krakowie i Warszawie, Powód -kiepska frekwencja i drogie bilety 

W czym szukać przyczyn takiego stanu rzeczy, przecież Maanam, co by nie powiedzieć był moim zdaniem - najbardziej klasowym (i kasowym) zespołem lat osiemdziesiątych z tzw. rockowego topu. Pasmo nieprzerwanych sukcesów grupy obejmowało lala 1980-85, najlepsze w jej karierze. W tamtym czasie Maanam był obecny wszędzie. na antenie radiowej przebój gonił przebój (do dziś kapela ma na, swym koncie największą liczbę "jedynek" na liście Trójki), sale koncertowe pękały w szwach, a Korę kochali wszyscy - od dorosłych dziennikarzy po niepoważnych małolatów. Trudno znaleźć dziś herosów'" mogących swoją występami zapełnić Tarwar bądź Salę Kongresowa, jest to raczej niemożliwe. Trudno również rzec czy wzrosły wymagania czy tez młodzież w ramach powrotu do Europy uległa europejskiemu zblazowaniu. 

Warszawską część mini trasy "Nie bój się" zorganizowano w "Stodole", zmniejszając w ten sposób ryzyko klapy. Wbrew obawom sala klubu (ok. 1000 osób) wypełniała się po brzegi starymi i młodymi, znającymi zespół jedynie z płyt, fanami. Było tłoczno, ale rodzinnie, i minio dobrze zaopatrzonego w alkohol barku przejawy chamstwa i zadymiarstwa nie miały miejsca. Ustawiona . na scenie super zawodowa aparatura pozwalała mieć nadzieję, iż pod względem dźwiękowym koncert będzie bez zarzutu. Rozpoczęło się jednak pechowo, 

Ku ogromnej radości zgromadzonych (ryk gardeł, las rąk) parę minut "po czasie" na scenie pojawił się zespól tj. Jackowski. Oiesiński. Kowalcwski, Markowski plus nieznany mi bliżej klawiszowiec oraz odmłodzona Kora, wyglądająca tego wieczoru very sexy (czarna mini. czerwone rajstopy itp.). Po zagraniu przez. orkiestrę wstępnych dźwięków sprzęt zaczai huczeć, piszczeć i świszczeć i w ten oto sposób pierwsze trzy utwory, zresztą super klasyki ("Żądza pieniądza", "Stoję, stoję...", "Boskie Buenos") uległy kompletnemu zniekształceniu. Zdenerwowani do granic możliwości muzycy i wokalistka opuścili scenę, dając akustykom czas na doprowadzenie wszystkiego do porządku i krótką pokutę. 

Rozczarowany tłum jęknął, ktoś krzyknął "popelina!", ja zaś pełen szczerego współczucia udałem się wraz z przyjaciółmi do baru. Trwająca blisko pół godziny przerwa rozbiła nieco dramaturgię koncertu, na szczęście jednak dla zespołu w "Stodole" znaleźli się jego najwierniejsi fani, potrafiący (czasami bezkrytycznie) zrozumieć i wybaczyć wszystko. 

Po przerwie koncert rozpoczął się na nowo. Tym razem grupa zaatakowała czystym i selektywnym dźwiękiem. Doskonale brzmiące gitary, niezłe bębny, których jedynym mankamentem była zbyt mocno wyeksponowana stopa, i nieco gorzej słyszalny bas z wokalem stanowiły o całości. Generalnie jednak rzadko który polski zespół rock'n'rollowy (z zasłyszanych przeze mnie) mógł popisać się tak dobrym brzmieniem "na żywo". Ze sceny posypała się wiązanka hitów z lat 1980-90: "Biegnij razem ze mną". "Paranoja jest goła' "Jest już późno, piszę bzdury' "Raz dwa rai dwa", "Jesteśmy ze stali" Ściemnia się", aż po najnowszy "Nie bój się", który na tle dawnych przebojów wypadł raczej blado. 

Większość repertuaru Maanarnu stanowiły kawałki z albumu "Nocny patrol" (1984). Większość refrenów publiczność odśpiewała wspólnie z Kora, dając dowód na to, iż żyją one wciąż w świadomości ludu. Atmosfera koncertu przypominała słodkie lata osiemdziesiąte, bo taki właśnie " retrospektywny - miał on charakter. Muzycy, jak na starych wyjadaczy przystało. prezentowali dobrv. wyrównany poziom. Soczyste i rasowe solówki Ricarda Olesińskiego doskonale współgrały z inteligentną. riffową grą będącego w świetnej formie Marka Jackowskiego opartą na najlepszych. stonesowo-kinksowych wzorcach. Myslę, że zaskoczył on naprawdę wielu, udowadniając, iż gitara w Maanamie to nie tylko Olesiński. Sekcja rytmiczna grata oszczędnie, bez amatorskich popisówek klawisze stanowiły tło. Różnie bywało natomiast z główną gwiazdeczka spektaklu. Zdarzyło się jej bowiem parę wokalnych wpadek, które nic powinny mieć miejsca. Spowodowały one, iż niektóre wersje utworów odbiegały znacznie od swych studyjnych pierwowzorów. Jednak wdzięk, aparycja, seks i ruch sceniczny Kory pozwalały upomnieć o tych potknięciach i raz możemy uznawać ją za rock'nrollową frontmenkę nr 1 na krajowej scenie - niezupełnie młodzieżowe. 

Program Maanamu trwał dorze ponad godzinę, po czym ropoczął się festiwal bisów z "Kocham cię kochanie moje" na czele. Po 3 czy 4 powtórkach Maanam zakończył swój set 

We wczesnych lalach osiemdziesiątych będąc zbuntowanym punkrockerem olewałem wszystkie polskie kapele z rodzinnego topu. Co do Maanamu. to był to zespół przeze mnie wówczas tolerowany, choć nie należałem z pewnością do grona jego fanów. Po upływie czasu stał się on obok Brygady Kryzys i Odziału Zamkniętego najbardziej szanowana przeze mnie polską kapelą lat osiemdziesiątych. Zastanawiam się jednak, dlaczego decydując się na come back w roku 1991 Kora i spółka nie zaprezentowali (poza jedną piosenkę) nic nowego. To, że stare hity wciąż są żywe, nie powinno być usprawiedliwieniem na lenistwo bądź brak nowych pomysłów byłych państwa Jackowskich. Może się mylę, może to tylko wstęp do naprawdę wielkiego powrotu? 

Rozmawiał: Zygmunt Staszczyk 

 
  

powrót