MARGINES MARGINESÓW
MUZA nr 1, 05.2003 r. 


Kora ola, ola! to właściwie druga solowa płyta wokalistki Maanamu. Kora wymarzyła sobie już dawno album ze szlagierami polskiej muzyki rozrywkowej zagranej na latynoamerykańską nutę. Opowiedziała nam jak do tego doszło. 

Dlaczego ta płyta nie powstała wcześniej? 

KORA: Wskoczyłam w inny gatunek, coś totalnie innego niż Maanam. Ale to wciąż muzyka, więc nie dokonałam rewolucyjnego przekwalifikowania i nie stałam się na przykład krawcową. Przez całe lata 90. intensywnie pracowałam z Maanamem. Wydaliśmy wiele płyt, a ich promocja zawsze spadała na mnie. Graliśmy mnóstwo koncertów. Nie były to już dwa występy dziennie, jak w latach 80., ale wciąż bardzo dużo. Poza tym między wymyśleniem takiej płyty, a jej powstaniem jest bardzo długa droga. Trzeba też spotkać odpowiednich ludzi. 

Kogo Pani spotkała? 

KORA: Motorem nagrania Kora ola, ola! był Mateusz Labuda, mój menadżer. Chodził za mną i namawiał do jej nagrania. Zatrudnił, mieszkającego w Polsce, Kubańczyka Reia Ceballo. Reia poznałam już wcześniej, ponieważ przewinął się przez skład muzyków, towarzyszących powstaniu ostatniej płyty Maanamu Hotel Nirwana. Ale wtedy przeleciał przez studio jak meteor. Mateusz dał mu do zaaranżowania kilka piosenek Maanamu. Rei zrobił to cudnie i wtedy podjęłam decyzję o nagrywaniu tej płyty. Wreszcie mogłam zrealizować swoje ma rżenia. Zaśpiewałam piosenki, które znam, kochani i uwielbiam od dzieciństwa. 

Jak śpiewa się je przed publicznością? 

KORA: Trasa koncertowa była wspaniała. Zagraliśmy 11 koncertów w filharmoniach i teatrach na terenie całej Polski. Śpiewanie z zespołem akustycznym takim jak Ola Ola to zupełnie inny niż rockowy rodzaj ekspresji wokalnej to praca cały czas w cuglach. Po raz kolejny rzuciłam palenie, aby mój głos odzyskał pierwotną giętkość, potrzebną do czystego wyśpiewania melodii w moich utworach. 

Który to już raz? 

KORA: Oj, nie zliczę. Jestem nałogową palaczka. Palenie to mój jedyny nałóg. Walczę z mm l zawsze, niestety, do niego wracam. A miałam nawet siedmioletnie przerwy w paleniu. Odchodziłam i wracałam. Teraz paliłam dwa lata i bardzo przygotowywałam się do rzucenia. Udało mi się dopiero, gdy wyjechałam w trasę. Miałam dzień po dniu koncerty, często w odległych miejscach. A na przednówku organizm jest osłabiony... Teraz dobrze się czuję, jestem spokojniejsza. Papieros rozdrażnia, przynajmniej mnie. Gdy rzuciłam od razu zaczęłam mieć sny, one mnie bardzo relaksują, lubię śnić. 

Podobno zdarzają się Pani również sny prorocze? 

KORA: Tak. Przyśnił mi się stan wojenny. Przed jego wprowadzeniem śniło mi się, że przechodzę obok figurki Matki Boskiej, stojącej na bardzo wysokim postumencie. Patrzę na nią i widzę, że ona spływa jak woda czy rtęć z tego postumentu, odwraca się tyłem, biegnie w olbrzymią przestrzeń, robi się coraz większa, szaty z niej spływają i zostaje w krótkiej halce. Potem przeobraża się w wielką robotnicę. Taką, jak na tych wielkich socrealistycznych rzeźbach spod Pałacu Kultury i Nauki i widać tylko jej tył. Na horyzoncie ogromny falujący tłum i ona biegnie w jego kierunku i traci te kolory. Pamiętam to, bo snów profetycznych się nie zapomina. One idą z człowiekiem przez całe życie, są jak piętno. 

Podobno Kamil też się Pani przyśnił? 

KORA: Owszem. A do tego ładnie i erotycznie. Przychodził do nasze- ' go domu wcześniej, ale nie zwracałam na niego uwagi. Dopiero, kiedy pojawił się we śnie spojrzałam na niego inaczej, zauważyłam go. Teraz jesteśmy razem. 

Wracając do płyty,jak Pani dokonała wyboru piosenek? 

KORA: Wybrałam utwory znane, choć dawno nie śpiewane. Tak było między innymi z piosenkami Wandy Warskiej. Chciałam nagrać kilka piosenek o matce, jak Ta ostatnia niedziela. Mama kochała ją, a i dla mnie jest jedną z najpiękniejszych, najbardziej dramatycznych i niezwykłych piosenek. Najbardziej znany jest tutaj przepiękny utwór Pod papugami, kiedyś cudownie zinterpretowany przez Czesia Niemena. To w ogóle magiczna piosenka. Mnóstwo moich znajomych, którzy słuchali jej w dzieciństwie, zawsze widziało ten lokal gdzieś w Polsce. I każdy w innym miejscu. Mateusz Labuda we Wrocławiu, inny przyjaciel w Sopocie, ja w Rabce Zdroju, dokąd z Jordanowa jeździłyśmy pociągiem z zakonnicami. Zaglądałyśmy do kawiarni, muzyczka sączyła się tam, a ładnie ubrane damy i eleganccy panowie siedzieli, sącząc trunki. Jest też kilka piosenek Maanamu. 

Czy myśli już Pani o kolejnej płycie Maanamu? 

KORA: Mogłaby powstać jeszcze w tym roku, bo Marek skomponował parę pięknych piosenek. Musimy się jednak nad nią poważnie zastanowić. To dla mnie kolejne wyzwanie, bo muszę napisać teksty do tych utworów. 

Jest Pani sentymentalna? 

KORA: Bardzo. Wychowałam się w bardzo nostalgicznym świecie. Jak w Krakowie przejechał ulicą jeden samochód na dzień, to była wielka sensacja. A jeden z taksówkarzy miał forda taunusa, co było nie lada wydarzeniem. Nic innego wtedy nic robiliśmy, tylko staliśmy koło tego taunusa i oglądaliśmy go. Moi rodzice pochodzili ze wschodu, a tam było zupełnie inne tempo. Dlatego nienawidzę się śpieszyć. Jestem z jednej strony osobą bardzo nowoczesną, z drugiej bardzo archaiczną. Uważam, że to człowiekowi służy. Człowiek bez przeszłości w ogóle mnie nie interesuje. Co on może mi dzisiaj pokazać? Czego się od niego można nauczyć? Niczego, oczywiście jeżeli nie ma tego oka na środku czoła i szóstego zmysłu. Gdyby nie ten dorobek kulturowy, z którego się korzysta, to nasz świat byłby beznadziejny. Jest tak skomercjalizowany, że aż ohydny i trujący. To, co teraz się dzieje jest holocaustem kulturowym. 

Co Panią najbardziej denerwuje? 

KORA: Nie oglądam seriali, quizów, które są po prostu nieludzko głupawe, nie oglądam widowisk typu Big Brother i jestem przeciwna nagłaśnianiu takich zjawisk. Użyczyłabym tego czasu medialnego innym zjawiskom kulturalnym, które są wartościowe i kulturotwórcze. Media państwowe, na które my płacimy podatki powinny w normalnym czasie, a nie np. o drugiej w nocy, dać ludziom takim jak ja możliwość obejrzenia dobrych filmów. Ale one mają mnie w dupie, bo ja jestem margines marginesów. Tylko zastanawiam się, na co ja płacę te podatki? 

Bierze Pani czynny udział w Klubie 22. Co to jest za klub? 

KORA: Zrzesza on kobiety mające wpływ na polską politykę, gospodarkę, kulturę. Zasadą klubu jest, że przynajmniej raz na dwa miesiące zapraszamy kogoś bardzo ważnego. Byli wszyscy prezydenci, premierzy, wielu ministrów, biznesmenów, ludzi kultury. Zawsze jest wymiana poglądów i wszystkie kobiety w klubie mają szansę wypowiedzieć swoje opinie na temat tego, co się dzieje w kraju. Kiedy spotykamy się z panem prezydentem, ma on nagle przed sobą dwadzieścia parę kobiet i każda z nich reprezentuje inne środowisko. Takie spotkania to także wielka przyjemność. Ja jestem enfant terrible, nieznośnym dzieckiem. Klub nauczył mnie bardzo wiele. 

Czego Panią nauczył? 

KORA: Rozumienia pewnych pojęć, które rządzą społecznym, politycznym, gospodarczym życiem Polski. Poznałam sprawy, przy których jeszcze niedawno zatykałam uszy i nie chciałam słuchać. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy o problemach gospodarczych, powiązaniach gospodarki i polityki. To są ważne lekcje. Można je polecać narodowi, bo każda z naszych pań mogłaby jeździć jak ksiądz Robak po Polsce, robić wykłady i rozjaśniać ludziom w głowach. Bo to nie są proste sprawy. 

Czy jest Pani feministką? 

KORA: No jasne, zdeklarowaną! Dziewczyna zawsze ocaleje, a facet jako słabe stworzenie ma przechlapane! 

Rozmawiała: Leszek Gnoiński, Ilona Lewandowska

 
 

powrót