MALOWANE MADONNY
Echo dnia, Super Relaks, 30.10.1998r. 

fot. Wojciech Glinka 


KORA – wokalistka Maanamu, poetka. Kamil Sipowicz – filozof, plastyk, menadżer. Od wielu lat żyją, pracują i tworzą razem. W czarnoszarej rzeczywistości zbudowali dla siebie własny kolorowy świat. Ich podwarszawski dom – ciepły, magiczny – ozdabiają niezwykłe przedmioty. Są wśród nich obrazy Kamila i gipsowe madonny malowane przez Korę. 

Ma Pani niemałą kolekcję dzieł sztuki sakralnej. Skąd u Pani zainteresowanie takimi właśnie przedmiotami? 

K: Rzeczywiście, jest ich bardzo wiele w naszym domu. Moje zbieractwo przedmiotów sakralnych wynikło z chęci, żeby były po prostu wokół mnie. Wychowałam się w kulcie katolickich figur Chrystusa, aniołów i Madonny. One mnie poruszają i uspokajają, są dla mnie punktem odniesienia, fetyszem, który mnie chroni magicznie przed światem i złem, odpowiadają mojemu wewnętrznemu klimatowi i emocjom. 

Obok zabytkowych, starych figur stawia Pani kolorowane przez siebie gipsowe madonny. Jak zrodził się pomysł na tego rodzaju twórczość? 

K: Inspiracją była moja wycieczka do Meksyku. Polskie madonny są bardzo skromne, biało – niebieskie, blade. Meksyk pokazał mi zupełnie inną Madonnę, niezwykle kobiecą, szalejącą kolorem, eksplodującą barwami. Zobaczyłam coś, co mi niezwykle odpowiadało, coś dla siebie. To było impulsem do tworzenia własnych madonn. 

Nie obawia się Pani posądzeń o uprawianie kiczu? 

K: Przecież ta quasi – sakralna, ogólnie dostępna, ludowa sztuka jest sama w sobie kiczem. Na ten kicz nakładam coś, co go potęguje. Zresztą nie oceniam moich madonn w kategoriach sztuki. Ten kicz ma niesłychanie dużo uczuć, sentymentalnych wzruszeń, które po prostu są mi potrzebne do życia. 

Odpowiada Pani atmosfera kolorowych jarmarków czy wiejskich odpustów? 

K: Oczywiście. Na takich jarmarkach spędzałam dużo czasu jako dziecko. One dzisiaj nie są tak kolorowe, niewinne jak kiedyś. Brakuje na nich piłeczek, baloników, korkowców, biżuterii – cudownych przedmiotów, rękodzieł. Teraz przeważa masowa i sztampowa produkcja. To samo dotyczy madonn, są pozbawione piękna, delikatności, przepięknych detali, charakterystycznych dla starych, ręcznie robionych figur. Niektóre są po prostu brzydkie i ordynarne. Dopiero kiedy je maluję, odzyskują urok, który powinny mieć od początku. 

Komu Pani ofiarowuje malowane przez siebie madonny? 

K: Nie obdarzam nimi tych, którzy tego nie chcą, którzy sami nie zwrócili na nie uwagi. Był taki moment, że miałam w domu kilkadziesiąt madonn. Zostały rozdane, a przybywa ich bardzo niewiele. Właściwie w tej chwili powstają na wyraźne życzenie, niejako na zamówienie. Okres szału na malowanie madonn już mi minął, choć w dalszym ciągu odnajduję w tym dużą przyjemność. Nie muszę się do tego przymuszać, wystarczy, że chcę. Tylko, że czasami brakuje czasu, bo już samo otwarcie „warsztatu”, stworzenie sobie stanowiska, a nie mam specjalnej pracowni, jest zaburzeniem pewnego porządku dnia. O wiele łatwiej mi to robić w naszym domku nad jeziorem, gdzie właściwie wszystko jest na podorędziu, o wiele trudniej tutaj, w domu, gdzie inaczej buduje się dzień. 

Zdarza się Pani w swoich podróżach po Polsce zatrzymywać się przy przydrożnych kapliczkach, żeby obejrzeć ukryte w nich figury świętych? 

K: Oczywiście, zatrzymujemy się i przede wszystkim je fotografujemy. Te kapliczki są piękne, smucą mnie, a jednocześnie uspokajają. Są dla mnie obrazami z dzieciństwa. Patrząc na nie czuję spokój, że istnieją jeszcze bliskie mi klimaty, że nie zniknęły wraz z szybko rozwijającą się cywilizacją dającą nam zupełnie coś innego. 

Pani twórczość plastyczna jest, najprościej mówiąc, wypełnianiem formy kolorami. Od tego właśnie dzieci zaczynają swą plastyczną edukację. Próbuje Pani nadrobić stracony czas? 

K: Akurat kolorowania mi w dzieciństwie nie brakowało, więc jest to raczej kontynuacja tego co robiłam często i z wielką przyjemnością. Kolorowanie jest dla dziecka relaksem i jednocześnie edukacją. W moim przypadku to także rodzaj nauki – nauki malowania farbami, dobierania ich, wypracowania własnej techniki. To równocześnie zabawa, bo przecież w każdym z nas tkwi dziecko, anielska niewinność, za którą tak bardzo w dorosłym życiu tęsknimy. 

Jak powstają Pani obrazy? 

K: To jest wspólna praca moja i Kamila, który ma niesłychane wyczucie formy – pozornie prostej, ale nie do naśladowania. Kamil daje formę, a ja uzupełniam ją kolorami, przy czym nie jest to tylko bezmyślne kolorowanie, bo przecież patrząc na paletę barw dokonuję świadomych wyborów. 

Za każdym razem są to więc dwa dzieła w jednym? 

K: Tak, ale Kamil robi też wiele rzeczy sam, ja jestem raczej marginesem jego działania. On jest, w przeciwieństwie do mnie, absolutnie samodzielny. Namalowałam w swoim życiu kilka obrazków, lecz nie były tak cudne i skończenie piękne jak rysunki Kamila. 

Pozwala jednak Pani ingerować w niektóre swoje prace. 

K: Gdyby nie był zadowolony z efektu, to pewnie by mi nie pozwalał. Uważa, że nie psuję jego formy, tak jak Marek Jackowski uważa, że nie psuję jego muzyki. 

Jak ważna jest dla Pani własna twórczość plastyczna? 

K: Traktuję to bardzo „przyjemnościowo” i bezstresowo, bo przecież nie jest to moja działalność zawodowa. Niektóre obrazy nawet sprzedaję, robię wystawy. Teraz mamy właśnie bardzo dużą wystawę w warszawskiej galerii „Elot”, później nasze obrazy jadą do Łodzi i Gdyni. Malowanie czy robienie biżuterii jest dla mnie rodzajem odpoczynku, urlopem od pracy. 

Dziękuję za rozmowę. 

Artur Szczukiewicz

 
  

powrót