KORA ala FRIDA
URODA 10.2002 


Kora Jackowska znowu inna. Jej Zdaniem kobieta musi się zmieniać. A twórcza może okazać się nawet zmiana na gorsze. To też nie wyrok. Bo zawsze można coś poprawić. URODZIE opowiada o chwilowych zauroczeniach i trwałych fascynacjach kobiety świadomej 

Jaki jest styl Kory? 

Lekko odlotowa sportowy, wygodny. Lubię proste ubrania, w których w każdej chwili mogę się położyć, które mnie nie ograniczają. Jakby powiedziały nasze mamy: prostota, umiar i elegancja. Jestem wierna własnemu stylowi. A ciągoty do falban, skomplikowanych fryzur czy dredów to tylko chwilowe zauroczenia.. 

W ciągu ostatnich lat naliczyłam ponad 15 Twoich wizerunków scenicznych. Skąd ta potrzeba zmian? 

Znam kobiety, które tak samo się ubierają niezmiennie od kilkudziesięciu lat. Mają tę samą fryzurę, kolor włosów i styl. Dla mnie to objaw ciężkiej choroby. Patrzę na nie i strasznie się meczę. Dziwi mnie również to, że jej otoczenie to wytrzymuje. Jeśli chodzi o mnie, nie ma dnia, żebym choć raz nie spojrzała w lustro. I nie chodzi o samozachwyt. Patrzenie w lustro pozwala mi wszystko kontrolować. Przychodzi moment, kiedy więdnie się wraz ze starym wizerunkiem. Oczy już nie błyszczą, cera szarzeje, i to, co nie tak dawno było fantastyczne, dziś jest beznadziejne. Wtedy trzeba zrobić coś zupełnie nowego. Ja nie mogłabym całe życie wyglądać tak samo. Zmiany bywają lekarstwem na zło. Każda zmiana jest dobra. Nawet ta na gorsze. 

Zdarzały Ci się takie zmiany? 

A jakże! Ile razy! Zwykle były niesłychanie obciachowe. Na przykład ogolenie głowy przeze mnie głowy na początku lat 80 miało bardzo prozaiczny powód. Wtedy jako Maanam graliśmy ponad dwadzieścia koncertów w miesiącu. Ciągle w drodze. W trasie miałam sporo wolnego czasu. Postanowiłam zrobić sobie trwałą. Wytrzymała na mojej głowie dokładnie tyle, ile zajęło wejście na górę do pokoju i spojrzenie w lustro. Wtedy ogoliłam sobie głowę. Jak widzisz, wszystko z nudów! 

Może nowy wizerunek gwiazdy to sposób, by odciągnąć uwagę od jej zmarszczek? 

Otwarcie mówię, ile mam lat. Dbam o siebie. Nie tyję, chodzę do kosmetyczki i na masaże. Młodym czyni człowieka jego umysł, energia i ciało. Jestem proporcjonalnie zbudowana i cały czas pracuję nad sobą. Żeby poznać mój umysł, trzeba trochę ze mną pobyć. A jaką mam energię, każdy widzi na scenie. Mimo to, patrząc w lustro, ciągle jestem z siebie niezadowolona. 

Zdarzyło Ci się miewać depresje z powodu swojego wyglądu? 

Kto wie, czy to nie powód większości moich depresji. Jestem perfekcjonistką. Chciałabym, żeby wszystko wokół mnie było doskonałe. A nie jest... Jedyne, co mam dane od natury i jestem z tego zadowolona, to energia. A co za tym idzie - harmonijne poruszanie się. Można być ślicznym, ale poruszać się ciężko i ospale, jakby się miało 100 lat. Ja mogłabym, na przykład, cały czas chodzić nago... 

Hitchcock twierdził, że rozebrana kobieta przypomina film, w którym na początku zdradza się zakończenie. 

On nie lubił patrzeć na siebie. Miał straszne kompleksy, i przez ten pryzmat oceniał innych, oraz dziwny stosunek do kobiet. Nie zaskakuje mnie więc to, że tak powiedział. Dla mnie nagość to normalny stan. W lecie, nad jeziorem wszyscy chodzimy nago. Nagość jest zdrowa, ciało swobodnie oddycha. Bardzo lubię czystość, stąd może bierze się moje zamiłowanie do nagości. 

Czy zgadasz się z Clintem Eastwoodem, że naprawdę atrakcyjne są świadome siebie kobiety po czterdziestce? 

Bardzo mu dziękuję za to zdanie! Ale nie wierzę w cezury wiekowe, tylko w doświadczenie. Człowiek w życiu różnych j doświadcza weryfikacji. Sama to przez szłam: rozwód, lata 80 i moja ówczesna sytuacja zawodowa. Wtedy uczyłam się siebie i bardzo wiele mnie to kosztowało. Ale dzięki temu sporo się wtedy o sobie dowiedziałam. Niedawno też mia-8 łam "dołek". Umiałam jednak już sobie pomóc. Włączyłam system samoobrony. 

Z kolei Franco Nero, znany włoski aktor, stwierdził, że kobiety po czterdziestce stają się atrakcyjne, bo wreszcie przestają się odchudzać. To prawda? 

Gdzie tam! Gały czas się odchudzani. Jestem estetką i nie lubię otyłości. Nie mogłabym znieść siebie obrośniętej tłuszczem. Przyjaciółka przywiozła mi czekoladki "Leonidasa" z Belgii. Zjadłam osiem i przez tydzień żyłam z tą świadomością. Narzucam sobie surową dyscyplinę. Latem dużo pływam, piję codziennie wodę niegazowaną. Jestem skończonym leniem i na spacery nie chodzę, chyba że po plaży w Meksyku. 

Czy Twoja fascynacja Fridą Kahio to kwestia mody? Wkrótce na ekrany kin wchodzi film o Fridzie. Prasa też poświęca jej sporo uwagi... 

Identyfikuję się z nią nie od dziś. Mój związek z Fridą Kahio jest bardzo głęboki i trwa od lat. Kiedy miałam 18 lat, dzięki Zofii de Ines Lewczuk, zobaczyłam w Krakowie obrazy Kahio na pocztówkach. To był szok. Potem zaczęłam o niej czytać i zainteresowałam się sztuką meksykańską. Miałam to szczęście, że widziałam obrazy Fridy w muzeum, z bliska. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Może być porównywalne tylko z tym, kiedy na własne oczy zobaczyłam Gauguina i Basquiata. Niemal mogłam ich dotknąć. O stylizacji na Fridę Kahio myślałam już przy płycie "Hotel Nirvana" prawie trzy lata temu, kiedy nie było nawet mowy o modzie na Fridę. Chwilowe mody w ogóle mnie nie dotyczą. Do tego Fridą była przepiękną kobietą. Uwielbiam taki typ urody: dramatyczny, wyrazisty, bardzo harmonijny, który wyraża silną osobowość. A w kwestii praktycznej: na okładce mojej nowej solowej płyty "Kora ola ola!" i w teledysku do piosenki Wandy Warskiej "Nim zakwitnie tysiąc róż" - mam koronę z warkoczy na głowie. Taką, jaką nosiła Fridą. Świetnie się w niej czuję i inaczej poruszam. Wydaję się sobie wyższa. Ta charakteryzacja, fryzura, ubrania są dla mnie Stworzone. 

Co zawdzięczasz Fridzie? 

Absolutnie kocham jej malarstwo. Fridą rzuciła mnie na kolana. Są takie zjawiska w kulturze, które bronią się same i nie potrzebują wielkich akcji marketingowych. Są niezniszczalne. 

Rozmawiała: Karolina Korwin Piotrowska

 
 

powrót