KORA
Magazyn Muzyczny 1988 r 



Niektórzy złośliwi krakowianie twierdzą. Zygmunt III Waza przeniósł stolicę Polski z Krakowa do Warszawy, gdyż lekarz zalecił świeże, wiejskie powietrze. Ty także zmieniłaś Kraków na Warszawę. 

O tym twierdzeniu to nawet nie wiedziałam. Nie uważam Warszawy za wieś. Nie jestem złośliwa w stosunku do Stolicy. Do te decyzji skłoniły mnie sprawy osobiste. Wcześniej przez kilka lat mieszkałam w Warszawie. Oczywiście, nie kocham jej tak jak Krakowa. 

Dużo zmieniło się w Twoim życiu prywatny,. o czym wie krąg bliskich znajomych. Także dużo zmieniło się w Twojej sytuacji zawodowej. Jak te dwie sprawy wpływają na Ciebie? 

Prywatna sytuacja to, że mieszkam w Warszawie. I więcej nie chciałabym o tym mówić. Ona, wbrew pozorom, nie zmieniła się aż tak diametralnie, jakby się wydawało. Natomiast zawodowo? Nie ma grupy Maanam. nie gramy ze sobą. Teraz nie śpiewam. Ale drugiego października wchodzę do studia i będę nagrywać bardzo dziwną płytę. W żadnym razie nie będą to moje teksty ani muzyka, żadnego współczesnego kompozytora. 

Co to będzie? 

Jeszcze nie wiem. Będzie to tak dziwny produkt. że sama nie wiem. co z tego wynikłe. W każdym razie będzie to coś zupełnie mego od tego, co do tej pory robiłam. 

A jednak zmiany. Czy będzie zmiana empoli? 

Nie. Nagrywam płytę, gdyż jest to jedna nielicznych rzeczy, które - jeżeli chodzi o pracę - lubię robić. Ponieważ nie mam własnych kompozycji nagrywam to, co jest dla unie interesujące. 

Czy to jest Twoje definitywne odejście od rocka? 

Nie, choć do rockowej muzyki mam dość ambiwalentny stosunek. 

Przeżyłaś na scenie boom rockowy w Polsce. który się już skończył, bądź kończy. Czy mogłabyś go ocenić z dystansu? 

Wtedy, gdy on był. to, mówiąc szczerze. Bardzo mało wiedziałam i widziałam. Nie miałam w ogóle perspektywy. A bez niej nic nie nożna zobaczyć. 

A teraz? 

Teraz ją mam i bardzo miło wspominam ten okres. Ale też wspominam go jakby wydarzył się nie mnie, tylko innej osobie. Ten boom rockowy to była reperkusja jeszcze hipisowskich czasów. U nas w lalach 60. ten ruch zaistniał przede wszystkim socjologicznie. Muzycznie zaś nie aż tak. To drzemało w baziach. Niespełnione tęsknoty, potencjały. i którymi się nic nie działo. Także sytuacja polityczna w drugiej połowie lat 70. była bardzo istotna. Pamiętam tę atmosferę i nas w tym wszystkim. W polityce już wtedy mówiło się o wolności. Zaczęły się pierwsze ruchy solidarnościowe. Młodzi ludzie tacy jak ja i dużo młodsi wreszcie mogli się pod czymś podpisać. Nie będąc zaangażowanymi politycznie, bo polityka nie jest dla dzieci, chcieli mieć coś quasi-politycznego. Coś co dawałoby im możliwość odnalezienia i akceptacji samych siebie. A teraz jest już po tym. Zresztą w kraju jest paranoiczna sytuacja. Ostro się tutaj dzieje. Jest to bardzo interesujące. Nie sposób od tego uciec. Ludzie w tym tkwią i tym żyją. Chociaż z drugiej strony Jarocin udowodnił, że muzyka młodych jest nadal dla nich magnesem. Może jest mniej koncertowo, mniej halowo. Ale to już są czysto ekonomiczne sprawy. 

Jak w tym, o czym mówiłaś, widzisz Maanam? 

To była bardzo mocno kultowa grupa, pomimo że w pewnym momencie nie byliśmy już undergroundem. Byliśmy dla wieli ludzi ważni, potrzebni. Coś ten Maanam znaczył. Ludzie się z nim utożsamiali, l takie ważności nie jest w stanie nic przekreślić. Bo cóż, czy teraz śpiewam, czy nie- to nie ma znaczenia. Równie dobrze mogłabym umrzeć, zginąć w wypadku samochodowymi też by tego Maanmu nie było. Jeżeli ludzie uważają, że tylko - tak jak w Kościele _ śmierć może rozłączyć węzeł małżeński, to już ich sprawa. Nie brałam z ludźmi ślubu.Ale gdybym nadal była z Maanamcm. mogłoby dojść do kuriozalnej sytuacji. Jak jak The Rolling Stones. Oni są dla mnie totalnym okazem dziwnego baobabu, mamutem syberyjskim. Bo cóż można powiedzieć o coraz starszych panach dbających, by wyglądać coraz młodziej. Daje to żałosny efekt. Ta sama muzyka, to samo trzepanie. Koszmar, po prostu koszmar. Przynajmniej dla mnie. Ja tego nie akceptuję. Ale inni lubią żywe mity. 

Jeżeli już jesteśmy przy milach, to Ty też im jesteś. Przez cały okres naszego boomu rockowego funkcjonowałaś z metryczka gwiazdy. A teraz... 

Jeżeli można mówić o jakichkolwiek zmianach, to zmieniam się tak jak drzewo. Mam silne poczucie indywidualności, uważam się za osobę niesamowicie niezwykłą. Ale też każdy człowiek jest właśnie taki. I chciałabym, żeby ludzie lak właśnie na siebie patrzyli. Żeby widzieli w sobie przepiękny, skończony twór boski. Oznacza to, że z jednej strony mam kult dla swojej osoby, tak samo jak dla każdej osoby żyjącej. Z drugiej - jestem najnormalniejszym człowiekiem. Z tego też wynika moje widzenie i Maanamu, i tamtego okresu. To był wspaniały okres. Ale zubażał mnie mocno o bardzo istotne dla mnie treści życiowe. W tej chwili nareszcie czuję się kobietą. Tak naprawdę do tej pory ta kobiecość była bardzo zubożona. Byłam tworem, który już nawet sam siebie nie dotykał, tworem pozbawionym czucia. Z jednej strony duża wiarygodność, a z drugiej potworne zmęczenie, brak czasu i siły by pomyśleć o sobie. W tej chwili nareszcie mam na to czas Od momentu, gdy się rozstałam z Maanamem zrobiłam właśnie dla siebie bardzo dużo istotnych rzeczy. Gdybym miała jeszcze raz rozstać się z Maanamem, zrobiłabym to samo. 

Zostańmy jeszcze przez chwilę przy gwieździe. Byłaś gwiazdą nie wykreowana, wymyśloną przez kogoś z zewnątrz. Sama siebie wykreowałaś, a przez swoje teksty kreowałaś rzeczywistość. 

Ja siebie nie wymyśliłam Zaczynaliśmy od czegoś bardzo małego, czysto rozrywkowego, by miło spędzić wieczór, gdy już dzieci zasnęły. A potem to się rozpędziło tak. jak mała kulka śniegu tocząca się z góry. Nasze muzykowanie też nabrało masy. Teksty pisałam od siebie. To nie były listy kierowane do jakiegoś konkretnego odbiorcy. Po prostu opisywałam rzeczywistość, a Marek pogłębiał to muzyką. Ludzie odnajdywali się w tym, bo mówiłam o tym, w czym wszyscy żyliśmy. Przecież nie żyłam na Atlantydzie czy gdzieś w kosmosie. 

O różnicy, podziałach pokoleniowych wiele napisano. Jesteś w specyficznej sytuacji. Z jednej strony byłaś idolem małolatów, z drugiej zaś matką dwóch nastolaktów. 

Z moimi synami nie mam żadnych konfliktów, bardzo się kochamy. Są moimi partnerami życiowymi. Nie wyobrażam sobie bycia bez nich. 

A konflikty pokoleniowe poza rodziną? 

Ja ich w ogóle nie odczuwam, bo bardzo się izoluję. Nie jestem człowiekiem społecznym, który chodzi i załatwia cudze sprawy w sposób normalny. Robię to z katedry, ze sceny. Natomiast prawdą jest, że niezależnie od wieku, ludzie nie widzą we mnie kobiety dorosłej. Koledzy mego czternastoletniego syna mówią mi na ty. Patrzę na to trochę ze zdumieniem, ale akceptuję, bo cóż innego mogę zrobić. Człowiek, który ma szersze widzenie świata nie wpada w konflikty. Ludzie każdego pokolenia są interesujący i ciekawi. I dzieci, i dorośli. Nie odczuwam konfliktów i obym nigdy nie musiała powiedzieć, że nie rozumiem młodego pokolenia. Wszystko polega na zrozumieniu, a ja jestem chyba w stanie zrozumieć wszystko. 

Jakie jest młode pokolenie? 

Towarzystwo, który przychodzi do mojego starszego syna, to ludzie szesnasto- siemnasto- i dwudziestoparoletni. Jego koledzy. przyjaciele są bardzo interesujący. Spędzam z nimi czas, piję kawę, rozmawiam. Ale gdy na przykład jestem w "Remoncie", ogarnia mnie strach. To jest zgroza, horror. Porównując te środowiska z analogicznymi na Zachodzie, widać między nimi kolosalna różnicę. Ładunek agresji, który unosi się w powietrzu w "Remoncie" jest dla mnie czymś przerażającym. Ostatnio byłam tam tytko dwa razy, ale wszystkie miejsca, gdzie gromadzi się młodzież są tak samo przesiąknięte agresja. Czegoś takiego nigdy nie odczuwałam. To jest straszne. "Remont" był klubem, do którego kiedyś chodziliśmy. Ale nigdy nie było tam czegoś takiego. Teraz tam bez przerwy się biją. Myślę, że oni się zupełnie nie spełniają w życiu jako ludzie. Stąd bierze się ta potworna agresja. Jeżeli tak dalej będzie, to wkrótce wszyscy się pozabijają. 

Twój zawód, kariera nie ułatwia Ci wychowania synów. 

Ostatnie dwa, trzy lata jestem o wiele wiece; z nimi i odbieram to wspaniale. Nie mam żadnych problemów wychowawczych. Dużo ze sobą rozmawiamy. Ustaliłam wzajemną relację stuprocentowej lojalności. Wszystko sobie mówimy. Nie ma takiej sytuacji, że coś przed sobą ukrywamy. Nawet gdy zareaguję agresywnie, co się rzadko zdarza, oni to tolerują, gdyż wiedzą jaka jestem naprawdę. Ale oni nigdy nie wychowywali się w trudnych warunkach. Ogromne trudności materialne mogą powodować trudności wychowawcze, konfliktować, bo ludzie są wtedy napięci. Na razie nie brakuje mi pieniędzy zbyt dramatycznie. Aczkolwiek nie mam ich za dużo. Nie są to kokosy, ale nie ma też tego, co jest chyba w większości polskich domów - panicznego lęku o byt. 

Nie tęsknisz za sceną, nie brakuje Ci jej? 

Ostatni koncert zagrałam w grudniu. Niedługo będzie już rok. Brakuje mi tego. Ale dobrze się składa, bo nagrywam płytę, a po niej chcę zrobić parę recitali i jadę na koncerty do Stanów. Oprócz tego przejadę przez Frankfurt, gdzie mam spotkać się z australijskim muzykiem, który chce dla mnie komponować. Nie znam go, wiem tylko, że jest świetnym gitarzystą grającym w bardzo popularnym australijskim zespole. Usłyszał mnie na płycie i zaproponował mojemu menażerowi współpracę. Nie siedzę w miejscu, nie gnuśnieję. Kiedyś ze Staszkiem Sojką zrobiliśmy na żywo mały występ w telewizji. Miałam przyjemność, bo była tam publiczność. 

W zeszłym roku wystąpiłaś w koncercie galowym Przeglądu Piosenki Aktorskiej. Zaśpiewałaś Okularników i Kochanków z ulicy Kamiennej. Skąd u Ciebie taki repertuar? 

Agnieszka Osiecka zaproponowała mi udział w Gali. "Okularników" znam, bo śpiewałam ich, gdy byłam małą dziewczynką. Teraz mam propozycję na recitale z tego typu repertuarem. Ale są to otwarte sprawy. Wymagają czasu i poświęcenia. Jednak w dalszym ciągu bliższa mi jest samorealizacja jako autora niż wykonawcy. Wykonawca to też jest wspaniała rola. Na to jest jednak zawsze czas. Natomiast, żeby śpiewać i robić wrażenie na scenie czasu mam coraz mniej. Jestem kobietą. Muszę występować i robić własne rzeczy. 

Przymierzasz się też do płyty z piosenkami "Kabaretu Starszych Panów". Pierwsze wykonania tych piosenek są sztuką przez największe S. Czy nie boisz się konfrontacji z ideałem? 

Pan Jeremi Przybora wybrał dla mnie utwory, które były mało wykonywane i nie są takimi wzorcami. Ale oczywiście, że się nie boje. Nie jestem byle jakim wykonawcą. Gdy Sting zaśpiewał Brechta, to ja nie lubiąca Brechta, byłam oczarowana. Nie lubiłam także dotychczasowych sposobów wykonywania jego songów. Ale Sting zrobił z nich coś genialnego. 

Oczywiście, te pierwowzory bardzo kocham. Są to wspaniali wykonawcy, ale zaśpiewam tylko jedną piosenkę Kaliny Jędrusia, którą później śpiewało wiele kobiet-"Bo we mnie jest seks"... 

Tę piosenkę może zaśpiewać prawie każda kobieta. 

Tak. Kalina jednak zaśpiewała to rewelacyjnie. Poza tym jeszcze tego nie zrobiłam. A propozycja wyszła od pana Przybory. 

O czym marzy Kora? 

Prawdę powiedziawszy o niczym nie marzę. Bóg mnie kocha. moje pomysły realizują się powolutku. A ponieważ nienawidzę pośpiechu, jest mi z tym dobrze 

Rozmawiał: Marian T. Kutiak

 
  

powrót