IDĘ SWOJĄ DROGĄ
LOOK, 3/4 2003 


fot. Marek Pietroń 

Ma Pani talent do tworzenia nowych form. Dotyczy to zarówno otoczenia, jak i różnych transformacji samej siebie. 

KORA: Ma Pani na myśli tworzenie własnego wizerunku? Niczego nie tworzę tylko po to, by uzyskać nowy wizerunek. Nawet moje ekstremalne posunięcia moją inny cel. Na przykład golenie głowy to dla mnie zabieg głębokiej higieny. Robiłam to zawsze wtedy, kiedy byłam bardzo przemęczona, to zresztą rodzaj terapii oczyszczającej znany w świecie. Za to kiedy czuję się dobrze, tak jak teraz, kiedy stają przede mną nowe wyzwania, wtedy zapuszczam włosy. Jednak przy bardzo, bardzo dużym zmęczeniu pojawia się stan, który określam jako odsłonięcie, w moim wypadku całkowite. Nawet się wtedy nie maluję, odpadają wszelkie elementy gry. 

Podkreśla Pani, że świetny wygląd zawdzięcza Pani dbałości o zdrowie. 

KORA: Jedno logicznie wynika z drugiego - jak się jest zdrowym, to się lepiej wygląda. Dla mnie wszystko pozostaje w obrębie podstawowej higieny. Wbrew pozorom nie należę do osób, które wylegują się w wannie. Prawdziwą kąpiel biorę raz na tydzień, chyba że jestem w podróży albo bardzo intensywnie pracuję. Ale kiedy dzień po dniu jestem w swoim własnym domu, bardzo higienicznym, czystym, wtedy nie widzę powodu, żeby bez przerwy wyjaławiać skórę. Więc przede wszystkim higiena, od czasu do czasu kosmetyczka, masaż. Ale nawet jeżeli sobie założę, że będę robić to wszystko regularnie, to raczej mi się nie udoje. Bywa, że po prostu nie chce mi się wychodzić i tracić czasu no to, żeby coś koło siebie zrobić. Poza tym nie piję, nie palę. W lecie jestem bardzo dużo na świeżym powietrzu. Moim ukochanym sportem jest pływanie. Potem joga i ewentualnie bieganie. Mało jem. W zasadzie wszystko/ unikam tylko poważnych ciemnych mięs. 

Czyli w Pani wypadku dbanie o siebie polega na różnego rodzaju zaniechaniach? 

KORA: W jakimś sensie tak, uważam, że jeśli się przesadnie dba o siebie, to można się „przedbać". Znacznie ważniejszy jest stan ducha, poczucie harmonii. Ja na przykład dużą część własnego czasu poświęcam domowi, codziennym zajęciom, bo to mnie relaksuje. Energia nie jest nieskończona, trzeba umieć dbać o to, żeby jej nie wytracać, l ja staram się to robić. Jestem bardzo mało rozrywkowa, nie chodzę po klubach, kawiarniach, restauracjach, rautach, spotkaniach, bardzo rzadko można mnie spotkać na publicznych fetach z różnych okazji. Mam życie domowe, które mnie bardzo absorbuje, lubię czytać, mam co w życiu robić i wolę spędzać czas w ten sposób. 

Czy zabiegi oczyszczające nie wiążą się z lękiem przed przemijaniem? 

KORA: No nie, to kompletny nonsens. W ogóle nie ma we mnie lęku przed przemijaniem, nie mam takich myśli. Może to właśnie sprawia, że lepiej wyglądom? Myślę, że do tego, żeby człowiek naprawdę dobrze się czuł, że by nie było w nim lęku przed przemijaniem, absolutnie niezbędna jest praktyko duchowa. Choć trudno się dziwić, że ludzie się tego boją, szczególnie dzisiaj. O tym się rzadko mówi, a przecież teraz story człowiek to jest persona non grata, ktoś, kogo się nie chce oglądać. Kiedyś ktoś z tak wielkim doświadczeniem był przewodnikiem po życiu, tym, do którego szło się z dręczącymi pytaniami. 

W Pani rodzinie był taki przewodnik? 

KORA: Ja nie miałam nikogo takiego. Ojciec zmarł, jak byłam dzieckiem, matko, kiedy byłam młodą dziewczyną. Starałam się zawsze dużo przebywać w towarzystwie ludzi starszych i mądrzejszych od siebie. Ale zawsze brakowało mi takich osób, jak babcia czy dziadek, do których można przyjść i o coś ważnego je zapytać. 

Odnalazła Pani własną ścieżkę duchową? 

KORA: Niesłychanie mi odpowiada światopogląd buddyjski. Przede wszystkim medytacja i możliwości, które człowiek może czerpać z ćwiczeń umysłu, ducha i ciało. Efekty są cudowne. Ale nie chcę o tym mówić za wiele, bo nie cierpię żadnych egzaltacji. Nie znoszę na przykład, kiedy ludzie ględzą o jakichś cudownych sposobach na wszystko, magicznych dietach, o tym, że trzeba hektolitrami pić wodę albo że nie trzeba jej pić, że trzeba coś ćwiczyć albo nie. Ja idę swoją drogą i zawsze będę robić to, co naprawdę lubię i co mnie relaksuje. To zawsze będzie mój dom, który tworzę, moje bycie z bliskimi, o przede wszystkim moja proco, l przyroda, którą kocham i która mnie zadziwia. Kocham też kino, kocham książki. Nie znoszę chamstwa, nie znoszę prostactwa, nie znoszę wszystkiego, co się rozpleniło, całej tej pop-kultury, żerującej na intymnym życiu, no bólu, na płaczu. Nie znoszę podglądactwa, big brothera i wszystkiego, co się teraz tak świetnie sprzedaje. Nie znoszę seriali, po prostu ich nienawidzę. Nie toleruję straty czasu tego rodzaju. To jest dla mnie ciemno strona świata, do której ja w ogóle nie zaglądam, która mnie nie interesuje. Ale żyjąc w takim kraju jak Polska, wystarczy przestać patrzeć z perspektywy Warszawy. Ja patrzę inaczej, bo dużo po Polsce jeżdżę. Tu jest cała maso fantastycznych ludzi, z którymi można nawiązać kontakt, nie uczestniczyć w powszechnym chamstwie, w tym pod każdym względem nieestetycznym świecie, w tych barchanowych gaciach, których ja nienawidzę. Jedyna pop-rozrywka, która mnie fascynuje, to kino. Kocham kino. Jest miejscem wyjątkowym, nie wchodzą tam dresiarze ze swoimi komentarzami, ludzie śmieją się razem i razem wzruszają. l jeżeli nie szurają i nie żrą pop-cornu, wszystko jest OK. 

Co w takim razie jest dla Pani wartością, którą warto przekazywać ludziom? 

KORA: Przede wszystkim bycie samodzielne. Mam przyjaciółkę, która zaczęła pracować dopiero w dojrzałym wieku. Tłumaczyła mi, że nie pracuje, bo została wychowana w przeświadczeniu, że to mężczyzno musi utrzymywać kobietę. Mówiłam jej zawsze, że została bardzo źle wychowano, bo ten model już nie istnieje. To, że status kobiety był tak niski, wzięło się z tego, że kobiety się na to godziły - na wyciąganie ręki do mężczyzny. Ja sobie tego po prostu nie wyobrażam. Moim obowiązkiem jest pracować, robić coś, a nie wyciągać rękę. A jeżeli już podtrzymywać model, w którym kobieta jedynie prowadzi dom, to wtedy powinno ona dążyć do tego, żeby mieć wypłaconą pensję, o nie prosić faceta o każdą rzecz. To jest głęboko upodlająca, niszcząca godność człowieka i jego potencjał zależność. 

Czyli samodzielność jako podstawa? 

KORA: l odpowiedzialność. Jeśli się ma kilkanaścioro dzieci, to nie można narzekać, że ciężko jest żyć. No ludzie! To jest odpowiedzialność tych rodziców. To oni podjęli taką decyzję, powinni za nią odpowiadać. Człowiek się rodzi do samodzielności i samotności. Roszczeniowy stosunek do świata jest dla mnie całkowicie naganny. Każdy, niezależnie od sytuacji, w jakiej się znajduje, powinien staroć się być absolutnie samodzielny i nie zawracać innym głowy. Tylko sytuacje ekstremalne mogą to usprawiedliwić. 

Jak się Pani tej samodzielności nauczyła? 

KORA: To jest jeden ze skutków wychowania w domu dziecka. To była mocno wyalienowana, zamknięta społeczność, tym bardziej że dom prowadziły zakonnice. Trafiłyśmy tom razem z moją siostrą. Cały czas wprost nieludzko nas tresowano, l ta tresura w nas osiadła jak trucizna. Do dziś nie potrafimy się z niej wyzwolić. Dużo o tym mówimy, ale to jest silniejsze od nas. Czasami działa no nas absurdalnie, bo okazuje się nam jakoś potrzebne. Może inaczej to by nas załamało. Ta cała ogromna subordynacja i poczucie odpowiedzialności, które w nas tkwi. My, jak kariatydy, dźwigamy no sobie cały świat. Jesteśmy bardzo samodzielne, nie znosimy litości, nie znosimy pomocnej dłoni. O mnie wiadomo, że jeżeli miałam gdzieś być i nie przyszłam albo nie zrobiłam czegoś, do czego się zobowiązałam, to znaczy, że nie żyję. Nawet jeżeli się spóźniam, to tylko z bardzo ważnego powodu. Zero lenistwa. Dopóki coś jest do zrobienia to ja to robię, niezależnie od samopoczucia. 

10 lat temu napisała Pani w „Podwójnej linii życia", ze zawsze albo Pani za kimś tęskniła, albo za Panią tęskniono. Czy to się zmieniło? 

KORA: Przede wszystkim tęsknię za moją matką, ale to jest tęsknota nie do ukojenia, ze śmiercią po prostu trzeba się pogodzić. Czasem wyobrażam sobie, że moja mama żyje, że ze mną jest. Często rozmawiamy z siostrą o tym, jak by to było, gdyby żyła, jak byśmy jej pomagały. Bo moja matka miała bardzo, bardzo ciężkie życie. Myślę o niej, że była świętą osobą po prostu, jeżeli można o człowieku mówić w tych kategoriach, l jak wszystkie święte miała cierpiętnicze życie i odeszła też w bólu, w cierpieniu. Zdarza mi się tęsknić za moimi bliskimi, ale to tęsknota do ukojenia, bo jak zadzwonię, to moje dzieci do mnie przychodzą i siedzimy sobie razem. To już są dorośli chłopcy, właściwie mężczyźni. Kiedy Kamil wyjeżdża na dłużej, to też tęsknię, ale to akurat lubię. Mnie permanentna obecność nawet najbliższych osób po prostu strasznie męczy. Co prawda, summa summarum, więcej mnie w domu nie ma, niż w nim jestem, ale i tak trochę dla mnie za dużo tego wspólnego przebywania. Należę do osób, które lubią ciszę, równowagę. Nie lubię naruszania codziennych struktur, ale jak spokój za długo trwa, to zaczyna mnie męczyć. Nieuchronność poranka. Wymogi dnia codziennego. Powtarzalność. Ja to wszystko z przyjemnością robię, a w pewnym momencie już mi się nie chce. Chcę, żeby wszystko szło odwrotnie, dopiero wtedy odpoczywam. Pod tym względem doskonale się porozumiewamy z Kamilem, więc nie ma żadnych konfliktów. 

Przełomowym momentem w Pani życiu było zawieszenie działalności Maanamu i rozstanie z mężem. Pisała Pani, że musiała się wtedy zmierzyć ze swoim lękiem. 

KORA: No i się zmierzyłam. To trwało bardzo długo, byłam w ciężkiej depresji, ale bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Ja przez całe życie byłam bardzo niepewna siebie i ta niepewność ciągle we mnie jest. Pewnego rodzaju lęk, wycofanie się. Nie przebijam się łokciami, raczej podejmuję wyzwania, osobiste czy zawodowe. Mogę coś komuś zaproponować, ale nie jestem z tych, którzy w ramach promowania siebie wydają wystawne kolacje, zapraszają, podlizują się, rozdają prezenty, schlebiają. Po prostu robię to, co robię. Albo jest na to reakcjo, albo nie. 

Co Pani dało przeżycie takiego kryzysu? 

KORA: Przede wszystkim wiedzę o samej sobie. Im więcej tej wiedzy mamy, tym dla nas lepiej. Możemy pewne rzeczy korygować, a inne, nowe, dopiero odkryte, mogą stać się orężem w walce ze wszystkimi przeciwnościami. Takie przełomy nazywam weryfikacją życiową. l uważam, że przydarzają się tylko wybrańcom. A może mają je wszyscy, ale nie wszyscy potrafią zareagować tok, jak należy. Bo to są trudne momenty. Ludzie sięgają wtedy często po alkohol, szczególnie mężczyźni. A kobiety się załamują, wpadają w depresję. 

Co sprawiło, że się Pani wtedy nie załamała? 

KORA: Nie wiem. Może właśnie moje wychowanie? To, że zawsze byłam sama, że nie miałom takiego wsparcia no podorędziu, jakie ma wielu ludzi, że musiałam zaciskać zęby i się uśmiechać, a czasami musiałam nawet oszukiwać. To wszystko było elementem gry i walki. Bo jestem bardzo ambitna, mam bardzo dużo godności ludzkiej i nie znoszę, żeby mi ją ktoś ranił. To moja pięta achillesowa. Mówi się: „Cygan na łachę kładzie lachę". Ja jestem właśnie takim Cyganem, nie znoszę wprost, żeby mi ktoś robił łaskę. W gruncie rzeczy jestem bardzo ostrym i bardzo samodzielnym człowiekiem. To nie tylko życie, to też charakter, osobowość. 

W młodości brała Pani narkotyki. Co zdecydowało, że udało się Pani z tym skończyć? 

KORA: Narkotyków jako takich wtedy nie było, korzystaliśmy z tego, co oferowały apteki. Modnym lekiem, od którego i ja się uzależniłam, było pheumetrazyna, de facto lek redukujący apetyt. Brana w dużej ilości działa jak mocny speed. l jak każdy speed uruchamia jałowy potencjał. Snuje się wtedy wiele planów, ale chęć ich zrealizowania mija wraz z działaniem leku. To taki efekt Syzyfa. Dochodzenie i spadanie. Bardzo męczące. Tak męczące, że w końcu przestałam ją zażywać. Po roku mniej więcej. Na szczęście nie miało to bardzo negatywnych skutków. Myślę, że przestałam też dlatego, bo nigdy nie chciałam być dla nikogo ciężarem, nikomu nie chciałam sprawiać bólu. Narkoman czy alkoholik, prócz tego, że niszczy siebie, przy okazji niszczy ludzi, którzy go kochają. To jest wielki grzech przysparzać cierpienia bliskim, szczególnie rodzicom. Oczywiście z tego wszystkiego zdajemy sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy sami zostajemy rodzicami. Ja dość młodo zostałam matką, więc wcześnie miałam takie refleksje. Miałam 20 lat, musiałam się otrząsnąć i stanąć twarzą w twarz z wyzwaniami, które niesie życie. Chronić i siebie, i dzieci, scalić to do kupy. Było nam bardzo trudno, nie miałam wsparcia z niczyjej strony. Wielu rzeczy musiałam się nauczyć, żeby móc finansowo ogarnąć tę naszą rodzinkę. Borykaliśmy się z codziennością, ale ja zawsze byłam optymistką, miałam mnóstwo energii. Byłam też bardzo wesołą osobą. Depresyjną, ale z fazami ogromnej wesołości. Bardzo przyjazną, pogodną. 

Jak Pani teraz sobie radzi ze stanami przygnębienia czy depresji? 

KORA: Ostatnio w ogóle nie mam stanów depresyjnych, więc nie muszę sobie z nimi radzić. Mam mnóstwo nowej pracy. Podołałam nowemu, bardzo trudnemu dla mnie wyzwaniu, intensywnej, kilkunastokoncertowej trasie. Teraz trochę brakuje mi adrenaliny, co mnie przygnębia i sprawia, że jestem zmęczona. Z drugiej strony jestem bardzo, bardzo szczęśliwa, że udało mi się zacząć i doprowadzić do końca całe przedsięwzięcie. Z wielkim sukcesem. Dla mnie bardzo ważne jest to, że w pracy mogę oderwać się od przyziemności. Utożsamiam się z artystami, ludźmi tworzącymi. Bo jeżeli człowiek miałby być tylko tym, czym jest większość ludzi, to po co byłoby to wszystko? Dla prokreacji? Przecież na świecie jest bardzo dużo ludzi. 

To twórczość daje Pani takie szersze spojrzenie? 

KORA: Oczywiście. Twórczość artystyczna jest czymś absolutnie wyjątkowym. Ale dużo się nad tym zastanawiałam i dziś uważam, że w każdym zawodzie można się czuć szczęśliwym. Głęboka etyka uświęca każdą profesję, dodaje skrzydeł. Każdy rodzaj pracy, dobrze wykonywanej, sprawia, że oprócz wynagrodzenia dostajemy coś więcej, jeszcze czyjąś wdzięczność, dobre słowo. To działa w obie strony i to jest wielkie szczęście. Najgorsza jest pusta egzystencja, życie na jałowym biegu. Co usprawiedliwia taką egzystencję? W moich oczach nic. 

Powinniśmy ciągle nad sobą pracować? 

KORA: Zawsze, nieustająco. Praca nad sobą to permanentny dialog, który się prowadzi z mądrzejszymi od siebie. Trzeba szukać mistrza. Ale nie takiego, który klepie po ręce i wyciąga od nas pieniądze nie wiadomo za co. To nie jest mistrz. Szukanie mistrza i spotkanie z nim to trud. l od człowieka zależy, czy chce sobie taki trud narzucić. Jak się ma poważny problem, trzeba iść do Pana Boga, a dla mnie współczesnym bogiem jest dobry lekarz. Spośród zawodów służebnych ten jest najbliżej Boga. Przede wszystkim jednak należy zacząć od siebie i żyć tak, żeby nie trzeba było chodzić do lekarza. Warto mieć mądrego powiernika, kogoś, z kim można mądrze porozmawiać, przed kim się można otworzyć. No i czytać więcej trzeba. Ja czytam od zawsze, chyba dlatego jestem tym, kim jestem, rozwijam się. 

Pani życie osobiste interesuje media. Jak stara się Pani chronić siebie i swoich bliskich? 

KORA: Moje życie osobiste jest kompletnie nieciekawe. W mojej rodzinie wszyscy żyją, dobrze się mają. Z moim partnerem jesteśmy razem już od wielu lat, żyjemy w konkubinacie. Wspieramy się, pijemy sobie z dziobków. Nie ma ekscesów. Moja młodość była trudno, ale każda młodość jest trudna. Do tego myśmy żyli w horrendalnie ciężkich warunkach materialnych. Dlatego cieszy mnie status materialny, który udało mi się osiągnąć. A cóż to jest dobro materialne, co to są pieniądze, co one doją? Wolność, l koniec, kropka. Jeżeli tylko nie traktuje się ich bałwochwalczo. Co my z tą wolnością robimy, to już tylko od nas zależy. Wolność to nie jest gwiazdka z nieba, tylko coś, nad czym trzeba pracować. Przypomina szlachetny kamień, który wymaga oszlifowania, i szlifuje się go przez całe życie. Wolność to zdobycz, którą trzeba pielęgnować, chuchać na nią, dmuchać i bardzo mądrze się z nią obchodzić. 

Kiedyś stwierdziła Pani, że małżeństwo jest grobem miłości. W dalszym ciągu Pani tak sądzi? 

KORA: Najpierw pożądamy czegoś, co jest dla nas niedostępne, potem to mamy i zaczynamy tym gardzić, l zaczynamy pożądać czegoś innego. Ta żądza, skłonność uprzedmiotowiania tego, co się ma, i nudzenia się tym, co się już ma no własność...To nie jest reguła, ale dość powszechne zjawisko, że kiedy już mamy męża czy żonę, zaczynamy szukać innych podniet. Jakby pieczęć małżeńsko wprowadzała element nudy. Jeżeli związek jest udany, ludzie się kochają, są lojalni, jeżeli uznają oboje swoją niezbędność, to po co to jeszcze pieczętować? 

Czy intensywna praca, taka jak promowanie płyty, Panią zmienia? Gdybym przyszła do Pani w innym momencie, to zobaczyłabym inną Korę? 

KORA: Jestem teraz bardzo zmęczona, cały czas śpię. Relaksuję się, śpiąc. Nie mogę dojść do siebie, bo przez kilkanaście dni miałam ogromną dawkę adrenaliny i stresu. Dawno nie przeżywałam takich przeciążeń. Według mnie zmęczenie jest i wrogiem, i sprzymierzeńcem człowieka. Po takim poważnym zadaniu, jakie mam za sobą, jestem osłabiona, ale i silniejsza. Na pewne zjawiska nie ma we mnie tolerancji. Może gdyby pani przyszła za parę miesięcy, kiedy będzie już ciepło i ja będę już po wszystkim, to moja tolerancjo się zwiększy. Teraz jest równa zeru. 

MARIA SZCZUKA

 
 

powrót