HOTEL NIRWANA
Tylko Rock, Luty 2001 



fot. Jacek Poremba 

Przywitanie nowego tysiąclecia 

MAREK: W trakcie nagrań Barry siedział czy­sto sam przy komputerze w reżyserce i co jakiś czas dawał nam słuchawki, żebyśmy posłuchali jakichś tam jego próbek dźwięko­wych. Pomyśleliśmy sobie, że jedna z takich sekwencji dobrze otwierałaby płytę, i dlatego to się tu znalazło. Rozkręca płytę. 

Wolno, wolno płyną łodzie 

KORA: To jest tekst, który napisałam pod wpływem chińskiego filmu, i to tylko jednej sceny: po jeziorze, o wieczorze, we mgle, wol­no płyną łodzie. Było to tak hajowe dla mnie. Nie myślałam żeby napisać z tego piosenkę, ale to jakoś chodziło za mną. Cudnie to wyglą­dało. Jak ptaki. 

MAREK: ten utwór graliśmy na próbach i bardzo nam leży koncertowo. Nawet graliśmy go próbnie na jednym czy dwóch koncertach. 

Mandragora 

KORA: My z Kamilkiem jeździmy od wielu lat do Grecji. Ponieważ tak często tam bywamy i te pobyty są coraz dłuższe, to bardzo często spędzamy czas w ten sposób, że siadamy na plaży o zachodzie słońca i siedzimy w ciszy - czasami nawet godzinami. Wszystkie moje piosenki są z takiego zadumania. Dlatego, że to są stany, w których czuję się najlepiej. 

MAREK: To jest taki dość niezwykły utwór. Znowu Barry i jego klawiszowe historie. Dają jakiś większy oddech, większą przestrzeń. Jeżeli ktoś kiedykolwiek był na wyspie w Gre­cji to wie, że żyje się w takiej właśnie prze­strzeni. 

Taczi Tacz 

KORA: „Taczi tacz" jest trochę taką zabawką. To jest pierwszy utwór, jaki napisałam na tę płytę. W ogóle niechcący. Boja nie notuję, nie piszę. Widocznie coś już szło w powietrzu. Właściwie od tej piosenki wszystko się zaczę­to. 

MAREK: Ten tekst dostałem najwcześniej i to był pierwszy utwór skomponowany na tę płytę, i znowu wydaje mi się, że jest to naj­mocniejszy utwór pod względem koncerto­wym. Na koncercie brzmi po prostu gigan­tycznie. 

Piekło i niebo (Musze pogodzić) 

KORA: To jest taka piosenka, która opisuje kruchość człowieka. Jeżeli ma się to serce, oczywiście w tym znaczeniu symbolicznym, to ciężko jest być samemu. Wyobrażenie tego sobie jest po prostu piekielnie trudne. Naj­piękniej to opisała Łętowska (sędzia Naczelne­go Sądu Administracyjnego, członek Komitetu Helsińsklego w Polsce - przyp. mk). Wydawało się, że taka racjonalna pani, a jak umarł jej mąż, to świat się jej zawalił. To jest piosenka o miłości. 

MAREK: Co jakiś czas któryś z zespołów wyskakuje z takim wolnym utworem. Niekoniecznie grupa musi chcieć, żeby następnym utworem byt jakiś czad. Zaczęliśmy od tego utworu, bo on jest balladowy, ale i wystarcza­jąco mocny. Ja ten utwór bardzo lubię. Kto wie czy nie najbardziej z całej płyty? 

Jeszcze jeden pocałunek 

KORA: To też piosenka o miłości. Jak się roz­stajemy, to tak sobie zawsze mówimy: czekam. To powtarza się już tyle lat. 

MAREK: Czasami jest kuszące to, co można zrobić z jednym akordem. Duża cześć linii melodycznej refrenu, to właśnie jeden akord. A cały utwór to właściwie dwa akordy i nic więcej. To jest taki eksperyment, a jednocze­śnie, jak okazało się - jeden z najbardziej przebojowych utworów na płycie. Sekcję dętą: w tym utworze prowadził autentyczny Kubańczyk, zresztą zaprzyjaźniony z ludźmi z Buena Vista Social Club. 

Mama 

KORA: Całe moje dorosłe życie, bo moja mama umarła jak ja byłam bardzo młoda, sta­rałam się napisać piosenkę, w której bym mogła przekazać swoje uczucie. I tę tęsknotę za matka, której już nie ma. Ale nigdy nie byłam w stanie tego zrobić. A teraz udało się, ale jak widać w tej piosence to w sumie ja znowu coś opisuje. Opisuje ten świat tak, jak go widzę, w różny sposób. A potem jest mama, którą z tego oddalenia coraz lepiej widzę i lepiej rozumiem. Dużo czasu zajęło mi zrozumienie mojej matki, i tego, co ona mówi. A mówi, że życie samo w sobie jest najwyższa, wartością. 

MAREK: Tutaj ogromną rolę odegrał Barry. Ten utwór jest nagrany właściwie z nim - i na perkusji, i na instrumentach klawiszowych. Utwór klimatyczny. 

Ty-Tęknoto 

KORA: To jest tekst Mirona Białoszewskiego... Tak się złożyło, że Kamil kupił książkę o Mironie. A potem pod wpływem tego zaczęli­śmy kolekcjonować wszystkie wydawnictwa o nim i jego książki. A ponieważ staram się zawsze jeden czyjś tekst zaśpiewać, to tym razem Kamilek zaproponował mi to. 

KAMIL: To jest drugi homoerotyk w reper­tuarze Maanamu. Pierwszy to była piosenka „Derwisz". 

MAREK: To też jest jeden z pierwszych utworów, jaki powstał. Dostałem faksem tekst, okazało się, że jest to Białoszewski. Dość trudny, był problem z refrenem. Tekst, który miał pójść do refrenu, jest właściwie taki nierefrenowy. Trudno było tutaj poradzić sobie z metryką. Zdecydowałem, żeby powtó­rzyć trzy razy tą samą linijkę. Zresztą, rozma­wiałem później z przyjacielem Białoszewskiego. Z człowiekiem, u którego Białoszewski mieszkał przez wiele lat i on stwierdził, że wszystko jest w porządku. Chyba nawet sam Białoszewski nie miałby tutaj żadnych obiek­cji. Chociaż okazuje się, że spadkobiercy Białoszewskiego twierdzą, że w ogóle on nie chciał, żeby ten utwór byt kiedykolwiek opublikowa­ny. Ale o tym dowiedzieliśmy się już długo po nagraniu płyty. Mam nadzieję, że żadnego skandalu nie będzie. 

Hotel Nirwana 

KAMIL: Jest to reminiscencja z mojego pobytu w Nepalu na przełomie 1999 i 2000 roku. Mieszkałem właśnie w hotelu Nirwana w Katmandu. To jest taka opowieść, w której jest trochę dalekowschodniej koncepcji czte­rech elementów. Tam są te pokoje. Każdy pokój odpowiada innym elementom: ziemia, ogień, woda, powietrze. 

MAREK: Co zrobić z kolejnym geograficz­nym tekstem? Buenos Aires, Puerto Rico... Mało tego, jeszcze tekst sugeruje, że utwór powinien być orientalizujący. Tutaj zespół zde­cydował, że trzeba pójść w zupełnie inną stro­nę i zrobić jakąś taką klimatyczną sprawę. Rodzaj opowieści. Natomiast refreny są już bezkompromisowe, czyli po prostu ostry czad. 

Mały człowieku 

KORA: To jest takie króciusieńkie coś. 

KAMIL: To jest tekst Cummingsa (Edward Estlin Cummings, poeta amerykański żyjący w latach 1894-1962 - przyp. mk). 

MAREK: Utwór jest nagrany tylko z forte­pianem i tylko z basem na żywo w studiu. Dla­tego zostawiliśmy wszystkie przydźwięki wychodzące z pedałów fortepianu, wszystko to, co wchodziło na sąsiadujące mikrofony, i to słychać w nagraniu. Niemalże też słychać, na jakich mikrofonach to było nagrywane, gdzie stoją muzycy, słychać dokładnie warun­ki, w jakich to było nagrane. A jednocześnie chciałem uzyskać klimat takich nierealnych lat trzydziestych. Jeden z moich ulubionych utworów na płycie. 

Bliźniak 

KORA: To jest magia przeciwieństw. 

MAREK: Tak zwany szybki tekst, i tutaj nie ma rady, właściwie trzeba przywołać całą metafizykę Lou Reeda, Sex Pistols i wszystkich innych post punkowców. Barry nas tu bardzo popierał. Nie dość, że podparł postpunkowy klimat, to jeszcze odczuł, że może to dać taki stadionowy efekt w chórkach. Zresztą sam tam śpiewa. Ci, którzy wsłuchają się w refreny, usłyszą polskie wyrazy śpiewane z amerykań­skim akcentem. 

Chińskie morze 

KORA: Chiny są magiczne. To jest erotyk. 

MAREK: To jest chyba najbardziej widoczny kompromis pomiędzy współproducentem Neilem Blackiem i zespołem, ponieważ na żywo w moim odczuciu ten utwór brzmi tro­chę inaczej. Kiedyś w latach osiemdziesią­tych, po koncertach, kiedy wracaliśmy do hotelu, wszyscy biegliśmy do pokoju i włącza­liśmy te wszystkie radyjka, które tam były. Słuchaliśmy „Jedynki" po północy, bo tam akurat prezentowane były wszystkie te zespoły, które aktualnie byty na listach. Był oczywiście Perfect, Maanam, Lady Pank, Republika, Lombard, Bajm, to wszystko tam się kręciło. Więc po koncertach słuchaliśmy, kogo będzie więcej, kto będzie częściej grany. I ten utwór ma właśnie klimat tej przedziw­nej radiostacji. Tej „Jedynki" z lat osiemdzie­siątych. Dość duży pogłos. Typowy pogłos radiowy niosący się w takim niemalże kosmicznym eterze... Na żywo jest grany ina­czej. Uważam, że w ogóle wszystkie nasze utwory są na koncertach grane mocniej i dynamiczniej. Ale to jest płyta. Płyta rządzi się swoimi prawami, i chciałem też uszano­wać to, co proponował Neil. No bo nie zawsze muszę być najmądrzejszy.

Rozmawiał: Michał Kirmuc

 
  

powrót