GALERIA POD DOBRYM ANIOŁEM
Rzeczpospolita, 11. Maja 2001r. 


Marek Jackowski, muzyk, lider zespołu Maanam, marszand dzieł sztuki 

JANUSZ MILISZKIEWICZ: Słynie Pan z rynkowych odkryć. Panuje opinia, że skoro Jackowski czymś się interesuje, to znaczy, że jest to prawdziwa sztuka... 

MAREK JACKOWSKI: Każdy może odkrywać wspaniałe dzieła! Nadal niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że można je zdobywać tanio, bo już za kilkaset złotych. Niedawno na warszawskim jarmarku perskim wypatrzyłem pejzaż Henryka Uziembły, namalowany gdzieś w okolicach Marsylii. Za grosze kupiłem też obraz Stanisława Wójtowicza (1920-1991), krakowskiego artysty, którego niesłusznie zapomniano. W nowojorskim Muzeum Solomona Guggenheima grafiki Wójtowicza wiszą obok dzieł Picassa. Sygnatura Wójtowicza zgadzała się, grosze wydałem na obraz przedstawiający grafika Jerzego Panka jako kominiarza... 

Odkrycia możliwe są także w galeriach. Nie chcę wymieniać zbyt wiele nazwisk. Pewnie po wydrukowaniu tej rozmowy nagle ceny obrazów Wójtowicza skoczą do góry i nie będzie mnie na nie stać (śmiech). Można kupować dzieła sztuki już za kilkadziesiąt-kilkaset złotych, bo tyle kosztują piękne grafiki zapomnianych artystów. Obrazy Jana Stanisławskiego kosztują zwykle 30-40 tys. zł, natomiast jego litografie, np. przepiękny "Plac św. Marka" czy kolejne wersje nastrojowych "Topoli", można upolować za około 1500 złotych. Grafiki Pankiewcza są droższe, bo ich ceny wyśrubowano na aukcjach. Sądzę jednak, że każdy miłośnik sztuki o średnich zarobkach raz w roku zdoła uzbierać 2-2,5 tys. zł na dzieło Pankiewicza. To nadal są tanie przedmioty! Na zachodzie grafiki tamtejszych twórców o randze artystycznej porównywalnej do pozycji, jaką zajmują u nas Stanisławski czy Pankiewicz, kosztują zdecydowanie drożej. 

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sztuką? 

Pewnego dnia w 1964 r. siostra, która mieszkała w Zakopanem, powiedziała: "Idziemy do Władka". Odwiedziliśmy Władysława Hasiora. Na miejscu byli Piotr Skrzynecki i Ludwig Zimmerer - wybitny kolekcjoner sztuki ludowej - oraz aktorka Marta Lipińska. Słuchaliśmy z adapteru czastuszek, "Requiem" Mozarta i Beatlesów. Równocześnie toczyła się wspaniała rozmowa o sztuce. Później Hasior pokazał nam swoje dzieła. To był bodaj najintensywniejszy i najlepszy okres jego twórczości. Mieszkał wtedy w internacie przy Jagiellońskiej i tam wszędzie, we wszystkich zakamarkach, były jego dzieła. Miałem wtedy 17 lat. To było dla mnie wielkie przeżycie, właściwie szok. 

Było jeszcze kilka równie ważnych zdarzeń. Natomiast pierwszy "droższyŇ obraz kupiłem dopiero w latach 90. Była to urokliwa kompozycja Wlastimila Hofmana. Następnie, na aukcji w Rempeksie, zdobyłem "Portret dziewczynki" Anny Bilińskiej-Bogdanowicz, malarki najwyższej klasy, która tworzyła w Paryżu. Obraz miał autorską ramę, z tyłu była odręczną notatka malarki. Dzieło niebywałe, muzealnej wartości! Byłem pewien, że rozegra się ostra walka. Nie wierzyłem, że zdołam je kupić. Nikt nie licytował, więc żona nieśmiało podniosła rękę, lecz aukcjoner tego nie zauważył. Licytację tego obrazu rozpoczęto jeszcze raz. Byłem zrozpaczony. Sądziłem, że teraz klienci włączą się do licytacji i będziemy bez szans. Ale kupiliśmy ten obraz po cenie wywoławczej. Jest to przykład jeden z wielu. Podaję go, żeby przekonać czytelników, że nawet na aukcjach można za niewielkie pieniądze kupować piękne obrazy. Oczywiście nie tylko mnie trafiają się takie okazyjne licytacje. 

Ale na ostatniej aukcji Desy Unicum przegrał Pan. 

Licytowałem piękny kubistyczny obraz Caziela, czyli Kazimierza Zielenkiewicza. Cena wywoławcza wynosiła 6 tys. zł. Odpadłem przy 13 tysiącach. 

Wróćmy do optymistycznych przykładów. 

W zeszłym roku, podczas letnich Targów Sztuki w Krakowie, wystawiono dwa obrazy Konrada Winklera, wybitnego, lecz mało znanego artysty. Cudowne! Nikt ich nie kupił, bo zamiast werniksem były pociągnięte pokostem, który brązowieje, więc wyglądały jak brudne. Kupiłem je i zaniosłem do czyszczenia. Akurat u konserwatora byli znakomici marszandzi. Jeden z nich, pochodzący z USA, przyrównał kupioną przeze mnie martwą naturę Winklera do mistrzowskich martwych natur Meli Muter, bo jest równie prosto i doskonale skomponowana. Przez lata rynek sztuki nie istniał, tkwiliśmy jakby w czarnej dziurze. Dlatego dziś możliwe są wspaniałe odkrycia. Czy ktoś pamięta malarzy z poznańskiej grupy "Świt"? Czy zostali docenieni malarze np. Władysław Roguski, Erwin Elster, Bronisław Bartel czy rzeźbiarz Stanisław Jagmin? 

Trzy lata temu otworzył Pan w Zakopanem galerię. Dlaczego? 

To jest pasja i drugi zawód. Udało mi się chyba połączyć zawód muzyka i marszanda. Często jestem w trasie koncertowej. Rano, zamiast siedzieć w barze i leczyć skutki wieczornego bankietu, rozpoczynam wyprawę do miejscowych galerii, antykwariatów i na jarmarki. Zawsze znajduję coś godnego uwagi. Najprzyjemniejsze są same rozmowy o sztuce, negocjacje! 

Jaki profil ma Pana galeria "Pod Aniołem"? 

Na swój użytek mówię, że handluję obrazami trafionymi. Wyobraźmy sobie, że oglądamy 10 obrazów np. Wyczółkowskiego. Ale tylko przed jednym czujemy, że to właśnie to! Nagle nie ma znaczenia nazwisko malarza, jego popularność ani notowania rynkowe. Liczy się tylko tajemnicza pewność, że trafiliśmy na klejnot. Mnie naprawdę pasjonuje odkrywanie. To wyjątkowa przygoda odkryć w błocie na jarmarku staroci obraz Stanisława Wójtowicza przedstawiający Panka jako kominiarza... 

Lubię twórczość np. Konrada Winklera. Klientom opowiadam o wielkości jego sztuki. Odwiedzają mnie przeważnie ludzie młodzi, po trzydziestce lub czterdziestce, którzy codziennie, przez cały rok budzą się i zasypiają z telefonem komórkowym. Oni dopiero w Zakopanem znajdują chwilę na relaks. Utarł się taki stereotyp, że liczą się tylko przedwojenne, formistyczne obrazy Winklera. Moich klientów przekonuję, że obrazy z ostatnich lat jego życia również są godne zainteresowania. Młodzi nie interesują się Kossakami, jak ich ojcowie, więc nie muszę ich długo przekonywać o świetności tej sztuki. Ci ludzie wiedzą, że dobre dzieła z dwudziestolecia i powojenne to najlepsza inwestycja. Jeszcze kilka lat temu dobre obrazy Nachta Samborskiego kosztowały 7-8 tys. zł, dziś słabsze kupowane są po 70-80 tys. zł. Nacht dogonił Malczewskiego! 

Czyli nie tylko Pan zarabia, ale także walczy o wartości, kształtuje gusty klientów. A czy ma Pan obrazy, których nie zamierza Pan sprzedać? 

Pojawił się na aukcji w "Sztuce" obraz Tadeusza Skowrońskiego. Ten utalentowany artysta został zastrzelony przez gestapo, gdy miał dwadzieścia kilka lat, i prawie nic nie zostało z jego dorobku. Szczęśliwy przypadek sprawił, że choć było wielu chętnych, trafił do mnie olbrzymi pejzaż przedstawiający w oddali Kraków, a na pierwszym planie chłopców grających w piłkę, i wszystko to ujęte w niezwykłym świetle. Tego dzieła nie sprzedam. 

Rozmawiał Janusz Miliszkiewcz

 
 

powrót