DWA ŚWIATY KORY
1992 
fot. Michał Sadowski (Kora i Kuba Soyka)


Nie chce mówić o przeszłości. Jak łączyła te dwa różne światy: życie znanej piosenkarki "na topie", jeżdżącej w trasy, i dom dzieci ... - "Dawałam sobie radę, bo żyję" mówi KORA JACKOWSKA, pozwalając sobie na odrobinę humoru. choć cała jest spięta, bo za parę dni wyjeżdża w trasę. Przez chwilę zastanawia się chodząc po kuchni warszawskiego mieszkania: - "Było to tak ciężkie, że stało się jednym z powodów, dla których grupa Maanam rozwiązała się. Za duże przeciążenie" - stawia diagnozę. 

Zawsze była samodzielna, ale raczej nie z chęci, tylko z przymusu. Sama jest sierotą, nie miała więc nikogo bliskiego do pomocy przy dzieciach - poza wynajętymi kobietami. A wśród nich zdarzały się takie, które trzeba było zwalniać zaraz po powrocie z trasy, bo nie wywiązywały się ze swoich obowiązków, l była cudowna pani Lusia, która kochała dzieci i dzieci kochały ją. - ,,Życie jest ciężkie, żeby żyć - trzeba grać, trzeba wciąż walczyć" - mówi Kora, częstując wodą źródlaną. Swoje dzieci uczy przede wszystkim samodzielności. Co daje rezultaty, bo dwa lata temu uznała, że może już zostawić w Krakowie, w swoim mieszkaniu starszego syna Mateusza. Postawiła mu, co prawda, warunki, że musi dbać o dom, siebie, sprawy szkolne. Mateusz uczy się, chodzi na ASP, gdzie chce studiować, bawi się, pierze, gotuje, prasuje (prasuje niemal od dzieciństwa, choć ona sama tego nie znosi i nigdy tego nie robi). - ,,I wcale nie uważam, że jest ideałem"- kończy ten temat jego matka. Mateusz jest Lwem. Młodszy, Szymon, to Koziorożec, ,,dziecko kosmiczne", zupełne przeciwieństwo. Nigdy nie starała się synów na siłę zmieniać, dlatego pewnie są tacy różni. Pielęgnowała więc tę "inność" i uczyła samodzielności. Czasem rzucała na głęboką wodę. Cały czas chłopcy widzieli też jak upływa życie rodziców: chciała, żeby zrozumieli, że życie to nie jest zabawa, a to, co ona robi, to jest praca, właśnie to, że wychodzi na estradę i śpiewa. 

W TRASIE 

Zatrzymajmy się przy chwili teraźniejszej. Teraz przed trasą nie odczuwa stresu jak dawniej, właśnie dlatego, że synowie podrośli i są już w miarę samodzielni. Takiego życia w rozjazdach nie da się łączyć ze sprawami rodzinnymi. Kiedy jest ,,w trasie", nie ma potrzeby kontaktowania się z domem, nawet telefonicznie. To sprawa koncentracji. W trasie odcina się od wszystkiego, co nie jest związane z koncertami. Występy są bardzo wyczerpujące, więc całą swoją energię kumuluje wyłącznie właśnie na wieczór, na estradę. W trasie każdy dzień jest taki sam, zmienia się tylko publiczność. W trasie Kora przestaje mówić, unika dziennikarzy (nie udziela wtedy wywiadów), przestaje żyć, bawić się, nie uczestniczy w życiu nocnym (mieszka przecież w hotelach). Wraca do hotelu, jeżeli może zasnąć, to śpi. Czasem tylko leży i czeka, aby wszystko się wyciszyło. Ładuje się na następny dzień. Rano wyjeżdża się do następnego miasta, tam - próba techniczna, powrót do hotelu, przygotowanie do koncertu, potem sam koncert, powrót do hotelu... i tak w kółko. Żadne zwiedzanie nie wchodzi w grę, zresztą polskie miasta zna już na wylot. Ale nawet za granicą nie ma na to czasu. Stara się wyjść na spacer, żeby się dotlenić, dosłonecznić, bo uważa, że jest to konieczne. Wszystko musi zmierzać ku temu, żeby czuła się dobrze, pewnie. Na estradzie musi być pewna swego ciała, bo jest to strasznie ciężka praca. Kiedy była na występach w Stanach Zjednoczonych, od września do grudnia zeszłego roku, chodziła do ośrodków odnowy biologicznej: basen, sauna, łaźnia, jacuzzi. Dwie godziny pobytu w takim miejscu to wspaniały relaks. W Niemczech takie ośrodki też są wszędzie. U nas - nie. A jeśli nawet jest basen, to brudny,, a Kora jest ,,straszną higienistką". I w ogóle ciężko żyje się jej w tym naszym kraju, gdzie po wyjściu z domu w każdym miejscu można napotkać brud, chamstwo i agresję. 

MEANDROWANIE 

Codzienne próby unikania tej brzydoty nazywa "meandrowaniem". Meandruje, kiedy - na przykład - jedzie po wodę źródlaną. W swojej kuchni nie używa w ogóle wody z kranu. Wodę więc przywozi z ujęć źródlanych, z ulicy Bartyckiej albo z Powsina, wtedy wypad po nią łączy się ze spacerem. Albo z Konstancina. gdzie źródło bije obok ośrodka chorych na AIDS. Kiedy jeździ do nich, bo odwiedza dwa takie ośrodki, przywozi też wodę. Nie chce mówić o swoim zaangażowaniu w ten problem, bo wtedy trzeba byłoby powiedzieć skąd się bierze ten ostracyzm wobec chorych, a to jest temat na osobny artykuł. Trzeba by zacząć właśnie od tego jakie Jest nasze społeczeństwo, agresywne chamskie, nietolerancyjne, szukające ofiary za swoje frustracje i niepowodzenia; kiedyś był to Żyd, teraz nosiciel lub chory na AIDS, To tak jak u ptaków. Kiedy pojawi się biała mewa, to ptaki ją zadziobią bo jest inna. Mówi o koncercie ,,Tolerancja", w którym brała udział o potrzebie życzliwości dla ludzi w ogóle. Być może byłoby jej więcej, gdyby nasz kraj leżał trochę gdzie indziej, gdyby było tutaj więcej słońca. Życzliwość nie zawsze wypływa naturalnie z człowieka, czasem trzeba się o nią postarać, czasem potrzebny jest trening. 

W SŁOŃCU 

Gdzieś w słońcu chciałaby pewnie -mieszkać. Ubrana w czerwoną mini z czarnym krótkim blezerkiem i białe rajstopy. Mówi, że lubi mieć na sobie jak najmniej rzeczy. Mało blisko ciała, słowem - Bahama. Nie nosi biżuterii. Nienawidzi rzeczy, w szafie ma ich mało, cały czas rozdaje. Ale z drugiej strony moda ją fascynuje. Strojem, makijażem, image scenicznym zajmuje się sama, choć chciałaby mieć kogoś, kto by jej w tym pomógł. Stroje zawsze przygotowywała sobie sama. Na trasę wiosenną w tym roku po raz pierwszy wybrała sobie dwa z katalogu narzeczony przywiózł je z Berlina. Jej ulubionym kolorem jest, niestety (to słowo podkreśla), czarny, ,,Czarny, czerwony, biały to są moje kolory - mówi - w innych mnie po prostu nie ma". Lubi duże płaszczyzny, na przykład płaszcze. Za dużo szczegółów kolorowych - robi się pstrokacizna. Dlatego nie lubi kolorowych zdjęć. Kiedy była w zeszłym roku w Stanach i ukazały się jej zdjęcia w jednym z magazynów, nawet okładka z podobizna Kory była czarno-biała po raz pierwszy od wielu lat w historii tego pisma. Nie chce też pokazywać się na zdjęcia prywatnie. Czy ktoś widział prywatne zdjęcia, na przykład. Cher? (chyba, ze jakiś fotograf uchwycił ją po kryjomu na ulicy, przyjęciu, ale nie w domu). 

GOTOWANIE ZUPY JARZYNOWEJ 

Kiedy jest w domu, przygotowuje obiady, odbiera mnóstwo telefonów. Sama sobie mówi, że jest pedantką. I takim, pedantycznie czystym, uładzonym, chce widzieć dom, w którym mieszka. Dlatego rano, po wstaniu z łóżka, porządkuje siebie i otoczenie. Robi zakupy, gotuje dla całej trójki: syna, narzeczonego i siebie ,,Jestem bardzo subordynowana" - mówi o sobie i myśli, że bierze się to z tego, że jest Bliźniakiem. Najbardziej lubi gotować zupę jarzynową, chociaż tak naprawdę to nie przepada wcale za gotowaniem. Sprawia jej przyjemność wykarmienie rodziny i gości. W domowej diecie stosuje - zero tłuszczu Masło, jeżeli tak, to tylko świeże, ale mało. Pieczywa - mało. Warzywa, kasze- Nic smażonego. Mięso duszone albo gotowane, ale raczej tylko dla syna. Kuchnia raczej jarska i - mało. Syn właściwie też je mało, bo nie ma czasu, ogarnięty pasją deskorolkową. Czasem Kora przeżywa okresy protestu tak jak teraz, i przy dużej ilości różnorodnej żywności w sklepach w ogóle nie gotuje, A dalej, po obiedzie, wszystko jest tak jak się złoży. ,,Tutaj każdy żyje sobie jak chce, każdy ma swoje prawa i obowiązki* - ustala. Syn - sobie, Kamil Sipowicz człowiek, którego zna od szesnastu lat mężczyzna, przy którym nikt się nie może nudzić, maluje, pisze piękne poezje, przygotowuje się do obrony doktoratu z Heideggera (kończy filozofię na ATK). Korę ma próby muzyczne, dba o reklamę koncertów, a więc codziennie przed wyjazdem w trasę, jest w radiu, telewizji. Jeżeli zachodzi potrzeba, wyjeżdża poza Warszawę. Każdy dzień przynosi mnóstwo problemów, które trzeba rozwiązać - do momentu pierwszego koncertu. 

NIKT NIE ODMÓWIŁ 

Ostatnia trasa - to dwadzieścia dni w dwudziestu różnych miastach, od Rzeszowa po Sopot, przez Kraków, gdzie Kora wpadła podczas matur do starszego syna. Kora jest znowu razem z całym Maanamem. Jak doszło do ponownego zejścia się grupy - to osobna historia. W zeszłym roku, gdy dostała zaproszenie do Stanów Zjednoczonych na występy stwierdziła, że nie chce tam jechać bez Marka Jackowskiego. Podczas pobytu doszli do wniosku, że nie chcą grać w żadnym innym składzie niż dawny i złożyli propozycje reszcie. Nikt nie odmówił- "Myśmy po prostu do siebie szli" - mówi Kora, której wiersz, swój ulubiony, jej starszy syn powiesił w kuchni w Krakowie: ,,Czuję się jak róża, która nie zaznała dobroci słońca. Przez deszcz czy łzy rdzewieją wszystkie moje koniuszki...". 

Rozmawiała: Agnieszka Baranowska

 
  

powrót